poniedziałek, 15 czerwca 2015

Marek Jamroz: Play for Nepal - Muzyczny wymiar empatii (Polski Wzrok)

Autor artykułu wraz z Adamem Szczeblem i Robertem Wiktorowiczem (Gabinet Looster) oraz Danielem Czapskim (Czapa)
fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz - Muzyka była w jego domu od zawsze, ale zawsze gdzieś w tle. Rodzice nie kupowali płyt, tylko słuchali radia, a to co muzycznego działo się w pokoju jego starszej siostry, było tajemnicą. Na szczęście, choć dorastał w typowo śląskiej rodzinie, rodzice nie katowali go słuchaniem jakże popularnych wśród sąsiadów, niemieckich szlagierów i tyrolskich polek. Pierwsze utwory jakie Marek pamięta to piosenki z niedzielnego Koncertu Życzeń takich wykonawców jak Irena Jarocka, Urszula Sipińska Jerzy Połomski i nieśmiertelna Mireille Mathieu z przebojem Santa Maria. Po słusznie minionym okresie Fasolek i Zająca Poziomki, jego pierwszą dojrzałą muzyczną fascynacją była twórczość Jeana Michelle Jarre'a. Po skutecznej próbie przedarcia się do pokoju siostry,  Marek po raz pierwszy usłyszał jego Equinoxe, Marka Bilińskiego, The Beatles i Andreasa Vollenweidera. Marek zawsze był wzrokowcem - i jak miał nie trafić po latach do Polskiego Wzroku - i prezentowane Przez Krzysztofa Szewczyka w programie Jarmark klipy "Money for Nothing" Straitsów, "Take on Me" A-HA wbijały go w fotel. W późniejszych latach osiedlowa telewizja kablowa emitowała piracko MTV (to prawdziwe, gdzie kiedyś puszczano muzykę). Marek chłonął każdy gatunek - pop, rap, rock, metal, wszystko co brzmiało. Słuchał Trójki i listy w każdy piątek, kupował "pirackie oryginały", jakby chciał się tym wszystkim udławić. Nigdy nie identyfikował się z żądną subkulturą. Jako jeden z niewielu na podwórku lubił Guns'n'Roses i nikt nie wiedział jaka przyczepić mu łatkę. W szkole średniej zaczął słuchać muzyki bardziej świadomie. Wsłuchiwał się w teksty polskich wykonawców i nieudolnie starał się tłumaczyć tych anglojęzycznych. Wtedy to kolega pożyczył mu album Meddle Pink Floyd i tak zaczęła się jego wielka przyjaźń z muzyką brytyjskiej czwórki (a później trójki). Pojawiły się też kolejne fascynacje - Metallica, Biohazard, Smashing Pumpkins, Type O Negative, Sepultura, Dżem, Ira, Kazik, Piersi, Hey ale i Turnau, Grechuta, Soyka i Grupa pod Budą. Dżem był mu zawsze bliski, bo to lokalny patriotyzm i przy ognisku śpiewało się Whisky i Wehikuł Czasu, a porem namacalnie odczuł tragedię śmierci Pawła Bergera, gdy wykonywał napis na jego płycie nagrobnej pracując jako liternik w zakładzie kamieniarskim. Później przyszedł czas emigracji. Marek wyjechał na trzy miesiące w listopadzie 2005 roku i... ten kwartał ciągnie mu się do dziś. Największą pasją Marka jest robienie zdjęć. Zaczynał, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o aparatach cyfrowych, a na wywołanie zdjęć (o ile nie miało się własnej ciemni) czekało się parę dni. Łapanie momentów upływającego czasu i zamiana ich w obrazy zawsze było dla niego jakimś rodzajem magii. Oprócz fotografowania lubi stare polskie filmy, absurdalny humor, historię i książki. W wolnym czasie czyta co popadnie i sprawia mu to nieznośną frajdę. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo poznał pewnego mechanika samochodowego, który najpierw okazał się całkiem fajnym gościem, a później gościem z ogromną wiedzą muzyczną. Tym mechanikiem jest Kuba Mikołajczyk, który wraz z Mateuszem Augustyniakiem założyli portal Polski Wzrok, dzięki któremu Marek w tempie pędzącego ekspresu dostał się w sam środek najważniejszych polskich wydarzeń kulturalnych na Wyspach. Zaczął fotografować dla portalu na koncertach, co sprawia mu wielką przyjemność i dzięki czemu poznaje wielu ciekawych ludzi.


fot. Marek Jamroz

Muzyka to coś więcej niż dźwięk i potupywanie nóżką. To taki wytwór ludzkiej wyobraźni i kreatywności który wyzwala wiele emocji. W niedzielę 7 czerwca, zarówno tych występujących na scenie (a właściwie na dywanie), jak i przybyłą publiczność połączyła empatia i poczucie jedności z mieszkańcami Nepalu. Jak wiemy, niedawno nastąpiło tam katastrofalne w skutkach trzęsienie ziemi. Z chęci pomocy ofiarom kataklizmu w głowach Piotrka Wróbla i Rafała Wrony z forum muzycznego Ptasiarnia.com zrodził się spontaniczny pomysł mini festiwalu, pod hasłem Play for Nepal. Charytatywnie zagrały formacje: THC, Space Cookies, Gabinet Looster, Raging Bull, Born Healer, 2Tone Red oraz Mick Chwedziak. Z Racji tego że na koncert w Battersea Park musiałem dotrzeć z prowincji a komunikacja londyńska choć doskonała, jest zawsze dla mnie wyzwaniem, spóźniłem się na występ Raging Bull. Bardzo tego żałuję słuchając teraz w domu ich kawałków na Youtube.

Transparent Human Creatures (fot. Marek Jamroz)




Gdy Zbliżałem się do Cafe la Gondola od paru minut grało już trio THC. Miałem okazję widzieć a właściwie słyszeć ich po raz pierwszy. Okazało się że: po pierwsze świetnie grają, a po drugie Transparent Human Creatures są zupełnie nieprzeźroczyści. Sprawdziłem to podczas rozmowy z gitarzystą Maćkiem Gazdą. Poza testem przezroczystości dowiedziałem się o tym że płyta THC jest w fazie przygotowań, oraz że brzmienie zespołu nie każdemu smakuje jednakowo. Podczas próby jakiś anonimowy troglodyta o drewnianych uszach, uznał ich muzykę za hałas i zadzwonił po policję. Na szczęście obyło się bez incydentów.

Space Cookies (fot. Marek Jamroz)



Następną kapelą grającą dla piknikującej publiczności była Space Cookies. I jak przepowiedział perkusista Gabinetu Looster zrobiło się skocznie. Rytm reggae ska doskonale pasował do słonecznej pogody w Parku Battersea. Przy odrobinie wysiłku można było wyobrazić sobie że staw z rowerami wodnymi to Morze Karaibskie, choć całą zasługę za to trzeba przypisać Kosmicznym Ciasteczkom.

Gabinet Looster (fot. Marek Jamroz)



Po Cookiesach (nie mylić z Kukizem) zagrał Gabinet Looster. Wiadomość z ostatniej chwili, chłopaki z Gabinetu wciąż siedzą. Mniej zorientowanym wyjaśniam że tych czterech muzyków gra właśnie na siedząco. Niedawno Czterej Pancerni odbyli epicką trasę po Europie. Ich sceną były ulice między innymi Paryża, Budapesztu, Krakowa, Berlina i Amsterdamu. Adam, wokalista Looster przyznał z nostalgią, że po Amsterdamie nie chciało się wracać, tylko jechać dalej przed siebie i grać. Na szczęście dla fanów z Londynu i okolic ekipa wróciła i dała świetny występ. Na płytę siedzącej czwórki trzeba nam będzie jeszcze trochę poczekać, ale materiału jest sporo i wciąż powstają nowe piosenki. Należy więc tylko życzyć powodzenia i wytrwałości w postanowieniu.

2 Tone Red (fot. Marek Jamroz)




Z żalem przyznaję że wskutek innych obowiązków ominęła mnie przyjemność wysłuchania Micka Chwedziaka, ale Biję się w piersi i obiecuję sobie że tę zaległość odrobię. Ostatnimi zespołami były 2 Tone Red, gdzie porządny mocny rock smakowicie zmieszał się z żywym wokalem dwóch dziewczyn, i Born Healer, również rockowa kapela z wokalistką o barwie głosu zbliżonej do Janis Joplin.

Born Healer (fot. Marek Jamroz)




Mick Chwedziak (fot. Maciej Mikluszka)

Impreza muzyczna zakończyła się późnym popołudniem, ale przybyli do parku widzowie zostali jeszcze korzystając z uroków Przychylnej (o dziwo) aury. Jak dowiedziałem się z facebookowego profilu Ptasiarnia.com w niedzielę zebrano 330 funtów, cała kwota zostanie przekazana na pomoc mieszkańcom prowincji Dhading. Festiwal Play for Nepal pokazał że muzyka naprawdę łagodzi obyczaje i zbliża ludzi, być może zupełnie nam obcych i mieszkających daleko w malutkim górzystym kraju. Ale to że jakieś nieszczęście zdarzyło się tysiące mil od nas i naszej poukładanej codzienności nie oznacza że nie miało miejsca. W imieniu organizatorów tego charytatywnego koncertu, Polski Wzrok dziękuje wszystkim za każdego pensa który trafił do puszki z napisem Play for Nepal.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza