wtorek, 9 czerwca 2015

Już rozwinęłam Spadochron, miękko wylądowałam, i teraz pora na Migracje - Z Melą Koteluk rozmawia Marek Jamroz (Polski Wzrok)

Marek Jamroz Muzyka była w jego domu od zawsze, ale zawsze gdzieś w tle. Rodzice nie kupowali płyt, tylko słuchali radia, a to co muzycznego działo się w pokoju jego starszej siostry, było tajemnicą. Na szczęście, choć dorastał w typowo śląskiej rodzinie, rodzice nie katowali go słuchaniem jakże popularnych wśród sąsiadów, niemieckich szlagierów i tyrolskich polek. Pierwsze utwory jakie Marek pamięta to piosenki z niedzielnego Koncertu Życzeń takich wykonawców jak Irena Jarocka, Urszula Sipińska Jerzy Połomski i nieśmiertelna Mireille Mathieu z przebojem Santa Maria. Po słusznie minionym okresie Fasolek i Zająca Poziomki, jego pierwszą dojrzałą muzyczną fascynacją była twórczość Jeana Michelle Jarre'a. Po skutecznej próbie przedarcia się do pokoju siostry,  Marek po raz pierwszy usłyszał jego Equinoxe, Marka Bilińskiego, The Beatles i Andreasa Vollenweidera. Marek zawsze był wzrokowcem - i jak miał nie trafić po latach do Polskiego Wzroku - i prezentowane Przez Krzysztofa Szewczyka w programie Jarmark klipy "Money for Nothing" Straitsów, "Take on Me" A-HA wbijały go w fotel. W późniejszych latach osiedlowa telewizja kablowa emitowała piracko MTV (to prawdziwe, gdzie kiedyś puszczano muzykę). Marek chłonął każdy gatunek - pop, rap, rock, metal, wszystko co brzmiało. Słuchał Trójki i listy w każdy piątek, kupował "pirackie oryginały", jakby chciał się tym wszystkim udławić. Nigdy nie identyfikował się z żądną subkulturą. Jako jeden z niewielu na podwórku lubił Guns'n'Roses i nikt nie wiedział jaka przyczepić mu łatkę. W szkole średniej zaczął słuchać muzyki bardziej świadomie. Wsłuchiwał się w teksty polskich wykonawców i nieudolnie starał się tłumaczyć tych anglojęzycznych. Wtedy to kolega pożyczył mu album Meddle Pink Floyd i tak zaczęła się jego wielka przyjaźń z muzyką brytyjskiej czwórki (a później trójki). Pojawiły się też kolejne fascynacje - Metallica, Biohazard, Smashing Pumpkins, Type O Negative, Sepultura, Dżem, Ira, Kazik, Piersi, Hey ale i Turnau, Grechuta, Soyka i Grupa pod Budą. Dżem był mu zawsze bliski, bo to lokalny patriotyzm i przy ognisku śpiewało się Whisky i Wehikuł Czasu, a porem namacalnie odczuł tragedię śmierci Pawła Bergera, gdy wykonywał napis na jego płycie nagrobnej pracując jako liternik w zakładzie kamieniarskim. Później przyszedł czas emigracji. Marek wyjechał na trzy miesiące w listopadzie 2005 roku i... ten kwartał ciągnie mu się do dziś. Największą pasją Marka jest robienie zdjęć. Zaczynał, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o aparatach cyfrowych, a na wywołanie zdjęć (o ile nie miało się własnej ciemni) czekało się parę dni. Łapanie momentów upływającego czasu i zamiana ich w obrazy zawsze było dla niego jakimś rodzajem magii. Oprócz fotografowania lubi stare polskie filmy, absurdalny humor, historię i książki. W wolnym czasie czyta co popadnie i sprawia mu to nieznośną frajdę. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo poznał pewnego mechanika samochodowego, który najpierw okazał się całkiem fajnym gościem, a później gościem z ogromną wiedzą muzyczną. Tym mechanikiem jest Kuba Mikołajczyk, który wraz z Mateuszem Augustyniakiem założyli portal Polski Wzrok, dzięki któremu Marek w tempie pędzącego ekspresu dostał się w sam środek najważniejszych polskich wydarzeń kulturalnych na Wyspach. Zaczął fotografować dla portalu na koncertach, co sprawia mu wielką przyjemność i dzięki czemu poznaje wielu ciekawych ludzi. Poniższy artykuł to debiut Marka w charakterze autora tekstów. Od dziś Marek to już nie tylko szanowany fotograf Polskiego wzroku, ale i jego opiniotwórca. Życzmy Markowi rozwinięcia skrzydeł w tej dziedzinie, w której o talent podejrzewałem go od samego początku.


 Autor artykułu z Melą Koteluk na dzień przed koncertem (fot. Artur Grzanka)


W sobotę 11 kwietnia w Islington Assembly Hall, zaśpiewała wokalistka, która Migruje, opowiada, Dlaczego Drzewa Nic Nie Mówią, szyje Fastrygami i tańczy Tango Katana. Fani pewnie rozszyfrują w tym kodzie obecność Meli Koteluk i mają rację. To właśnie ona i jej muzycy, byli sprawcami muzycznego wydarzenia przy Upper Street w Londynie. Był to pierwszy i jedyny koncert artystki na Wyspach Brytyjskich, podczas jej trasy koncertowej Migracje. Pomimo tego, że Album promuje nowy krążek o tym samym tytule, co wspomniana trasa, publiczność miała okazję wysłuchać najpopularniejszych utworów z jej debiutanckiej płyty Spadochron. Sama artystka w rozmowie z Polskim Wzrokiem, na swoim wieczorze autorskim powiedziała, że zwykle w miejscu, gdzie zespół gra po raz pierwszy, koncert ma charakter kompilacji utworów z obydwu albumów. Osobiście bardzo się ucieszyłem, ponieważ uważam Spadochron za niezwykle udany debiut.



Frekwencja dopisała, choć sala nie pękała w szwach. Na koncert jednak nie trafiły przypadkowe osoby, można to było usłyszeć po tym, jak publiczność chórem śpiewała „Melodię Ulotną” czy „Spadochron”. Piosenki z albumu Migracje wykonane były w podobnym klimacie, z niezwykłą różnorodnością nastrojów, od energicznych „Żurawi Origami” i „Migracji”, aż po spokojny utwór „Tango Katana”. Mela zaśpiewała je siedząc po turecku przy akompaniamencie klęczącego basisty Kornela Jasińskiego.


fot. Marek Jamroz
Artystka niezwykle ceni swój zespół i dała temu wyraz pod koniec jej występu, gdy każdy z muzyków miał swoje kilka minut solo. Warto przedstawić tych, którzy dla szerszej publiczności pozostają anonimowi, a są to: Krzysztof Łochowicz – gitara, Ola Chludek – chórki, Kornel Jasiński -bas, Miłosz Wośko – instrumenty klawiszowe. Na koncercie w Londynie, Roberta Rasza na perkusji zastąpił Marcin Ułanowski, a drugi gitarzysta Tomasz „Serek” Krawczyk był nieobecny. Po wykonaniu piętnastu utworów, wokalistka z zespołem zaśpiewała jeszcze dwa bisy, po czym koncert zakończył się przy głośnym aplauzie publiczności. Fani Meli Koteluk mieli jeszcze okazję porozmawiać z muzykami i wokalistką, do której ustawiła się pokaźna kolejka osób, liczących na autograf.


fot. Artur Grzanka
Krzysztof Łochowicz – gitarzysta zespołu, tuż po występie uznał koncert za udany, stwierdził krótko: pierwsze koty za płoty,na pewno wrócimy, świetna atmosfera. Mamy nadzieję, że organizator, Adato Live Space, weźmie sobie jego słowa do serca i niedługo znów będziemy mogli podziwiać Melę Koteluk w UK. Krótko o samej artystce. Mela, a właściwie Malwina Koteluk, (informacja dla tych, którzy podczas koncertu skandowali „Melania”) karierę zaczynała w chórkach u Gaby Kulki, nieco później po powrocie z kilkuletniej emigracji w Londynie, spotkała muzyków: Kornela Jasińskiego i Roberta Rasza. Zawiązał się zespół i powstał pierwszy album – Spadochron, który został płytą tygodnia radiowej Trójki. W 2013 Mela Koteluk została uhonorowana Fryderykami w kategorii Artysta Roku i Debiut Roku. W listopadzie 2014 powstał album Migracje, trasa koncertowa promująca krążek trwa.  Mela Koteluk nie wkłada swojej twórczości w sztywne ramy. Pomimo tego, że porusza się w konwencji Indy pop, jej utwory są niezwykle różnorodne, muzyka wymaga od słuchacza nieco zaangażowania, co nie przeszkadza temu, by na jej koncerty w Polsce przychodziły tysiące osób w różnym przedziale wiekowym. Swoją niepowtarzalnością artystka unosi się ponad przewidywalność i wtórność na polskim rynku muzycznym i tym właśnie trafia do odbiorcy.


fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: Jak to się stało, że na waszej trasie w drodze z Gdańska do Szamotuł, pojawił się Londyn? Nadrobiliście kawał drogi.

Mela Koteluk: Z mojej natury i filozofii zespołu wynika, że jesteśmy zespołem koncertowym - to spotkania z publicznością nadają sens naszym wszelkim działaniom. Gramy maksymalnie 9-10 koncertów miesięcznie w Polsce. Nie poruszamy się wyłącznie między dużymi miastami, jak Toruń, Wrocław, Warszawa, Kraków czy Gdańsk, ale staramy się również docierać do małych miast, gdzie o ofertę kulturalną bardzo trudno i ludzie łakną kontaktu ze sztuką. To całkowicie inna sytuacja niż nadmiar dóbr wielkomiejskich, gdzie ciężko czasem się zdecydować na to, co robić wieczorem. Poza tym, jest to dla nas frajda grać w miejscach, które odwiedzamy po raz pierwszy, jak w przypadku Londynu, choć oczywiście mówimy tu o innej skali. Co prawda, miałam okazję wystąpić już raz w Londynie w Royal Albert Hall, w charakterze chórku, jeszcze za czasów zespołu Scorpions, była to gala z okazji 80. Urodzin Michaiła Gorbaczowa. Ale to było dawno i nieprawda (śmiech). Trudno mi przewidzieć, co się wydarzy podczas naszego pierwszego, autorskiego koncertu, bo nie mam pojęcia, jaka publiczność pojawi się, by nas posłuchać. Może zdarzyć się tak, że wiele osób przyjdzie z ciekawości, zapoznać się z nowym materiałem i ten element tajemnicy zależy od publiczności i tego, jaka atmosfera powstanie podczas tego spotkania.


fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: Kim jest publiczność Meli Koteluk?

Mela Koteluk:  Ja znam swoich odbiorców, spotykam się z tymi osobami po koncertach i zazwyczaj chwilę rozmawiamy. Tworzymy swego rodzaju zjawisko socjologiczne, bardzo fascynujące, bo na nasze koncerty przychodzą ludzie w bardzo różnym wieku i jest to poważny przekrój pokoleniowy. Od dzieciaków, które stoją z rodzicami pod sceną w ochronnych słuchawkach na uszach, poprzez gimnazjalistów, licealistów, studentów, wartkich trzydziestolatków, aż po seniorów i całe rodziny. To prawdziwa różnorodność, której wspólnym mianownikiem są wrażliwi, bystrzy, ciekawi słuchacze.

Marek Jamroz: Muszę przyznać, że twój materiał nie jest prosty, łatwo przyswajalny. Szczególnie w sferze liryki, trzeba się w nią zanurzyć i mocno wsłuchać. Bo muzyka jest tą łatwiejszą stroną waszej artystycznej działalności. Uważam, że muzyka Meli Koteluk, nie jest muzyką tła, czy zgodzicie się z tym?

Krzysztof  Łochowicz (fot. Artur Grzanka)
Krzysztof Łochowicz: Nie chcę mówić o samej warstwie tekstowej, ale widzę to jak ludzie przychodzący na nasz występ, są zapatrzeni w Melę. Głównie dziewczyny (sprzeciw Meli i śmiech). Chodzi mi o to, że fani Meli przychodzący na nasz występ, znają na pamięć teksty piosenek i się z tym identyfikują.

Mela Koteluk:  Fenomenem było to, że trzy dni po premierze albumu daliśmy koncert, a fani śpiewali całe nasze piosenki. Wielokrotnie zadawano mi pytanie, czy grupą docelową naszej muzyki są kobiety. Nie mogę się z tym zgodzić, bo być może rzeczywiście kobietom jest łatwiej utożsamić się ze mną - z nadawcą kobietą, ale w rozmowach po koncertach, z męską częścią publiczności słyszę, że dzięki naszym utworom łatwiej im zrozumieć kobiety.

fot. Marek Jamroz
Krzysztof Łochowicz: Nie chcę tu wprowadzać podziałów według płci. Nasza publiczność jest bardzo wierna, chyba właśnie ze względu na teksty piosenek. Gdybyśmy pozostawili muzykę a dołożyli jakieś inne teksty, ci ludzie odeszliby od nas, bo nie to ich trzyma. Mela może grać koncerty tylko z gitarą akustyczną a publiczność pojawia się tak samo licznie, bo tak samo się czują i tak samo się identyfikują.

Mela Koteluk:  Moje teksty maja formułę interpretacyjną bardzo otwartą, bo ja je piszę dla siebie i nie lubię podsuwanych pod nos, gotowych rozwiązań. Siłą rzeczy, spod moich palców wychodzą słowa, o które chłopcy z zespołu często mnie dopytują (śmiech). Traktuje publiczność fair, mogą przefiltrować przez siebie te piosenki i nadać im swoją własną interpretację. Piosenka nie należy tylko do mnie po opublikowaniu i ujrzeniu światła dziennego.


fot. Artur Grzanka
Marek Jamroz: Czy podczas koncertu w Londynie rozwiniesz trochę Spadochron, czyli zaśpiewasz, choć kilka piosenek z poprzedniej płyty? Czy skupisz się tylko na Migracjach, Twoim najnowszym albumie?

Mela Koteluk:  Ja już rozwinęłam Spadochron, miękko wylądowałam, i teraz pora na Migracje. Zawsze koncertując w jakimś miejscu po raz pierwszy, zwykle wykonujemy kilka piosenek z naszej pierwszej płyty lub, jeśli odwiedzamy jakieś miasto po raz kolejny, gramy je w innych aranżacjach.

Marek Jamroz: W jakich miejscach koncertuje się Tobie i zespołowi najlepiej? Czy to duże sale, czy raczej jakieś kameralne miejsca?

Mela Koteluk:  Z tym jest bardzo różnie. Jeszcze rok temu powiedziałabym, że wolę małe klubiki i intymny klimat, a dziś powiem, że lubię i te małe miejsca i duże kluby, jak Warszawskie Palladium czy Wrocławski Eter, bo i tam udaje nam się stworzyć unikatowy klimat, nawet z większą grupą ludzi przybyłych na koncert.


fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: Koncertujecie też na festiwalach jak Open’er, czy Przystanek Woodstock...

Mela Koteluk:  W plenerach sprawa wygląda zupełnie inaczej. Tam jest pośpiech, jest określony line up. Na montaż, zainstalowanie mamy niewiele czasu. Jest też nowa sytuacja, jeśli chodzi o publiczność, ponieważ jest tam sporo osób przypadkowych, które nigdy nie przyszłyby na nasz koncert klubowy, ale jakoś tam imprezują w ogólnym sensie. Dla nas to jest jakaś forma zaprezentowania siebie i to jest fajne. Dwa lata temu graliśmy w Jarocinie, czy na festiwalu w Węgorzewie, co było początkowo przerażającą dla mnie sytuacją. Gdy zobaczyłam, jakie klimatu panują po wjeździe do Węgorzewa, ogarnął mnie niepokój i pomyślałam -nieźle, będzie się działo... ale było świetnie (śmiech). To był jeden z bardziej udanych koncertów plenerowych. W tym roku czeka nas Woodstock, nowe wyzwanie!


fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: Opowiedz o nowym albumie Migracje. Muzycznie idziecie podobną ścieżką, jak na poprzedniej płycie, a jak to jest ze stroną liryczną? O czym opowiadają Migracje? I dlaczego taki tytuł?

Mela Koteluk:  Cóż, w sensie "podprogowym" może mieć to związek z Londynem, ale nie tylko. W warstwie tekstowej, jest to płyta o mentalnych migracjach i o przeprowadzkach w życiu na różne poziomy mentalne. O transformacjach, o dojrzewaniu, o utracie pewnych rzeczy, o powstawaniu nowych możliwości, o wykorzystywaniu szans. O tym wszystkim, co dotyczy człowieka dojrzewającego i w jakimś sensie przedzierającego się przez różne błony. Są takie momenty w życiu, gdzie trzeba się lekko przeforsować, by do pewnej istoty dotrwać, a migracje i w ogóle ruch jest dla mnie synonimem szukania, czynnikiem, który to dojrzewanie wyzwala.


fot. Artur Grzanka
Marek Jamroz: Czy masz również na myśli dojrzewanie ciebie, jako muzyka?

Mela Koteluk:  Również. Pierwsza płyta Spadochron, powstawała bardzo intuicyjnie, niemal po omacku i bez wielkich zamierzeń. A jeśli chodzi o drugi album, to rzeczywiście tak jak mówiłeś, nie ma wielkiej przepaści stylistycznej - zależało mi, aby utrwalać nasz styl i osobisty język, a nie kusić się na stylistyczne wolty bez większego uzasadnienia. Jednocześnie uważam, że w warstwie muzycznej zrobiliśmy krok do przodu zapraszając do współpracy Marka Dziedzica w charakterze producenta płyty i to on pomógł całemu zespołowi rozwinąć się w dziedzinie nowych brzmień. Migracje są więc bardziej różnorodne niż Spadochron. Jednocześnie, nie miały być one szokujące dla świata, miały być odzwierciedleniem danego czasu, naszych dążeń, krótko mówiąc - prawdy o nas.


fot. Artur Grzanka

Marek Jamroz: Jak wygląda proces twórczy w zespole Meli Koteluk?

Krzysztof Łochowicz: Mieliśmy plan, by nagrać nową płytę. Jak już Mela wspomniała, zaprosiła producenta Marka Dziedzica. Z mojej perspektywy, proces twórczy pod jego kierunkiem był bardzo ciekawy. Grałem już w wielu zespołach, ale takiego systemu pracy jeszcze nie miałem. Pojechaliśmy na zgrupowanie do Burdąga na Mazury...

Mela Koteluk:  Chciałam tylko wtrącić, że byliśmy w domu twórczym w Burdągu u Marii Stokłosy.

Krzysztof Łochowicz: Wynajęliśmy tam dwie duże - właściwie stodoły - na niemal tydzień. Wcześniej gdzieś na próbach, szlifowaliśmy wstępny materiał, ale w Burdągu wybuchł nam potencjał twórczy, który nasz producent ciągle podsycał kierując naszymi działaniami. Okazało się, że na samym naszym zgrupowaniu powstało około kilkanaście numerów, plus te, które mieliśmy wcześniej, co dało w sumie ponad 20 utworów. Niezwykła sytuacja, że pojechaliśmy na kilka dni i wróciliśmy z taką ilością piosenek. Z całego tego materiału połowę odrzuciliśmy. Potem już w pracowni u Marka - bo to nawet nie jest studio nagrań - przychodziliśmy, piliśmy sobie herbatę i graliśmy na luzie, a następnie było to filtrowane przez kolejną osobę, przez Marka, przez czas. Trwało to około 6 miesięcy i wydaje mi się to bardzo ciekawym doświadczeniem, bo z wcześniejszych moich doświadczeń, były to krótsze okresy czasu, a tu nie było jakiegoś stresu, pracy studyjnej. Pod koniec, oczywiście trzeba było się już spinać i wiadomo, że tego luzu już nie było.


fot. Marek jamroz
Mela Koteluk:  Ja na pewno nie miałam luzu pod koniec i od tamtego czasu nie mam już luzu (śmiech), ale to była dobra współpraca.

Marek Jamroz: Czy te piosenki, które odrzuciliście podczas nagrywania Migracji, przepadły bezpowrotnie, czy gdzieś tam sobie nadal wiszą?

Mela Koteluk:  One wiszą, bo to dobry materiał. Co prawda do części nie ma tekstów, ale myślę, że znajdzie się okazja, żeby dołączyć coś "z kuchni", jako bonus.

Marek Jamroz: Są plany wydania Migracji na czarnym krążku?

Mela Koteluk:  Tak, i płyty Spadochron również. Ostatnio stałam się posiadaczką gramofonu i zaczynam się wkręcać w świat winyli. Bardzo bym chciała ten proces przyspieszyć, ale problem jest natury fizycznej, ponieważ na tłoczenie czeka się około 20 tygodni. Już sam proces przygotowawczy jest dość skomplikowany, plus 20 tygodni czekania na tłoczenie w Niemczech i w Czechach.


Marek Jamroz: Pomimo tego, że płyty winylowe wracają do łask, żyjemy w czasach, kiedy odbiorca może kupić online wybrane piosenki w postaci pliku MP3, pomijając inne z longplaya. Czy drażni Cię to, jako artystkę, i czy uważasz, że album powinien być słuchany w całości?

Mela Koteluk:  Tak, prosta odpowiedź - tak, bo uważam, że w życiu liczy się kontekst. Niezależnie od tego, co się dzieje, ten kontekst zawsze ma znaczenie. Pojedynczy utwór może jedynie zainspirować kogoś, do zapoznania się z całością. To jak z książką, jeden wyrwany z kontekstu rozdział niewiele powie o całości. Być może kogoś to usatysfakcjonuje, ale tak naprawdę utraci on szerokie spektrum. Nie czuję w sobie jakieś misji, żeby narzucać komuś, że ma słuchać całej płyty, czy kupować całą płytę. Tak nigdy nie było i nigdy nie będzie, ale uważam, że warto włożyć w to trochę wysiłku i cierpliwości, bo to zaowocuje satysfakcją.

Marek Jamroz: Myślisz, że w tych czasach ludziom chce się jeszcze wnikać w cały kontekst, czy wybierają ścieżkę na skróty?

Mela Koteluk:  Żyjemy rzeczywiście w takich szalonych, postmodernistycznych czasach i trudno jest się zatrzymać, mnie samej jest trudno wyhamować, ale myślę, że ludzie dziś są już najzwyczajniej zmęczeni pośpiechem. Obserwuje jednak po sobie i po osobach, które mnie otaczają, że szykuje się odwrót od tego konsumpcjonizmu, zarówno materialnego jak i w sferze dóbr kulturalnych. Wszystko jest spłycone, spłaszczone i niebawem zacznie się dziać sensowniej w tym temacie.

fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: Melu, kto jest odpowiedzialny za Twoje teledyski? Czy to Twoja wizja obrazowania muzyki?

Mela Koteluk:  Tak, siłą rzeczy ja je uspójniam, ale kosztuje mnie to sporo wysiłku. Prowadzę to z reżyserem, zwanym także "reżopem", bo często reżyser jest też operatorem. U nas niemal za każdym razem teledysk robi kto inny. Ale wszystkie klipy łączy jakiś rodzaj zawiłości i na etapie montażu, chyba udaje się osiągnąć to, żeby zostawić odbiorcy swobodę a interpretacyjną, wolność! Istnieje bardzo cienka granica, pomiędzy czymś ciekawym a czymś banalnym, i szczególnie w tak małej formie, jaką jest teledysk, łatwo jest tę granice przekroczyć.


Marek Jamroz: Trochę zaskoczyła mnie Twoja współpraca z Cezikiem, w teledysku Nieprzytomny Świat. Jak to się stało, że zaśpiewaliście razem?

Mela Koteluk:  Nieprzytomny Świat to pomysł Cezika, który wcześniej nagrywał z Czesławem i jakiś czas później zaprosił mnie do współpracy. W 2013 roku, po Męskim Graniu, pojechałam do Gliwic, Cezik zrobił plan filmowy u siebie na strychu. Trwało to cały dzień, dlatego że właściwie Cezik nagrywał ten klip samodzielnie. To było super doświadczenie, coś innego.

fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: A w jakich opowieściach teledyskowych czujesz się najlepiej? Czy to będą ciepłe powroty do domu w „Na Wróble”, czy geometryczna sterylność w „Fastrygach”?

Mela Koteluk: Najlepiej się czuję w teledysku do Tragikomedii, która będzie miała premierę już za kilka dni. Była to sytuacja, której nie zdradzałam w ogóle, bo nie chciałam zapeszać, ale udało mi się namówić jakimś cudem do współpracy Michała Znanieckiego, reżysera teatralnego i operowego. Ostatnio wyreżyserował Bille'go Eliota w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Spotkaliśmy się w Warszawie przy okazji pewnych rozmów i spontanicznie zapytałam, czy nie podjąłby się pracy nad moim nowym klipem, a Michał się zgodził.


Marcin Ułanowski (fot. Marek Jamroz)
Marek Jamroz: Czy uchylisz rąbka tajemnicy?

Mela Koteluk:  Uchylę. (śmiech) Do współpracy zaprosiliśmy znakomitego argentyńskiego tancerza, który akurat przebywał w Polsce. Nazywa się Andres Rosso, jeden z najlepszych tancerzy tańca współczesnego w Argentynie. W teledysku Andres zatańczy, jest pewna historia, widać nasz zespół. Nie chcę zbyt wiele zdradzać przed premierą, ale myślę, że w swojej formie pasuje do pozostałych.

Kornel Jasiński (fot. Marek Jamroz)
Marek Jamroz: Opowiedz nam o muzykach w swoim zespole, bo zwykle stoją oni gdzieś w cieniu za wokalistą lub liderem.

Mela Koteluk:  Eksponuję swój zespół w wywiadach i podczas koncercie, jest tak, że każdy z nich ma swoje "pięć minut", prawda Krzysztof?

Krzysztof Łochowicz: Ja mam połowę z tych pięciu minut, bo jest dwóch gitarzystów i musimy się podzielić (śmiech)

Ola Chludek  (fot. Artur Grzanka)
Mela Koteluk:  Na naszym fanpage ludzie wiedzą, kim są Tomasz "Serek" Krawczyk, Krzysiek Łochowicz, Miłosz Wośko, Kornel Jasiński, Robert Rasz i Ola Chludek, a także Karolina Serocka i Robert Kurpisz. Ale, od kogo powstał zespół? Otóż wszystko zaczęło się od spotkania z Piotrkiem Aleksandrowiczem, Robertem Raszem i Kornelem Jasińskim, krótko po tym, jak zaczęli oni grać z Gabą Kulką. To było tuż po moim powrocie z Londynu, później pojawił się Tomek "Serek" Krawczyk i Miłosz Wośko. Dołączyła też Ola Chludek i Krzysiu Łochowicz, który od razu awansował na stanowisko kierownika muzycznego zespołu i koordynatora pracy zespołu (śmiech). To wyjątkowy zespół, to nie są odtwórcy, tylko twórcy i w tym jest siła, ich kreatywna energia, a nie tylko czytanie z nut. Wydaje mi się, że w pewnym momencie dochodzi u muzyka do sytuacji, gdzie wytrąca się jego własny styl grania i właśnie u nas każdy ma ten swój, niepowtarzalny styl. Paradoksalnie, ta różnorodność jest największym spoiwem. A ja tylko dodaję moje niezrozumiałe teksty i wychodzi wielki znak zapytania (śmiech)

Miłosz Wośko (fot. Marek Jamroz)
Marek Jamroz: Czego prywatnie słucha Mela Koteluk? Kto Cię inspirował i kto był dla Ciebie wzorem?

Mela Koteluk:  Dla mnie taką osobowością jest Grzegorz Ciechowski. To przede wszystkim. Ale jak byłam dzieckiem, to wraz z moją koleżanką Moniką bawiłyśmy się w Michaela Jacksona i w Prince'a, w domek (śmiech). Ja byłam Prince'm, on wydawał mi się bardziej interesujący, a Jacksona wszyscy znali. Mój tata był wielkim fanem Queen, więc siłą rzeczy wychowałam się też na tej muzyce. Inne znaczące osobowości, to na pewno Annie Lennox i Eurythmics, Peter Gabriel, Kate Bush i cała masa innych muzyków. Zdarzało mi się oczywiście słuchać jakiejś obciachowej muzyki, jak każdemu, ale zostało we mnie to to, że jestem otwarta na to, co się dzieje w sferze muzycznej, a przede wszystkim na to, co wymyślają młodzi. Często siedzę i przeszukuję Internet w poszukiwaniu perełek. Zresztą, gdy coś upoluje to chętnie się tym dzielę, promuję, a młodych twórców nieustępliwie zachęcam do tworzenia własnego repertuaru. Szukania własnego języka

fot. Marek Jamroz

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza