Dawid Leszczyk - perkusja nie ma dla niego tajemnic
Swoją przygodę muzyczną rozpocząłem w wieku 12 lat. W 1999 roku zdobyłem indywidualne wyróżnienie jako najlepszy perkusista na Blues Meeting w Kraśniku. W 2000 roku zostałem dostrzeżony przez Izabellin Studio, gdzie nagrałem promocyjny singiel z własną piosenką „Srebrne Kagańce” (w nagraniu wzięli udział wybitni muzycy m.in. Grzegorz Ciechowski, Maryla Rodowicz, Wojtek Pilichowski, Zbyszek Krebs). Od tego czasu współpracuje z wieloma wykonawcami np.: ORKIESTRA DNI NASZYCH, PARADOX!, GABRIEL FLESZAR, od 2008 w zespole ZDROWA WODA. W roku 2011 nagrałem ścieżkę perkusji do filmu fabularnego "Wymyk"
Polska dziesiątka Dawida:
1.SBB - Memento z banalnym tryptykiem
2.Czesław Niemen - Bema pamięci żałobny rapsod
3.SBB - Z miłości jestem
4.Perfect - Autobiografia
5.TSA - 51
6.Breakout - Modlitwa
7.Dżem - Naiwne pytania
8.Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat
9.Maanam - Sie ściemnia
10.Budka Suflera - Noc komety
Babilon, Zion, Jah Bless i wszystkie inne niezbędne terminy, które dotyczą muzyki reggae nierozerwalnie związanej od początków swojego istnienia z filozofią Rastafari, to temat na zupełnie inną audycję. Do korzeni świadomego reggae na Ziemiach Polskich i tak zapewne jeszcze kiedyś w programie Polisz Czart nawiążę. W najbliższy poniedziałek 18-go lutego postanowiłem jednak muzykę reggae potraktować w oderwaniu od stylu życia i filozofii, a skupić się przede wszystkim na tym, jak doszło do tego, iż ten egzotyczny jamajski rytm, który za sprawą Boba Marleya pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia opanował sporą część świata, zainspirował także i tych polskich muzyków, którzy z reggae nie mają nic lub prawie nic wspólnego. Dajmy ponieść się falującemu rytmowi i zastanówmy się wspólnie nad fenomenem przeniknięcia muzycznego pulsowania rodem z dalekich Karaibów do repertuaru tych polskich artystów, którzy na co dzień nie noszą dredów i nie nawołują do powszechnej legalizacji pewnej egzotycznej rośliny.
Piotr Komosińskiwspółpracuje z naszą audycją od września ubiegłego roku. Odnalazł nas jako manager grupy Dopamina, a potem bardzo szybko stał się wiernym słuchaczem. W listopadzie otrzymałem maila, w którym Piotr poinformował mnie, że został managerem jednego z najważniejszych zespołów w historii polskiego blues-rocka - grupy ZDROWA WODA. Krótko po tej wiadomości Polisz Czart otrzymał od Piotra propozycję patronatu medialnego nad obchodami 25-lecia istnienia tej zasłużonej formacji. Niedawno poprosiłem Piotra, aby napisał kilka zdań o sobie. W związku z tym, że w świadomości Słuchaczy Polisz Czart Piotr zaistniał wcześniej niż nasz patronat medialny nad jubileuszem zespołu, którego jest managerem, postanowiłem świętowanie 25-lecia istnienia Zdrowej Wody rozpocząć od przedstawienia sylwetki managera i zarazem naszego słuchacza w jednej osobie.
Patrząc na Chłopaków, trudno uwierzyć, że to już minęło 25 lat
Pierwsze kasety jakie kupiłem to "Bad" Michaela Jacksona oraz składanka grupy Genesis. Był to okres kiedy muzyka nie była jeszcze aż tak ważna w moim życiu, jak ma to miejsce obecnie, ale pamiętam dokładnie radość, z jaką wracałem do domu, aby posłuchać zakupionych kaset. Przełomem był dla mnie moment, kiedy kolega podarował mi płytę "Trash" Alice Coopera. Nie stałem się wprawdzie od razu fanem tego artysty, ale dlatego właśnie ten moment zapamiętałem tak dokładnie, bo od niego wiele się w moim życiu zmieniło. Zaczęły się spotkania z kumplami i wspólne słuchanie płyt wielu znakomitych zespołów. Nigdy nie zapomnę, jak potrafiliśmy w piątkę siadać na kanapie, a przed nami stał "jamnik", z którego płynęły dźwięki rockowych i metalowych zespołów. Przeżywaliśmy ich muzykę do tego stopnia, że głowy nam potem z bólu "odpadały" :-) W roku 1992 czyli mniej więcej w wieku 16 lat w garażu rozpocząłem moje pierwsze próby gry na gitarze. Pamiętam, że używaliśmy wtedy do tego celu odbiorników radiowych. Było super :-) W 1993 roku zacząłem grać w zespole Warhead, z którym zagrałem też swoje pierwsze koncerty. Potem był Duke Buffon, który szybko zmienił nazwę na Buffoon, Pankratz, Ex Usu i Anal Action.
W 2004 roku wyjechałem na rok do Londynu, gdzie długo nie wytrzymałem bez grania i bardzo szybko założyłem zespół Chloramina. Wprawdzie wszystko skończyło się tylko na próbach, ale dzięki temu poznałem w Londynie kilka kultowych sal prób. Po powrocie do Polski powstał No Exit, a zaraz po nim Potty Umbrella - mój najważniejszy jak do tej pory zespół, który przyniósł mi mega doświadczenie i był ogromną muzyczną przygodą (m.in. mieliśmy ponad miesięczną trasę po Kanadzie z zespołem NoMeansNo, o czym można przeczytac tutaj). Potem na chwilę zaistniał Piggi Pop, a ostatnim zespołem w którym grałem i z którym nagrałem płytę "Weird Polonia" był Hotel Kosmos. Obecnie nie gram. Zajmuję się organizowaniem koncertów dla Zdrowej Wody oraz zespołu Dopamina, dzięki czemu cały czas obcuję z muzyką. Poza muzyką moją wielką pasją jest fotografia. Z wykształcenia jestem fotografem.
Dziesiątka Piotra:
1. Lech Janerka - Jezu, jak się cieszę
2. Tilt - Mówię ci że...
3. Brygada Kryzys - Centrala
4. T.Love - Warszawa
5. Mannam - Lipstick on the glass
6. Ścianka - Białe wakacje
7. Republika - Zapytaj mnie czy cię kocham
8. Ewa Braun - Ucieczka
9. Świetliki - Opluty
10. Something Like Elvis - Phantom
N.S.I. to, jak twierdzą jego członkowie, projekt poprzez który starają się odnaleźć i określić swoje własne miejsce w jazzowej czasoprzestrzeni, a jaki jednocześnie daje im pole do swobodnego realizowania własnych pomysłów. Grupa zwyciężyła podczas ubiegłorocznego 36-go konkursu Jazz Juniors w Krakowie. Oprócz Grand Prix zespół otrzymał także nagrody dodatkowe w postaci: zaproszeń na Festiwal „Gorzów Jazz Celebrations 2013” i cykl „Młody Jazz” w Tarnowskim Centrum Kultury oraz sesję nagraniową w studiu Raven. Ponadto grupa otrzymała także nagrodę specjalną ufundowaną przez jednego z jurorów Andreasa Malliarisa w postaci zaproszenia na Jazz Meeting Berlin 2013. Nagrodą indywidualną wyróżniono dodatkowo Dawida Fortunę - perkusistę.
Mam na imię Eliza i najkrócej mówiąc jestem mega szczęściarą. Dlaczego? Wygląda na to, że właśnie pokonałam nowotwór, a poza tym mam kogo kochać. Jestem mamą cudownego dwuletniego Szymka (Polisz Czart potwierdza, gdyż miał okazję osobiście poznać Szymka :-), którego mam z trochę mniej cudownym, ale wyjątkowym facetem (Polisz Czart pozwoli się tym razem nie zgodzić, gdyż także ma okazję znać faceta Elizy, który w jego opinii jest równie cudowny :-). Ten właśnie facet dba o to, czego słucha się w naszym domu lub w samochodzie. W 100% oddaję się jego gustowi muzycznemu. (Polisz Czart wyraża nadzieję, że nie tylko gustowi muzycznemu :-)
Wracając do mnie, to moje upodobania muzyczne ukształtowały się, kiedy byłam nastolatką. Chodziłam wtedy w powyciąganych swetrach, sztruksowych dzwonach i słuchałam chłopaków z Seattle. Oj tak... Pearl Jam, Soundgarden, jak również Nirvana czy The Doors zajmowały wtedy istotne miejsce w moim życiu. Zresztą do dziś bardzo chętnie ich słucham. Dokładnie nie pamiętam, czy to Janis Joplin sprawiła rewolucję w mojej szafie na rzecz długich sukienek i ogromnej ilości biżuterii z lat 70-tych.
Później w moim życiu zaczął przewijać się Pink Floyd, Led Zeppelin
Queen, U2, Stonsi, Metallica, Tool, Depeche Mode i inne. Bardzo lubię
polski rock. Od kilku lat staram się jeździć na Przystanek Woodstock i
nie mogę doczekać się, żeby zabrać tam mojego synka. W zasadzie lubię
każdy rodzaj muzyki za wyjątkiem "łupu cupu" tworzonego tylko na
klawiszach i kompie (Uff... Polisz Czartowi ulżyło, gdyż on też nie lubi tego momentu, gdy "Ona tańczy dla niego :-)
Świetnie bawię się przy rytmach reggae. Stara, poczciwa babcia Tina Turner towarzyszy mi podczas sprzątania, a Lenny'ego Kravitza nie wygoniłabym z mojej sypialni. Płaczę przy "One" U2, a fałszuję śpiewając dziecku w samochodzie Kult czy Ilussion. Na poprawę humoru zawsze działa na mnie hiszpańska kapela Bongo Botrako. To tak w wielkim skrócie o muzyce, której słucham. Poza tym kocham podróże, lubię serial Dr. House i wszystkie programy o operacjach plastycznych. Kocham gotować dla mojego faceta i moich gości (w tym momencie Polisz Czart poczuł, ze nadchodzi czas wzmocnienia organizmu i udał się do kuchni...)
A więc stało się!!! Różne były już odkrycia w historii medycyny. Były nawet i takie, które zostały uznane za tak doniosłe, że szacowna kapituła przyznająca coroczne nagrody Nobla postanowiła zachować je od zapomnienia i po wsze czasy zapisać złotymi literami dla potomnych. Przed czterema dniami wraz z Moniką i Bogumiłem podczas programu śledzikowo - walentynkowego zaprezentowaliśmy bardzo określony dorobek polskiej muzyki rozrywkowej. Specjalnie dla Was staraliśmy się z zegarmistrzowską precyzją wybrać te piosenki, które w sposób zabawny, a czasem nawet dowcipny traktują o tak zwanych sprawach damsko-męskich. Jednym słowem uczucia, erotyzm i "te sprawy", to od wieków jakże wdzięczny temat dla zdolnych autorów tekstów. Gdyby jednak przypadkiem ktoś z Szanownych Słuchaczy chciał nam zarzucić za daleko... posuniętą (wiem, że w przypadku tłumaczenia się w tej sprawie słowo to najszczęśliwsze nie jest) frywolność, odpowiem, że i tak wybraliśmy tak zwaną wersję lajtową repertuaru. Wszak nasza narodowa spuścizna tekstowej rubaszności posiada również i wersję hard, jak choćby niektóre teksty Kur, czy też większość piosenek legendarnej formacji Dr. Huckenbush. Dziś jednak chciałbym skupić
się
tylko na jednej piosence zaprezentowanej podczas ostatniego programu Polisz Czart. Oto ona:
Od razu nadmienię, iż nie zamierzam dokonywać tu szczegółowej analizy literackiej tekstu Blendersów, gdyż ufam, że 99 procent czytających te słowa i tak doskonale wie, co poeta miał na myśli. Przechodzę więc z miejsca do sedna mojego wywodu. Stosunkowo niedawno (przepraszam za wyraz niedawno) podano bowiem do wiadomości publicznej, że mieszkający na Florydzie światowej sławy emerytowany
polski
ginekolog - 71-letni Adam Ostrzeński jako pierwszy przedstawiciel ludzkości "dotarł" do poszukiwanego od zarania dziejów i niedostępnego jak do tej pory nawet dla najbardziej niestrudzonych śmiałków - tajemniczego punktu G. Nasz wielki rodak swoje odkrycie oparł o setki lat badań, z których pierwsze potwierdzone pochodzi z trzeciego wieku naszej ery i aby dodać pierwiastek sensacji, pan Profesor miał rzekomo dotrzeć do sedna całej sprawy podczas szczegółowego badania... 83-letniej pacjentki. "Całe moje życie - miał powiedzieć tuż po swoim odkryciu Profesor Ostrzeński - związane jest z chirurgią i nowymi technikami chirurgicznymi i oczywiście jest to bardzo ekscytujące być pierwszym człowiekiem, który zobaczył i dotknął tego organu".
A oto jedna z wielu stron www, która stanowi potwierdzenie opisanego odkrycia:
Jeśli to wszystko, co opowiada profesor Ostrzeński jest prawdą, to dziwię się, dlaczego Polska nie jest jeszcze w posiadaniu pierwszej w swojej historii Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Być może powinniśmy nawet powołać organizację, której nadałbym roboczą nazwę Komitet Presji Narodowej (w skrócie KPN), która zajęłaby się medialnym naciskiem, pikietami, a nawet pisaniem petycji do szacownej kapituły w Sztokholmie, w celu zainteresowania się przez nią epokowym odkryciem naszego ginekologa. Myślę, że w obliczu zaistniałej sytuacji, piosenka Blendersów sprzed lat nabiera obecnie dla naszej kultury narodowej znaczenia szczególnego i w związku z tym zaryzykuję nawet stwierdzenie, że być może od dawna była ona czymś w rodzaju inspiracji dla naszego wielkiego odkrywcy.
W związku z nieuchronnie zbliżającą się datą tak zwanego ŚLEDZIKA (najbliższy wtorek) oraz WALENTYNEK (najbliższy czwartek), Polisz Czart ma przyjemność zaprosić swoich Słuchaczy na szaloną godzinę rockendrolowo-dyskotekowego bujania się w rytm piosenek, wśród których szczególne miejsce zajmą te, które w treści odnoszą się do niezwykle wdzięcznego tematu, jakim są relacje damsko-męskie. Miłość bowiem, jak również i te mniej zobowiązujące stosunki damsko-męskie jakże często w polskiej piosence stanowiły na przestrzeni dziejów wdzięczny temat do romantyczno-ironicznych przemyśleń, czasem posiadały charakter frywolny, a nawet zabarwiony erotycznie. Zakończenie karnawału połączone z tematem miłosnych harców każdego roku
niesie ze sobą pod prawie każdą szerokością geograficzną moc imprez i
prywatek, których zakończenie może - jak to już zapewne często bywało w
przeszłości - okazać się dla wielu uczestników najdelikatniej mówiąc…
zaskakujące, a rozmiar bólu głowy połączonego z bardzo poważnymi lukami w
pamięci może znacznie przekroczyć XXL. Nic to jednak. Dla tych
śmiałków, którzy nie boją się przewlekłego bólu głowy oraz
emisji kolejnego własnoręcznie nakręcanego odcinka z familijnego cyklu
"Uwolnić pawia" będącego hitem "kina domowego" w każdy ostatni dzień
karnawału, przewidujemy szampańską porcję muzycznych rytmów, które w
połączeniu z trudną do określenia ilością płynów, niechybnie przyniosą
(jak zawsze) upragniony przez nich efekt.