piątek, 7 października 2011

Piejo Kury piejo... (Nowy Czas nr 172)

Tymon Tymański
   Zasiadając do napisania niniejszej recenzji, po raz pierwszy postanowiłem przygotować się do tej czynności w sposób naukowy. Kura nie jest być może najbardziej dumnym z ptaków, ale nie jest też ptakiem, koło którego przechodzi się obojętnie. W końcu każdy raz na jakiś czas lubi zjeść jajecznicę lub wybrać się na „chickena z frytkami”. Systematyka biologiczna zaliczająca kurę do rzędu Grzebiących, każe nam na nią spojrzeć nieco podejrzliwie, ale już fakt że mała kura koloru żółtego zwana kurczakiem kojarzy nam się z przebudzeniem do nowego życia, wywołuje znacznie przyjemniejsze emocje. Po co właściwie zagłębiam się w te zawiłe biologiczno-obrządkowe dywagacje zamiast skupić się na muzyce?
Tymon Tymański w roku 1992 był już artystą zaszufladkowanym. Kilka lat wcześniej postanowił znajdującej się w poważnej zapaści po rockowym boomie lat 80-tych muzyce jazzowej, nadać całkowicie nowe oblicze. Kiedy zorientował się, że to co stworzył jest tak awangardowe, że nie mieści się już w dotychczasowych kanonach jazzu, postawił grubą kreskę, a zjawisko artystyczne które powołał do życia, ochrzcił mianem „yass”. Jego grupa Miłość wykreowała przez lata takie osobowości jak Leszek Możdżer, Jerzy Mazzoll, Mikołaj Trzaska, Jacek Olter, Maciej Sikała i inni. Mając zapewnione miejsce w historii polskiej muzyki, Tymański nie rezygnując z dotychczasowej działalności, postanowił dodatkowo stworzyć zespół prześmiewczo-alternatywny łączący zamiłowanie do niekonwencjonalnych dźwięków z przyswajalnymi dla szerszego kręgu odbiorców tekstami, których dosadność a momentami nawet zamierzona obleśność, dotykała codziennej rzeczywistości pierwszych lat wolnej Polski oraz stanowiła pastisz różnych gatunków popkultury, ocierając się o  artystyczną prowokację i zamierzony kicz. Szukając w roku 1992 nazwy dla nowopowstałego projektu, która miała - jak to określili sami twórcy - oddawać „obszar heroicznych eksploracji dźwiękowych”, ku zdumieniu całego środowiska zaakceptował propozycję z patosem mającą niewiele wspólnego. I tak oto Kury z fasonem zasiadły na najwyższej grzędzie polskiej sceny niezależne

czwartek, 6 października 2011

Mój nowy czas (Nowy Czas nr 172)

Teresa Bazarnik - Wydawca i Grzegorz Małkiewicz - Redaktor Naczelny (fot. Sławek Orwat)

Włodek Fenrych (fot. Sławek Orwat)
Wszystko zaczęło się od... Włodka Fenrycha. Mieszkaliśmy wówczas w tej samej miejscowości, a Nowy Czas trafiał w moje ręce trochę podobnie jak „bibuła” w czasach słusznie minionych. Metoda kolportażu „z ręki do ręki” zamiast oficjalnej dystrybucji jednoznacznie budziła we mnie kombatanckie skojarzenia. Włodek prawie zawsze miał ze sobą kilka egzemplarzy, które rozdawał według sobie tylko znanego rozdzielnika. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka lat sam stworzę podobny rozdzielnik i będę częstował dostojną „bibułą” precyzyjnie wybrane osoby.

30 listopada 2009 roku Włodek zabrał mnie do krypty kościoła St. George the Martyr na nowoczasowe Andrzejki. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem ludzi, których znałem dotychczas tylko ze szpalt, a obecność Andrzeja Krauze przyprawiła mnie o zawrót głowy. Jako nastolatek byłem bowiem zagorzałym czytelnikiem tygodnika Kultura, w którym pan Andrzej bezlitośnie obnażał absurdy PRL-owskiej rzeczywistości. Rozmowy przewijały się jak w kalejdoskopie. Chłonąłem muzykę i obrazy. Wsłuchiwałem się w słowa i zapamiętywałem imiona. Wtedy poznałem też Monikę Lidke, Leszka Aleksandra, Sławka Żaka, Anetę Barcik oraz niezwykle serdecznych gospodarzy - Teresę i Grzegorza. Wiedziałem, że będę tu wracał.

Andrzej Krauze (fot. Sławek Orwat)
Bardzo dobrze zapamiętałem moment, w którym Grzegorz zaproponował mi pisanie dla Nowego Czasu. Świadomy swojego ówczesnego „miejsca w czasie”, nie przyjąłem jednak tej zaszczytnej propozycji. Za cztery dni miał się ukazać mój artykuł w debiutującym na rynku Luton lokalnym tygodniku Wizjer. Sądziłem, że więcej dobrego zrobię zapraszając poznanych tu ludzi na prowincję, niż zasilając sprawnie działającą instytucję dziennikarskich tuzów. Romantyczną misję zaniesienia ART-eryjnych artystów pod lutońskie strzechy realizowałem z uporem przez półtora roku. Wierzyłem, że jeśli nawet na koncerty Moniki Lidke, Sławka Żaka, Anety Barcik i Włodka Fenrycha nie walą tłumy, to i tak warto to robić dla świadomej swych potrzeb mniejszości.

9 stycznia tego roku przeżywałem gorące chwile. Współorganizowałem już po raz drugi z rzędu Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Gwiazdą tego dnia miała być Dominika Zachman. Niestety. Na kilka dni przed koncertem zmogło ją przeziębienie, a w jej zachrypniętym głosie słyszałem szczery żal. Lista artystów, którzy mieli zagrać dla dzieciaków ustalała się praktycznie do ostatnich chwil. Nie pamiętam już ile razy pokonywałem odległość pomiędzy sztabem, a sceną, ale doskonale zapamiętałem moment, kiedy w słuchawce telefonu usłyszałem głos Teresy: „Sławku jesteśmy z Grzegorzem w górnej części budynku na obiedzie i za chwilę będziemy”. Powitałem ich z radością i nieukrywanym wzruszeniem. Po artystach udało mi się w końcu ściągnąć do Luton także legendarnych twórców Nowego Czasu. Czułem, że dzieje się coś ważnego i sądziłem, że współpraca obu naszych środowisk jeszcze bardziej się zacieśni.


Krystyna Prońko na 4-lecie Jazz Cafe POSK 2011 - mój pierwszy tekst dla Nowego czasu to recenzja z tego wydarzenia
W filmie Stanisława Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” jest pewna scena. Główny bohater filmu wyprowadzony w pole przez swojego bliskiego współpracownika skonsternowany zadaje mu pytanie: „Co tu się dzieje, w Imię Ojca i Syna”, na co tamten udziela mu beznamiętnej odpowiedzi: „Zmiany, zmiany, zmiany”. 19 marca jechałem na koncert Krystyny Prońko do POSK-u jeszcze jako dziennikarz "Wizjera" z Luton. Pociąg do Londynu zmierzał swoim torem, a… zmiany swoim. Nie pierwszy raz w moim otoczeniu popkultura wygrywała ze sztuką, a masówka przyciągała ludzi, z którymi już nie było mi po drodze. Trudno. Nie byłem pierwszym Don Kichotem, który przegrywał z wiatrakami. Kilka dni po istotnych dla mojego dziennikarskiego życia zmianach, otrzymałem telefon od Grzegorza, którego przypadkiem spotkałem na koncercie pani Krystyny. Zapytał, czy nie zechciałbym napisać dla Nowego Czasu recenzję z tego wydarzenia. Tym razem nie odmówiłem.

Miałem w Nowym Czasie okładkowy artykuł i zdjęcie mojego autorstwa
Wielkość dziennikarza poznaje się nie tylko po tym jak pisze i jaką gazetę wydaje, ale przede wszystkim po tym, jakim jest człowiekiem. Nigdy nie zapomnę gościnności Teresy i Grzegorza podczas ostatniej ARTerii. Przygotowując dwudniową imprezę sceniczną, jaką jest Wielka Orkiestra, jestem w pełni świadomy na co porywają się ludzie, którzy podobne wyzwania rzucają sobie kilka razy do roku. Czasami wystarczy tylko zwykły brak kabla lub korek na autostradzie, aby cały misternie opracowany plan nagle runął. Umiejętność szybkiego znalezienia rozwiązania w obliczu scenicznej pustki lub wybranie właściwego numeru telefonu w chwilach organizacyjnego rozgardiaszu to jeszcze nie wszystko. Najistotniejsze jest to, aby w momentach w których nawet „oazom spokoju” puszczają nerwy, zachować pogodny wyraz twarzy nawet wtedy, gdy nie jest „do śmiechu”. Nie tak dawno napisałem artykuł, który zatytułowałem „Skazani na ARTerię”. Skazałem w nim Teresę i Grzegorza na dożywotnią organizację tej imprezy nie tylko z powodu mojej wielkiej miłości do muzyki.

Z tuzami Nowego Czasu - Andrzejem Krauze i Krystyną Cywińskaą
Nowy Czas szanuję najbardziej za rzadko spotykaną wrażliwość osób z nim związanych. Od wczesnej młodości byłem niepoprawnym romantykiem. Niektórzy nawet nazywają to naiwnością. Są tacy, którzy z owego romantyzmu wyrastają. Mnie się nie udało. Biorąc pod uwagę życiowy bilans zysków i strat z tym związanych, wolę jednak nie wyrastać. Bezkompromisowa obrona wolności słowa i informacyjna rzetelność to wartości dla mnie w dziennikarstwie najwyższe i to przede wszystkim dlatego skazałem twórców Nowego Czasu na dożywotnią organizacyjną aktywność. Grzegorz w swoich felietonach zawsze jasno wyraża swoje poglądy, nie zamykając jednocześnie łamów gazety, którą stworzył na inne punkty widzenia. Przykładem tej postawy są chociażby polemiczne felietony pani Krystyny Cywińskiej. Sposób przedstawiania swoich racji przez obie indywidualności pióra oraz wzajemny szacunek mogą stanowić lekcję kultury dla barbarzyńskich metod medialnego wyniszczania się coraz częściej spotykanego w polskiej prasie. Idąc za przykładem Włodka, staram się, aby nasz dwutygodnik trafiał do tych, którzy tęsknią za dziennikarską etyką. Otrzymuję dziesiątki odzewów od moich dawnych czytelników z Luton. Dziękują za każdy podarowany egzemplarz. Wyrażają zdumienie, że taka gazeta jak Nowy Czas istnieje i odwiedzają regularnie stronę internetową. Kilkoro z nich prosiło mnie nawet o przekazanie podziękowań za obronę Fawley Court. W ich imieniu i własnym czynię to niniejszym publicznie.

piątek, 9 września 2011

voo voo.męskie granie.pl (Nowy Czas nr 171)

Logo i sponsor "Męskiego Grania"
Spotkałem się z kolegą, bo kolega jest od tego i wypada czasem spotkać się z nim… Tymi słowami w ubiegłym roku Wojciech Waglewski wraz z Maciejem Maleńczukiem przekonywał publiczność do Męskiego Grania. Czy męskie spojrzenie na muzykę i sztukę aż tak bardzo różni się od damskiego, że należy to wyrażać za pomocą artystycznego separatyzmu? Waglewski postanowił udowodnić, że prawdziwi mężczyźni mają swój własny muzyczny świat. Lider Voo Voo znalazł promotora – Program Trzeci Polskiego Radia. Mimo iż ta zasłużona rozgłośnia lata największej świetności ma już za sobą, w dobie wszechogarniającej radiowej tandety ciągle nie ma sobie równych poziomem programów i jakością prezentowanej muzyki. Ideą Męskiego Grania jest pokazanie artystów reprezentujących nie tylko różne pokolenia, ale przede wszystkim różne gatunki muzyki i dotarcie do jak najszerszego grona odbiorców. Udało mi się dołączyć do widowni Męskiego Grania 27 sierpnia w Poznaniu, oraz porozmawiać z kilkoma artystami biorącymi udział w imprezie.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Pierwsza audycja radiowa poświęcona ARTerii Nowego Czasu


Radiowe spotkanie z bohaterem ARTerii Nowego Czasu z lipca 2011 roku  -  Krystianem Datą i Maćkiem Pyszem, można wysłuchać pod adresem:  

http://soundcloud.com/mr-data-1/music-portrait-personality

Krystian Data i Maciek Pysz po audycji
Za nami audycja radiowa poświęcona muzyce polskich artystów związanych z ostatnią ARTerią Nowego Czasu. Był to pierwszy taki program w mojej dwuletniej przygodzie z radiem na terenie UK. Postawiłem sobie wyzwanie przedstawienia przynajmniej po jednym utworze wszystkich osób związanych w jakikolwiek sposób z tym wydarzeniem, którzy nadesłali mi swoje nagrania. Audycję wraz ze mną poprowadzili zaproszeni przeze mnie: Krystian Data oraz Maciek Pysz i z tego powodu ich utwory w programie wystąpiły dwukrotnie. Ogromnie dziękuję wszystkim artystom oraz proszę o wybaczenie, że z uwagi na ograniczający mnie czas, mogłem przedstawić tylko poniższych 15 utworów:


DobraMind - Torn (Krystian Data i Tadeusz Pałosz)
Maciek Pysz Trio - The Things I Miss
Katy Carr - Kommander's Car
Agatha Rozumek - Dancing In The Rain
Marta Carillon - To nie tak
Pola Pospieszalska - You Disappear
Monika Lidke - They Say
The Jigsaw Trio - Pure And Simple (Ula Szczepanek i Jarek Sadowski)
Sabio Janiak - Spherical
Maciej i Mateusz Rychły & Włodek Fenrych - Zdaje się ze zrobię rząd
Arteria Jam Session July 2011 (fragment live)
Ghost Town & Banita Aite - Bitches In Da Zoo
Jazzphrenia - Left Foot (Marek Tomaszewski, Kostas Karidis)
Groove Razors & Chris Webb - Night With You (Tomek Żyrmont i Chris Webb)
DobraMind - Kołysanka (Krystian Data i Tadeusz Pałosz)

sobota, 30 lipca 2011

Skazani na ARTerie (Nowy Czas nr 170)



Grzegorz Małkiewicz - Naczelny Nowego Czasu (fot. Sławek Orwat)

Radiowe spotkanie z bohaterem ARTerii Nowego Czasu z lipca 2011 roku - Krystianem Datą i Maćkiem Pyszem, można wysłuchać pod adresem:



fot. Sławek Orwat
Arteria to rodzaj naczynia krwionośnego rozprowadzającego krew z serca do narządów ciała. Polska kultura w Londynie tętni od lat rytmem serc artystów, którzy cyklicznie spotykają się w krypcie kościoła St George the Martyr niedaleko stacji Borough, ożywiając swoją twórczością jego stare mury.To właśnie tutaj można spotkać ludzi, którzy emigracyjne życie sprowadzają nie tylko do zarabiania pieniędzy. Różne są życiorysy twórców – począwszy od tych urodzonych na brytyjskiej ziemi, a swoją polską tożsamość zawdzięczających rodzicom, a skończywszy na tych, którzy przybyli na Wyspy z falą najnowszej emigracji.

Według innej definicji, „arteria” to trakt komunikacyjny charakteryzujący się dużą przepustowością. Przepustowość ostatniej ARTerii „Nowego Czasu” trudno określić za pomocą liczb. Było to wydarzenie ze wszech miar unikalne. Nie była to typowa wystawa fotograficzna z umiejętnie dobraną do klimatu prac muzyką ilustracyjną. Krystian Data postawił sobie inny cel.

Dwudziestu dwóch instrumentalistów i wokalistów, których uwiecznił podczas wielodniowej sesji fotograficznej (Music Portret Personality) zostało zaproszonych do wzięcia udziału w zaimprowizowanym wielogodzinnym jam session, które wyznaczono na 15 i 16 lipca. Wielu spotkało się ze sobą w tych dniach po raz pierwszy. W oczach niektórych z nich zobaczyłem ten rodzaj… twórczego szaleństwa, który uwielbiam. Nie wszyscy spośród portretowanych muzyków przybyli na ARTeryjne jam session. Niektórych zatrzymały inne artystyczne zobowiązania.

Leszek Alexander (fot. Sławek Orwat)
Dominika Zachman (fot. Sławek Orwat)
Wśród tych, którzy weszli na scenę, można było doszukać się debiutantów oraz postaci znane od lat bywalcom krypty. Niektóre z nich można określić wręcz jako legendarne. Leszek Alexander, jak zawsze, oprócz nieodłącznej gitary przywiózł ze sobą swój magiczny sprzęt nagłaśniający oraz kilometry kabli, których pajęcza sieć połączyła wszystkie mikrofony i instrumenty w perfekcyjną dźwiękową harmonię. Ten znakomity muzyk fascynuje mnie od pamiętnej andrzejkowej ARTerii z roku 2009, podczas której perfekcyjnie wykonał bluesowe kompozycje, a zaraz potem swoim akompaniamentem pomógł Dominice Zachman wzbić się na artystyczne wyżyny. Dzięki doskonałej grze na gitarze oraz niepowtarzalnej barwie i sile głosu, w opinii wielu miłośników bluesa, Leszek bez większego problemu mógłby zagrać na jednej scenie nawet z samym Ericem Claptonem i gdyby nie światowa popularność tego drugiego, trudno byłoby wyrokować, który z nich otrzymałby dziś większe owacje. Leszka Alexandra podziwiam nie tylko za grę i śpiew.

Agata Rozumek z zespołem (fot. Sławek Orwat)
Urodzony w Anglii, doskonale mówi w języku swoich rodziców – 16 lipca opowiadał mi o swoich początkach gry na gitarze, o nagranej w Stanach płycie i udzielał praktycznych rad jak odnaleźć się w Zjednoczonym Królestwie. Wielki muzyk, wielka indywidualność i niespotykana intuicja odnajdywania się we właściwym miejscu i czasie nie tylko podczas jam session, które mimo że pozornie spontaniczne, dzięki Leszkowi było technicznie kontrolowane w sposób dla widza prawie niezauważalny. Pierwszego dnia robił to wspólnie z Bartkiem Nowakiem.

Sabio Janiak (fot. Sławek Orwat)
Znakomity występ Dominiki Zachman w POSK-u tydzień przed ARTerią okazał się jedynie rozgrzewką przed piątkowo-sobotnim jamem. To, co najbardziej obecnie podziwiam w tej wokalistce, to umiejętność nawiązania scenicznego dialogu z grającymi dla niej instrumentalistami. Dominika, niczym orkiestrowy dyrygent wyznaczała solówki, improwizowała, przyspieszała lub zwalniała tempo, płynnie przechodząc z jednej frazy w drugą. Drugiego dnia zupełnie pochłonęło ją etniczno-jazzowo-folkowe szaleństwo zainicjowane przez Sabio Janiaka.

Sabio to postać szczególna. Łączy w sobie najlepsze tradycje polskiego jazzu lat 70. z aranżacją wykorzystującą najnowsze zdobycze elektroniki. Na jam session pokazał znaczną część swoich umiejętności. Ten wykształcony perkusista, który potrafi także grać na trąbce i instrumentach klawiszowych, sprawnie wykorzystuje urządzenia nieodzowne do wykonywania muzyki klubowej.

Katy Carr i Jarek Sadowski (fot. Sławek Orwat)


Katy Carr (fot. Sławek Orwat)
Podczas ARTerii zachwycił swoimi umiejętnościami wszystkich, włącznie z Katy Carr, która wykonując swoją utrzymaną w rytmie walca uroczą piosenkę The White Cliffs płynęła unoszona rytmem wyznaczanym przez siedzącego przy perkusji Sabia.

Katy Carr zaprezentowała się głównie w stylistyce partyzancko-patriotycznej, jakby chciała przypieczętować swoją przynależność do polskiej społeczności, a jej interpretacja ułańskiego szlagieru O mój rozmarynie zaśpiewanego przy dźwiękach czerwonego ukulele była kwintesencją prezentowanego przez nią w tych dniach wizerunku scenicznego. Jej utrzymany w całkowicie odmiennym klimacie przepiękny album Coquette objawił mi zupełnie inne oblicze Katy, które chciałbym zobaczyć kiedyś na żywo z udziałem towarzyszącego jej zespołu.

Katy i Dominika to nie jedyne wokalistki obu wieczorów. Podobał mi się kameralny występ Agaty Rozumek, której piękne poetyckie piosenki zaśpiewane przy akompaniamencie własnej gitary oraz towarzyszącego jej basisty przypominały klimatem atmosferę Piwnicy pod Baranami oraz studenckich festiwali z czasów, gdy to określenie posiadało zupełnie inny wydźwięk.

Główny bohater wystawy - autor wszystkich fotografii Krystian Data z gośćmi (fot. Sławek Orwat)

Marta Carillion (fot. Sławek Orwat)
Marta Carillon zaprezentowała gatunek, który zdaniem wielu krytyków jest najbardziej ryzykowny. Jej repertuar to muzyka środka, która mogłaby z powodzeniem podbijać listy przebojów. Grając rocka lub jazz wykonawca posiada świadomość zaszufladkowania. Repertuar Marty wpisuje się w nurt, który jest skierowany do szerszego kręgu odbiorców, co pociąga za sobą poważne wyzwanie. Marcie udało się znaleźć swój styl i jeśli będzie konsekwentnie podążać w wybranym kierunku, wróżę jej połączenie sukcesu artystycznego z karierą na listach przebojów.

Magda Filipczak jako jedyna reprezentowała skrajnie inny gatunek muzyki. Jej piękna gra na skrzypcach oderwała na chwilę skupionych na słuchaniu jazzowego jam session widzów, przenosząc ich nie tylko do innej sali, lecz przede wszystkich do innego świata wrażliwości muzycznej. Muzyka klasyczna, którą wykonuje

Krystian rozrywany przez tłum wielbicielek (fot. Sławek Orwat)

Magda Filipczak (fot. Sławek Orwat)
Magda nie jest często spotykana na ARTeriach, ale sukcesy naszych młodych wirtuozów są od lat powszechnie doceniane w Europie i na świecie. Niedawno recenzowana przeze mnie na łamach „Nowego Czasu” płyta Leszka Możdżera z kompozycjami Krzysztofa Komedy udowadnia, że fuzja muzyki jazzowej i klasycznej jest możliwa i kto wie, czy w przyszłości nie powstanie ARTeryjny projekt, który zbliżyłby do siebie te dwie pozornie różne grupy słuchaczy.

Prawdziwymi perełkami obu dni były jazzowe popisy instrumentalne, podczas których zmieniający się cyklicznie muzycy byli nagradzani żywiołowymi owacjami po niemal każdym solowym popisie. Pianiści: Ula Szczepanek z grupy The Jigsaw Trio (która koordynowała jam session) oraz Tomasz Żyrmont z Groove Razors oddawali się scenicznym konwersacjom z saksofonami Marka Tomaszewskiego oraz Filipa Filipiuka. Maciek Pysz, podobnie jak Dominika, niedawny występ w POSK-u potraktował jak preludium do ARTeryjnego szaleństwa. Jazzowa improwizacja wchłaniała muzyków niczym gąbka.

Kuba Cywiński (fot. Sławek Orwat)
Kuba Cywiński i Tomek Żyrmont (fot. Sławek Orwat)
Pojawiali się, znikali, przyciągali także tych, którzy nie stanowili ścisłej kadry zdjęciowego teamu Krystiana. Jak grzyby po deszczu pod scenicznym szyldem „Nowy Czas” zaczęli pojawiać się bezimienni muzycy, którzy albo przyszli na jam session podziwiać swoich kolegów po fachu, albo znaleźli się tam przypadkowo, zwabieni dźwiękami muzyki dochodzącej z krypty. Jak w kalejdoskopie zmieniały się także składy sekcji rytmicznej. Wirtuozi instrumentów perkusyjnych: Jarek Sadowski, Tadeusz Pałosz i wspomniany już Sabio Janiak nadawali rytm na zmianę z basistami: Chrisem Webbem i Kubą Cywińskim.

Na ARTerii pojawiły się także dwie wokalistki, które nie zaśpiewały. Moniki Lidke przedstawiać czytelnikom „Nowego Czasu” nie muszę. Jej znakomity album Waking up to Beauty to prawdziwa jazzowo-folkowa perełka. Wydawnictwo to urzekło również Marka Niedzwieckiego który piękną balladę Moniki Rozpalona kołyska zamieścił na jednej z firmowanych swoim nazwiskiem jazzowych kompilacji.

Teresa Bazarnik - wydawca Nowego Czasu z jedną z uczestniczek jamu (fot. Sławek Orwat)
Krystian Data tym razem jako muzyk (fot. Sławek Orwat)
Aksamitny głos Pauliny Pospieszalskiej znam jedynie z nagrań, a nadesłane przez nią Breath oraz You Disappear będą ozdobą niejednej mojej audycji radiowej. Współtwórca sukcesów Sade i Ive Mendes Robin Millar usłyszał w głosie naszej Poli coś takiego, co przekonało go, aby zająć się promowaniem jej talentu. Mam nadzieję, że już wkrótce uda się nam posłuchać jej pięknych piosenek na żywo.

Nie wiem, jakie emocje towarzyszyły Teresie i Grzegorzowi podczas przygotowań do pierwszej ARTerii. Zapewne mieli jakieś oczekiwania. Przypuszczam, że podejmując takie wyzwanie musieli zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu. Zawsze należy pamiętać, że gdy rzuca się jedną śnieżkę, można wywołać lawinę. Nie wiem jednak, czy lawina ludzi, z jaką zetknęli się teraz, nie przerosła ich najśmielszych wyobrażeń. Po raz pierwszy zobaczyłem Teresę, która dokonywała cudów, aby skutecznie zakończyć jam session.

Moja gorąca dyskusja z Sabio i Krystianem
Widziałem, jak muzykom trzeba było zabierać instrumenty, jak dzieciom zabiera się zabawki, aby poszły spać. Zapamiętałem moment, w którym Leszek Alexander musiał wyłączyć wzmacniacze i mikrofony, aby w końcu wszyscy poszli do domów. Muzyka, której już realnie nie było, brzmiała w uszach jeszcze godzinami. Słyszałem ją wsiadając do pociągu, słyszałem zasypiając. W tytule niniejszego artykułu nie ma błędu. Jeśli ktoś doszukuje się braku litery „ę” wyjaśniam, że nadając taki tytuł, w sposób zamierzony użyłem liczby mnogiej, skazując redakcję „Nowego Czasu” na dożywotnie organizowanie ARTerii. Jeśli ktokolwiek z moim wyrokiem nie zgadza się, uprzejmie proszę o kontakt mailowy.

piątek, 29 lipca 2011

Amy Winehouse - Samotność w cieniu uzależnień (Nowy Czas nr 170)

„W ciągu dnia, kiedy czymś się zajmuję, wszystko jest OK.
Uwiązana w miłości, nie muszę się zastanawiać gdzie on jest.
Aż chora z zapłakania, łapię się na tym, że robię zwrot o 180.
Kiedy sprzątam, to przynajmniej nie piję.
Biegam dookoła, więc nie muszę myśleć o myśleniu.
Ciche uczucie zadowolenia, które każdy posiada,
Znika wkrótce po zachodzie słońca.
W  snach widzę twarz w moich wnętrznościach.
On zalewa mnie swoim strachem,
A przemoczona dusza pływa w moich oczach obok łóżka.
Wylewam się nad nim, rozlewa się księżyc,
A ja budzę się sama”.

Lipiec nie jest szczęśliwym miesiącem dla muzyki rozrywkowej. Szczególnie feralny dla fanów rocka jest dzień 3. lipca. Tego właśnie dnia w roku 1969 legendarny założyciel grupy The Rolling Stones – Brian Jones został utopiony we własnym basenie przez robotnika remontowego Franka Thorogooda. Dokładnie dwa lata później w Paryżu w wyniku przedawkowania heroiny odszedł człowiek, który podczas pewnej imprezy sam o sobie wypowiedział słowa: "Jimi Hendrix, potem Janis Joplin. Teraz pijecie z numerem 3." Czy Jim Morrison rzeczywiście był trzecim z największych? Nie jest to temat do rozważań niniejszego wspomnienia. Trudno jednak nie napisać o dwojgu pozostałych bohaterach tego rankingu. 18.września 1970 roku w londyńskim szpitalu St. Mary Abbots w wyniku przyjęcia dziewięciu tabletek nasennych Vesperax zmieszanych z czerwonym winem zmarł gitarzysta wszech czasów i zarazem nr 1 według Morrisona – Jimi Hendrix. Do dziś istnieją dywagacje, czy był to nieszczęśliwy wypadek, morderstwo, czy samobójstwo.

wtorek, 5 lipca 2011

Leszek Możdżer - Komeda (Polska) 2011 Nowy Czas nr 169

Dawno już nie odczuwałem takiej radości z odkrywania na nowo znanych muzycznych tematów. Zalewany zewsząd słabymi, a czasem wręcz profanującymi oryginalne wykonania coverami, z coraz większym dystansem biorę do ręki kolejne interpretacje niedoścignionych mistrzów. Jako poszukiwacz niebanalnych kompozycji jedynie od czasu do czasu dostępuję zaszczytu obcowania z taką muzyką, która wkrada się w najskrytsze zakamarki duszy i silnie pobudza moją wyobraźnię. W przypadku muzyki instrumentalnej, brak tekstu dodatkowo zwalnia słuchacza z dokonywania oceny podmiotu lirycznego, przenosząc całą uwagę wyłącznie na świat dźwięków.
Krzysztof Komeda żył tylko 38 lat, ale zdążył skomponować tematy aż do 65 filmów, a rok przed śmiercią pamiętną kołysanką „Sleep Safe And Warm” z „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, przypieczętował swoją pozycję wśród największych kompozytorów XX wieku.
Cechą wyróżniającą grę Leszka Możdżera jest umiejętność nawiązywania emocjonalnego kontaktu ze słuchaczem. Artysta czyni to poprzez przeplatanie tradycyjnego stylu jazzowego z klasycznymi improwizacjami, którymi niczym wytrawny pejzażysta maluje obrazy własnych przeżyć. Delikatność wydobywanych przez niego dźwięków pozwalających słuchaczowi odpocząć i zapomnieć o upływającym czasie porównałbym do niosącej ukojenie oczom odbiorcy dzieła plastycznego gamy pastelowych barw.