czwartek, 17 grudnia 2015

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 77 - Herosi Rock’n’Rolla VI - Bobby Darin

Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 36 tutaj  Część 37 tutaj Część 38 tutaj Część 39 tutaj Część 40 tutaj  Część 41 tutaj Część 42 tutaj Część 43 tutaj Część 44 tutaj  Część 45 tutaj Część 46 tutaj  Część 47 tutaj Część 48 tutaj  Część 49 tutaj Część 50 tutaj Część 51 tutaj Część 52 tutaj Część 53 tutaj  Część 54 tutaj Część 55 tutaj Część 56 tutaj Część 57 tutaj Część 58 tutaj Część 59 tutaj, Część 60 tutaj  Część 61 tutaj Część 62 tutaj  Część 63 tutaj  Część 64 tutaj Część 65   tutaj, Część 66 tutaj Część 67 tutaj Część 68 tutajCzęść 69 tutaj  Część 70 tutaj  Część 71 tuta Część 72 tutajCzęść 73 tutaj Część 74 tutaj  Część 75 tutaCzęść 76 tutaj


Wśród dotychczasowych ulubionych przez wszystkich kolegów, koleżanki z mojego pokolenia - kochających rock’n’roll - prezentowanych w Galerii w cyklu spotkań Herosi Rock’n’Rolla, zabrakło bardzo ważnej postaci, którą uwielbialiśmy na równi z takimi tuzami tego stylu jak; Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Chuck Berry czy Fats Domino a był nim amerykański muzyk, piosenkarz, kompozytor, tancerz, parodysta – Bobby Darin.

Powód niezaprezentowania go w ARKADACH był prosty. Nie posiadałem jeszcze koncertów czy innych materiałów filmowych z tym artystą. Odtwarzanie samej muzyki, piosenek z płyty CD nie rozwiązałoby oczekiwań przychodzących na moje spotkania. Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku mój przyjaciel Andrzej Tokarski zamieszkujący w Chicago, przysłał mi dwie płyty CD z największymi hitami Darina. Rozbudziły one muzyczne wspomnienia z okresu Literackiej czy spotkań na chacie u Wojtka Szymańskiego. Andrzej obiecał mi, że wkrótce dośle jego koncerty, lecz ciężka choroba, zmagania z nią, w konsekwencji śmierć, nie doprowadziła do realizacji moich oczekiwań. Kiedy otrzymałem przesyłkę z Nowego Jorku z wieloma płytami DVD od Wojtka Szymona, na jednej z nich znalazł się przepiękny koncert Bobby Darina. W mojej głowie natychmiast zaświeciło światełko, - Antek musisz w Galerii ARKADY poświęcić jedno ze spotkań w swoich „Herosach” ukochanemu przez wszystkich, idolowi.


Po wrześniowym spotkaniu w 2006 roku, które poświęciłem, ulubionemu, przeważnie przez kobiety choć nie tylko Roy Orbisonowi, rozpocząłem przygotowania kompletując materiały (zrobienie filmowej czołówki, przygotowanie informacji do lokalnej prasy, zapowiedź filmowa w TV Teletop, zrobienie plakatów) o Bobby Darinie, otrzymałem zaskakującą informację. Na moją pocztę mailową dotarł list z Kanady od Edka Wójciaka, który od ponad 20 lat mieszkał w kanadyjskim Toronto. List dotyczył, właściwie była to prośba, bym pomógł mu zorganizować w Tomaszowie Mazowieckim promocję jego drugiej książki Zupa z Króla. O całej akcji związanej z książkowym benefisem Edwarda Wójciaka opowiedziałem w swojej pierwszej publikacji Tomaszowskiego Tryptyku, Moje miasto w rock’n’rollowym widzie, więc nie będę się powtarzał o przygotowaniach do tego wydarzenia i jego realizacji. Edek otrzymał w Kanadzie marcowe wydanie TIT-u, w którym ukazała się recenzja promująca jego książkę Zupa z Króla, a powyżej na tej samej stronie, druga relacja z Galerii ARKADY z odbytego spotkania z Chuck Berry’m. Oba artykuły napisane były przez Janka Pampucha. Te dwie recenzje podsunęły Edkowi pomysł by promocja jego książki, przy mojej pomocy, miała miejsce w ARKADACH. Właśnie w Galerii ARKADY na długo przed wyjazdem z Polski, po rewitalizacji „końskich jatek” Edward Wójciak podjął pierwszą pracę (Galeria podlegała wówczas pod Wydział Kultury Urzędu Miasta) w tak zwanej tomaszowskiej kulturze. Doprowadzenie do spotkania promującego książkę Zupa z Króla w ARKADACH, byłoby dla Edwarda Wójciaka pięknym, retrospekcyjnym powrotem do przeszłości.


Z żoną Sandrą
Do książkowego benefisu w Galerii ARKADY doszło w piątek w dniu 13 października 2006 roku, żeby było ciekawiej w jego imieniny. Właściwie to ja zsynchronizowałem spotkanie piątkowe (13) z sobotą (14), w którą to w tym samym lokalu miało odbyć się moje spotkanie z cyklu Herosi poświęcone Bobby Darinowi. W wypełnionej po brzegi Galerii koleżankami, kolegami ze szkolnej ławki, nauczycielami, przypadkowymi osobami oraz miłośnikami dobrej książki, odbył się zaplanowany benefis. Spotkanie z Edkiem wypełnił i upiększył cudowną grą na gitarze klasycznej, Maciek Smoluch. Maciek dwudziestoletni chłopak, jest synem Jerzego, mojego przedwcześnie zmarłego przyjaciela. Razem na początku lat 70-tych pracowaliśmy w zakładach Predom – Prespol w Niewiadowie. Było to prawdziwe spotkanie po latach przyjaciół, można powiedzieć - choć temat książki był bardzo ważny dla autora i jej dystrybucji - że to co działo się w tak zwanych kuluarach, po oficjalnie zakończonym spotkaniu, przerosło nasze oczekiwania, tak organizatorów jak również samego beneficjenta. Spontaniczność bycia razem, choć przez chwilę, koleżanek i kolegów nie tylko z ławki szkolnej, była tak wielka, że przyćmiła temat książki. Edek był bardzo wzruszony nie zakładał, że w sposób tak niekonwencjonalny może wyglądać promocja jego Zupy z Króla. Było mi przyjemnie, kiedy wzruszony, składał mi podziękowania za oryginalność, za dobrze przygotowane spotkanie. Nazajutrz w tym samym pomieszczeniu, wcześniej w czasie trwającego benefisu zarekomendowałem swoje spotkanie z Darinem, odbyła się moja impreza. Do ARKAD przybyło sporo osób uczestniczących w piątkowym spotkaniu. Dla wielu uczestników promocyjnego benefisu, osoba Bobby Darina była dobrze znana z stąd nie byłem zaskoczony ich sobotnią obecnością w Galerii.


Sandra, Bobby i mały synek Dodd
Bobby Darin - właściwie Walden Robert Cassotto (1937 – 1973) amerykański piosenkarz, kompozytor włoskiego pochodzenia, zaliczany do stylu rock’n’roll, choć jego zainteresowania muzyczne były szersze, dotyczyły różnych styli. Bobby był bardzo popularny w latach 50/60 ubiegłego wieku. Zajmował się również swingiem, folkiem i lekkim jazzem. Świetnie tańczył i był dowcipnym, karykaturalnym prześmiewcą wielu znaczących osobistości ze świata show buisnessu, amerykańskiej polityki, mediów czy sportu. Pochodził z nowojorskiego Bronxu. Od lat najmłodszych sprawiał wrażenie chorowitego dzieciaka, jako niemowlak zapadł na ciężkie zapalenie stawów co w konsekwencji schorzenie przerzuciło się na mięsień sercowy. Żył z ciężką wadą serca, lekarze wróżyli mu krótki żywot (maksymalnie do 20/25 lat), przeżył niespełna 37 lat. Żyjąc z tą świadomością, wyrzekając się nadmiaru ruchu i wysiłku, pomimo tych ograniczeń (w szkole zwolniony był z lekcji Wychowania Fizycznego) ruchowych chciał przeżyć godnie, pozostawiając po sobie wiele cennych, muzycznych medalionów. Jak to zrobić? Jak ograniczyć wysiłek kiedy ma się niespełna 20 lat? Kiedy na świecie zapanował bardzo ekspresyjny muzycznie i tanecznie styl, jakim był rock’n’roll.


Bobby z Elvisem Presleyem i pozującą z nimi dziewczyną
Jego pierwszy nagrany utwór, My First Love, nie zapowiadał przyszłych sukcesów. Wszelkie próby były nieskuteczne, dopiero utwór Splish Splash, stał się wielkim hitem, docierając na 3 miejsce amerykańskiej listy przebojów - Top Ten, otwierając przed nim pasmo sukcesów. Właśnie wtedy dla marketingowych celów, przybrał artystyczny pseudonim „Darin” i również wtedy dowiedział się o sobie wstrząsającej prawdy. Dotychczas wychowywała go samotnie starsza siostra (taki miał przekaz jako dziecko, że oboje są sierotami), która na progu jego muzycznej kariery przekazała Bobbowi tajemnicę życia, - Bobby jestem twoją matką. Ojca nigdy nie poznał. Nie muszę pisać jak wielki szok przeżył, na szczęście już dorosły, Darin. W kolejnych nagraniach Bobby zmienił styl, stawiając na repertuar dla bardziej dojrzałej publiczności, opracowując własne udane i popularne wersje standardów, jak Mack the Knife z Opery za trzy grosze, La Mer (Beyond the Sea), Clementine


Nagrał m.in. udaną interpretację If I Were a Carpenter balladę kompozycji Tima Hardina (1966) i protest song We Didn't Ask to Be Brought Here. Jego kolejne nagrania to zauważalny dalszy zwrot w kierunku poezji i muzyki zaangażowanej politycznie. Kolejne nagrane utwory, Dream Lover, własnej kompozycji i Queen Of The Hop umocniły Bobba w coraz bardziej hermetycznym, amerykańskim, rock’n’rollowym świecie. Utwierdziły wszystkich miłośników, fanów rock’n’rolla, że Bobby Darin to dużej klasy piosenkarz, że nie można zaszufladkować tego artysty do żadnego ze styli i obowiązujących form muzycznych. Śpiewał piosenki w stylu tradycyjny pop, często znakomicie interpretując standardy tego stylu. Bywało jednak, że wychodził poza tą dziedzinę, śpiewając popowe wersje piosenek rock’n’rollowych najczęściej popularnych zespołów, takich jak zespół The Rolling Stones lub ambitniejszych jak Bob Dylan. Spowodowało to, że niekiedy zaliczany jest do grona artystów rock’n’rolla. Bywał porównywany do Franka Sinatry. Śpiewał też standardy musicalowe, jak Hello Dolly. Od 1960 zagrał w kilku filmach. W 1965 roku, wraz z przemianami generacyjnymi na rynku muzycznym, Darin zainteresował się aktualnym wówczas folk rockiem.


Bobby Darin w środku, od prawej Ahmet Ertegun, trzeci od prawej jego brat Nesuhi Ertegun właściciele firmy Atlantic/ATCO Records w Nowym Jorku, w której Bobby nagrywał swoje hity
Spotkanie w sobotę 14 października 2006 roku, rozpocząłem wcześniej przygotowaną czołówką - mocnym, ekspresyjnym utworem – z wielkim przebojem z tamtej epoki, Early In The Morning, który jak zawsze na moich wieczorach muzycznych, wprowadzał obecnych w dobry, rock’n’rollowy nastrój. Wiele osób uczestniczących we wczorajszym benefisie Edwarda Wójciaka przybyło na moje spotkanie z Herosami po raz pierwszy. Wśród nich między innymi, Waldek Jakóbczyk perkusista Szarych Kotów, Grzegorz Morawski z małżonka Jadwigą (Grzegorz zmarł w pierwszy dzień (25) Świąt Bożego Narodzenia 2011r.) czy Ewa Janicka - Szklarek. Przybyli moi przyjaciele z MOPS, Ania Gwizdoń z mężem oraz Jola Maciejewska, Ewa i Tadeusz Nowiccy, koledzy i koleżanki z abstynenckich stowarzyszeń AZYL oraz ALA. Dotarli również z małżonkami nauczyciele Edka z II LO, panowie Edmund Sakowicz i Tadeusz Kawka.


W trakcie trwającego spotkania z Darinem, Edek sprzedawał swoje publikacje, pierwszą, wcześniej napisaną, Akademia Politury i wczoraj promowaną, Zupa z Króla. Po zakończonej czołówce opowiedziałem w skrócie o bohaterze spotkania, o jego zdrowotnych perypetiach i zmaganiach z chorobą od początku kariery estradowej. By preferować rock’n’roll, zachodzi konieczność energicznego, ekspresyjnego zachowania się na scenie. Kiedy na ekranie ukazał się, schorowany Darin w swoim filmowym koncercie (był to jego ostatni występ), dosłanym ze Stanów przez Szymona, wszyscy skoncentrowali się na współczuciu osoby Darina. Wojtek Szymon, przekazał mi również ważną informację o nim, którą przybyłymi do Galerii podzieliłem się. Otóż Bobby Darin w ostatnich występach, często w trakcie trwania koncertu schodził na zaplecze sceny by korzystać z butli tlenowej. Głębokimi wdechami i wydechami dotleniał mięsień serca, regulował jego pracę by ponownie wrócić, jak gdyby nic się nie stało, na scenę. Estradowy, taneczny luz Bobby Darina udzielił się nam wszystkim, każdy oglądający jego występ nie przypuszczał, że Bobby żyje z tak śmiertelnym zagrożeniem a parodiowane na ekranie postacie, choć monolog w języku angielskim, były rozpoznawalne. Wśród prześmiewanych postaci, znaleźli się wielcy amerykańskiego show businessu jak DJ amerykańskiego radia i telewizji – Ed Sullivan, piosenkarze Frank Sinatra, Dean Martin czy prezydent Nixon. Jego zachowanie, taneczny krok, sceniczna lekkość w poruszaniu się, była przed uczestniczącymi w koncercie, kamuflażem, ukrywaniem problemów ze zdrowiem. Na ekranowym występie dał się również poznać jako świetny, stepujący tancerz niczym Fred Astair czy Gene Kelly. Pożegnał wszystkich przybyłych do ARKAD, akompaniując sobie przy fortepianie, swoim najbardziej rozpoznawalnym, największym, rock’n’rollowym hitem, Splish Splash. W czasie trwania koncertu rozległy się w Galerii również brawa, kiedy Bobby Darin zaśpiewał w cudownej interpretacji balladę, If I Were A Carpenter.


Edward Wójciak
Bobby Darin przez całe życie zmagał się z chorobą serca, po kilku operacjach (światowa chirurgia nie dokonywała jeszcze przeszczepów czy stosowanie bajpasów), po zasłabnięciu na ulicy, w lekarskiej przychodni, zmarł. Był 20 grudzień 1973 roku, cztery dni przed Wigilią. Bobby był dwukrotnie żonaty, z Sandrą Dee (od 1.12.1960 do 7.03.1967 roku), z którą miał syna Dodda, oraz z Andreą Joy Yeager, z którą od stycznia do września 1973 roku był w separacji by w październiku tegoż roku otrzymać rozwód a zgon artysty nastąpił w grudniu. Myślę, że problemy w związkach z kobietami miały wpływ na jego arytmiczność serca. Pamiętam ten dzień, pamiętam krótką informację o jego śmierci w polskim radio czy większy artykuł o nim napisany w sobotnim magazynie Sztandaru Młodych przez Romana Waschkę. Pracowałem w tym czasie w niewiadowskiej Zasadniczej Szkole Zawodowej. Bobby w okresie separacji spotykał się z inną gwiazdą amerykańskiego show buisnessu, piękną Connie Francis. Do muzeum amerykańskiej muzyki Rock’n’Roll Hall Of Fame, wprowadzony został w 1990 roku. Syn Darina, Dodd, kiedy dorósł nie bardzo pamiętający przedwcześnie zmarłego ojca, założył muzeum jego imieniem, Fan Club Bobby Darin. Moje sobotnie, dziesiąte spotkanie z cyklu Herosi Rock’n’Rolla połączone z piątkowym, literackim benefisem Edka Wójciaka przeszło do historii zapisując się w kronikach miasta i pamięci mieszkańców, mówiąc kolokwialnie, złotymi zgłoskami. Warto o tych wydarzeniach po latach opowiedzieć by przypomnieć jeszcze żyjącym i zapoznać nowe pokolenia z tym, że tego typu spotkania, oddolnie organizowane, odbywały się w naszym mieście.

Tomasz Bielicki - My lunatycy. Rzecz o Republice

Tomasz Bielicki od 2003 roku związany jest z toruńskim dziennikiem "Nowości", w którym pisze o kulturze. Jego teksty ukazywało się również w branżowej prasie muzycznej i w różnych kolorowych kwartalnikach. Autor "U progu Camino" przewodnika po kujawsko – pomorskim odcinku Szlaku św. Jakuba (2013) oraz "Kompendium wiedzy o toruńskim rocku – lata 1980-2010". Współtwórca filmu dokumentalnego "Doktor" (2009). Stypendysta Miasta Torunia (2008). W 2015 roku ukazało się angielskie tłumaczenie jego przewodnika: "On the Threshold of the Camino".

Pierwotnie tekst ukazał się na łamach toruńskich "Nowości" oraz na blogu Autora:
http://tomaszbielicki.blogspot.com/2015/12/my-lunatycy-rzecz-o-republice.html



Okładka książki "My lunatycy. Rzecz o Republice"
Wiele ukazuje się książek dotykających muzyki. Niektórym ich autorom chyba wydaje się, że wystarczy posadzić przed sobą znaną personę, włączyć dyktafon i pogadać sobie o wszystkim. A o wszystkim znaczy zazwyczaj o niczym. Druga sprawa, że to, co się usłyszy, trzeba jeszcze umieć odpowiednio opakować, aby czytelnik wyciągnął coś ciekawego z takiej rozmowy dla siebie. Wywiad, wbrew pozorom, wcale nie jest bowiem najprostszą z dostępnych form.

Przyznaję, że mając za sobą przeczytanych wiele muzycznych biografii, kompendiów i wywiadów-rzek, podszedłem do prawie 600-stronicowej publikacji o fenomenie Republiki z pewną dozą nieufności. Obawiałem się, że skoro autorzy postanowili dać dojść do głosu najzagorzalszym fanom i przyjaciołom zespołu, który od lat 80. nie przestaje fascynować kolejnych pokoleń, to otrzymamy sztampową muzyczną laurkę. Jakże się w tym przypadku pomyliłem.

Prawdą jest, że „My lunatycy. Rzecz o Republice” można skrócić. Przeredegować, wyciągnąć esencję z poszczególnych wypowiedzi rozmówców, zrezygnować nie tylko z kilkunastu pojawiających się niepotrzebnie wątków, ale - w pojedynczych przypadkach - również z całych wspomnień. Z drugiej strony jednym z uroków tej książki jest właśnie ten wielogłos, na podstawie którego z fragmentów rozmów, czasem strzępków informacji,opisów konkretnych sytuacji, ciekawostek, ujawnia się cała magia toruńskiej Republiki.

Aż dziw bierze, że zespół pod wodzą Grzegorza Ciechowskiego nie doczekał się żadnej porządnej i kompleksowej książkowej monografii. Chociażby pod tym względem „My lunatycy. Rzecz o Republice” przeciera dziewiczą ścieżkę wypełniając niekiedy informacyjne luki. Książka stanowi zaproszenie nie tylko w świat emocji, które towarzyszyły fanom podczas koncertów i podczas słuchania piosenek Republiki, ale pozwala także wniknąć w środowisko Torunia lat 80. Poznajemy nie tylko ciekawostki muzyczne, ale i obyczajowe.

Andrzej Ludew, Andrzej „Kobra” Kraiński, Weronika Ciechowska, Zbigniew Ostrowski, Danuta Pawłowska... Lista przepytanych osób jest długa. Wszyscy, którzy chcieliby wiedzieć, jak narodził się słynny logotyp zespołu, jakie były kulisy powstania słynnego reportażu kreowanego z Grzegorzem Ciechowskim w roli głównej, a także dowiedzieć się, jakimi płytami interesował się lider Republiki i jaki był poza sceną, powinni sięgnąć po książkę Ani Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego. Oboje wykonali kawał dobrej roboty. Rarytasem jest mnóstwo niepublikowanych wcześniej zdjęć.

Anna Sztuczka, Krzysztof Janiszewski; My lunatycy. Rzecz o Republice, Wydawnictwo Muza 2015, 576 s.

środa, 16 grudnia 2015

Polska Tygodniówka NEAR FM dziś po raz 450!!! Gratulacje Tomasz Wybranowski i Kasia Sudak

2009 - ja wtedy dopiero raczkowałem za sitkiem

Justyna Urbaniak - Ho Ho Ho!

Jedyne co wie o sobie Justyna Urbaniak to to, że sobie odpowiada. Nie bierze odpowiedzialności za to, jak postrzegają ją inni. Bierze odpowiedzialność tylko za to, co sama zrobiła i powiedziała. Zmienia swoje życie według tego, co ją uszczęśliwią. Jej gust muzyczny.jest stały i bardzo szeroki.Muzykę jako formę ekspresji samej siebie odkryła dość późno. Otaczała ją, wypełniała, ale ona sama nie skupiała się na niej. Dopiero, gdy popadła w stan całkowitej alienacji i została z nią "sam na sam", odkryła jej moc. Podobno całkiem niezłe grała kiedyś na klawiszach. Instrument ten jednak nie pozostał na długo w jej życiorysie.  Podczas nabożeństw śpiewała hymny w scholi kościelnej, dzieli czemu do dziś jej zostało śpiewanie podczas prac domowych i zamiłowanie do imprez karaoke. Od zawsze uwielbiała wieczory przy ognisku, kiedy ktoś brał gitarę i zaczynał śpiewać. Czuła wówczas - jak sama mówi - przemożną chęć życia w szczęściu.Muzyka ją uszczęśliwia i określa kim jest. Słucha prawie wszystkiego. Nie rozumie zmiksowanych dźwięków, przypominających odgłos upadających sztućców i puszczanych w radiu piosenek pop, które bezlitośnie ja bombardują. Zawsze gdy zaczyna widzieć efekty celów postawionych przed sobą lub gdy czuje się dobrze, słucha reggae. Punk rock to dla Justyny te dźwięki, które dają jej siłę do walki z każdym dniem i z wszystkimi przeciwnościami, jakie los jej zsyła. Rock towarzyszy jej najczęściej i jest muzyka,jakiej słucha po przebudzeniu. Słucha tez muzyki poważnej, rockowych i metalowych ballad, bluesa, muzyki alternatywnej, skocznych melodii, ciężkiego brzmienia gitar i poezji śpiewanej Wracając do kawałków sprzed lat odkrywa nowe ścieżki, dostrzec coś, czego wcześniej nie widziała.  Stara się nie ograniczać. Ciągle odkrywa i poszukuje czegoś nowego. Muzyka ja określa i pomaga jej dokonywać wyborów, często życiowych. Dużą rolę w życiu Justyny odegrała tworczosc Renaty Przemyk i Comy. Bardzo dawno temu powiedziała, że "byłaby najnieszczęśliwszą osobą na świecie, gdyby przestała słyszeć, bo przestałaby słyszeć muzykę" i często wraca do tego stwierdzenia.


Świąteczny Wrocław (fot. Sławek Orwat)
Od kilku tygodni nie jestem w stanie wykrzesać z siebie odpowiednich słów, by napisać coś muzycznie konkretnego. Dam więc upust swoim frustracjom i podzielę się spostrzeżeniami ostatniego czasu. Wszyscy już czujemy magię świąt, prawda? Już od końca października nawet, kiedy to wkraczając między sklepowe alejki z jednej strony atakowały nas przeraźliwe maski duchów, demonów i innych zmor, a z drugiej bombki choinkowe, kolorowe światełka i uśmiechnięte bałwanki i aniołki. O dziwo nadal można spotkać przesympatyczną buzię Świętego Mikołaja, nadal nie zamienioną na Dziadka Mroza czy jakiś inny, bardziej "poprawny" nowy twór obecnego świata. Pomimo gonitwy w poszukiwaniu prezentów, polowaniu na najlepszą rybę i najświeższe pierogi, nadal czujemy cudowną magię świąt! Najlepsze przecież wciąż przed nami! Sklepy będą przecież zamknięte przez kilka dni a tak na prawdę przez kilka godzin więcej, czekają nas więc kilometrowe kolejki po chleb i masło. Tak, tak. Cudowny, spokojny czas w zaciszu domowych pieleszy z najbliższymi. Po godzinie stania w kolejce do kasy pani przed nami zdąży opowiedzieć swoją historię życia (a może i innych z jej otoczenia), więc właściwie z kogoś incognito staje się "dobrą znajomą". Stoisz więc i się uśmiechasz przyjaźnie, co chwila, co chwila potakując i wtrącając z przejęciem "tak, oczywiście" czy "naprawdę?! niemożliwe!". Ale prawda jest taka, że bacznie jedynie obserwujesz stan kroków ludzi przed tobą, życzliwie przesuwając koszyk "przyjaciółki". Ale do rzeczy. Cały ten magiczny czas byłby przecież niczym, gdyby nie kolędy i piosenki świąteczne (zanotowałam nawet że do niektórych "codziennych" są dodawane dźwięki dzwoneczków). Widzimy więc wszechobecne przystrojone choinki, stroiki, reniferki i pracowników sklepów w czapeczkach elfów, wesoło pogwizdujących "Last Christmas".


Domy towarowe podczas "nocnego czuwania" nad zagubionymi duszami klientów  (fot. Sławek Orwat)
Dopiero w tym roku zwróciłam uwagę na pewien detal. Od momentu pojawienia się pierwszych ozdóbek w sklepach, nasza podświadomość zaczyna wysyłać sygnały do reszty synaps. Idąc tym tropem rozpoczynamy wyścig myślowy: Są bombki. Widzę je przecież i jestem w stanie ich fizycznie dotknąć, by to zweryfikować. Więc jaki mamy miesiąc?! Już grudzień?! Przecież dopiero co wróciliśmy z urlopu i przywykliśmy do wstawania od nowa do pracy! Nie, nie. To nie grudzień. Jeszcze dwa miesiące. Ale sygnał został już wysłany a nasz wspaniały mózg skrzętnie to zanotował. Nie zważając więc na porę roku, zaczynamy podświadomie oczekiwać pierwszych piosenek świątecznych. Ot, taki prosty trik psychologiczny. Są ozdoby - czekamy na kolędy. Czekamy na kolędy - myślimy o Świętach. (Jeśli nawet próbujemy wyprzeć te myśli z głowy, bo to przecież jeszcze nie czas, co kilka dni wracają niczym boomerang bo do sklepu po jedzenie przecież trzeba chodzić). Myślimy o Świętach - mózg przekierowywuje nas na prezenty. Kupujemy więc prezenty,jednak do Świąt zdarzymy pewnie zmienić zdanie i kupić coś innego bądź dokupić coś nowego. Na pewno lepszego! Tym razem trafimy w dziesiątkę! Przecież chcemy podarować bliskim coś wyjątkowego. Ale znów odbiegłam od głównego wątku. Piosenki świąteczne. Wróćmy więc... do powiedzmy listopada. Półtora miesiąca do Świąt a co robi nasz ukochany mózg? Otóż z jego czeluści wypływają już magiczne nuty. I nagle idąc sobie ulicą łapiesz się na tym że zamiast zwykłej lini melodycznej zazwyczaj pojawiającej się w Twojej głowie, zaczynasz bezwiednie odtwarzać "...Santa Claus is coooming to tooooown", bądź jeszcze lepiej "..all I want for Christmaaaas is Youuuuuuu...uuu".


Jeden z wrocławskich domów towarowych "uświęcone" alibi znalazł nawet na wyprzedaż (fot. Sławek Orwat
I tak już od listopada czekamy aż włączymy radio i w końcu usłyszymy to, na co przecież już czekamy. Bezwiednie, niczym owieczki w stadzie. Mija dzień za dniem a tu nic. Idziesz do sklepu: zmysł wzroku krzyczy wręcz "Święta!", słuchasz radia, ani jednej wzmianki o tym, co cię otacza. I tak przez długie tygodnie. Aż w końcu nadchodzi 1 grudnia. Zbawienny dzień. Słuchasz sobie stacji radiowej, która leci chyba w każdym miejscu pracy w promieniu 60 mil i nagle są! Jeszcze przed 7 rano słyszysz podekscytowany głos z głośników zapowiadający pierwszą w tym roku kolędę! Fanfary! Konfetti! (choć lepiej wyobrazić sobie srebrno-białe płatki śniegu spadające z nieba) i tu następuje moment kulminacyjny! Wszyscy jakby zastygają w bezruchu, spoglądają po sobie i prawie każdy wydaje z siebie westchnienie mówiące: "Zaczęło się. Teraz do końca roku będzie dokładnie to samo każdego dnia". Ha! No właśnie! Każdy myśli o miesiącu, ale przecież to już zaczęło się znacznie wcześniej! A najciekawsze jest to, że każda jednostka zna na pamięć tekst każdej jednej zwrotki, każdej jednej piosenki. Nawet jeśli się tego wypiera. Wszyscy je znają. Wszystkie. Chcąc czy nie chcąc. Podsumowując: Ho Ho Ho! Święta to magiczny czas uświadamiania sobie tego, co najważniejsze :)

poniedziałek, 14 grudnia 2015

14 grudnia w HRP Pamela w Toruniu wystąpią Manchester i Radio Bagdad

W poniedziałek 14.12.2015 w Hard Rock Pubie Pamela wystąpią dwie cenione grupy: gdańskie Radio Bagdad oraz toruński Manchester. Zespoły spotkały się już w 2007 roku w czasie konkursu festiwalu UNION OF ROCK w Węgorzewie. Wtedy Grand Prix przypadło zespołowi Radio Badgad (Manchester zajął drugie miejsce ). Jak wypadną artyści teraz, oceni publiczność zgromadzona w Hard Rock Pubie Pamela. Jedno jest pewne - po ośmiu latach można stwierdzić, że próby nie wytrzymał jedynie wspomniany festiwal, a zespoły ten czas spędziły pracowicie, odnosząc szereg mniejszych lub większych sukcesów, z których szczególnie warte odnotowania są dwie nagrody Manchesteru (publiczności i internautów) na festiwalu TOPtrendy 2008. Warte przypomnienia są również "ZŁOTE DZIOBY 2008" zdobyte przez toruński zespół w kategorii "odkrycie roku". Nagroda ta była przyznana przez publiczność w drodze głosowania, które odbyło się pod patronatem RADIA WAWA i TVP2.


Radio Bagdad ma na swoim koncie trzy studyjne płyty: "Słodkie koktajle Mołotowa" (2007), "Kupując czerń" (2009) oraz w " W poczekalni" (2014). Na początek 2016 roku zespół zapowiada dwupłytowy album, składający się z zarejestrowanego w radiowym studiu koncertowym popularnej "Trójki" akustycznego materiału live oraz esencjonalnego dodatku w postaci "The Best of" tej grupy.

Manchester może pochwalić się do tego czasu trzema krążkami studyjnymi, jednak trzeci, funkcjonujący już od dłuższego czasu w przestrzeni medialnej, jeszcze się nie zmaterializował w postaci CD. O tym, że materiał na ten krążek istnieje w formie gotowych nagrań, świadczą - oprócz przecieków pochodzących od muzyków - dwa radiowe single radiowe "ZAPOMINANIE" oraz "ZA MAŁO". Fani Manchesteru muszą się więc zadowolić niezwykle udanym debiutanckim albumem pt. "Manchester" (2008) oraz drugim krążkiem w dyskografii grupy noszącym tytuł "Chemiczna Broń".


Koncertowi towarzyszyć będzie otwarcie wystawy fotograficznej będącej trzecią częścią TORUŃSKIEGO TRYPTYKU FOTOGRAFII KONCERTOWEJ. Swoje zdjęcia, pochodzące z koncertów w Hard Rock Pubie Pamela, zaprezentuje Wojciech Zillmann.

Wydarzenie rozpocznie się o godzinie 19.00. Wstęp wolny.
Więcej informacji na stronie wydarzenia:
 

niedziela, 13 grudnia 2015

Maciej Baranowski: Katedra - Zapraszamy na łąki

Maciek Baranowski - pierwsza piosenka zapamiętana przeze mnie to Calypso Jean-Michel Jarre'a, słuchana z kasety rodziców w podstawówce. Również lubiłem zgrywać sobie z radia na kasety piosenki, które mi się podobały i tym sposobem dorobiłem się z dziesięciu "składanek". Ale początki świadomego słuchania muzyki zaczęły się od płyty Big Ones zespołu Aerosmith. Mój nauczyciel od języka angielskiego widząc, że taka muzyka mi się podoba podsyłał mi płyty takich wykonawców jak Led Zeppelin Deep Purple, Marillion, King Crimson, Jimi Hendrix. Z czasem doszło do tego też Joy Division i Nick Cave & the Bad Seeds. Okres liceum to z kolei etap fascynacji muzyką podziemną. Początkowo od punk rocka (głównie amerykańskiej sceny) w odmianie zarówno melodyjnej i radiowej (The Offspring, Rancid) jak i tej terroryzującej słuchacza (Dead Kennedys, Black Flag, Minor Threat). W międzyczasie pojawili się też Iron Maiden. Ta muzyka kształtowała zarówno mój gust jak i światopogląd. Brakowało mi tylko zespołu, który łączyłby szybkość i wściekłość punk rocka z ciężarem i precyzją heavy-metalu. Do czasu aż, jako szesnastoletni chłopak, pewnej nocy usłyszałem w radiowej "Trójce" zespół Slayer, który wywrócił mój świat muzyczny do góry nogami. Paradoksalnie muzyka Slayera jeszcze bardziej rozszerzyła mój gust ponieważ zadziałała zasada, że jeśli można słuchać tak brutalnych dźwięków to można słuchać wszystkiego. W ten sposób ekstremalny metal wprowadził mnie w Jazz, blues a nawet muzykę klasyczną. A z czasem zaczęła się też "obserwacja" tego co się dzieje w wielkim, kolorowym świecie popu (chociaż tutaj rzadko mogę znaleźć coś dla siebie). W efekcie w moim pokoju można znaleźć płyty Tori Amos jak i Vadera. W kwestii grania i tworzenia muzyki jestem totalnym beztalenciem. Jednocześnie zawsze lubiłem gromadzić jak najwięcej wiedzy na temat muzyki a i z czasem pojawiła się chęć przekazania własnych wrażeń innym ludziom. Największą przyjemność sprawia mi wymiana opinii i zdań na temat muzyki z innymi melomanami i odkrywanie kolejnych świetnych artystów. Poza najbliższym otoczeniem wpływ na moje gusta wywierali m.in. Wiesław Weiss, Piotr Kaczkowski, Jarosław Szubrycht, Łukasz Dunaj, Bill Hicks i Todd Nathanson. Obecnie piszę dla Wrocławskiej Sekcji Alternatywnej http://www.wsa.org.pl/ relacje z koncertów i na portalu Miejsce Mocy o fantasy i fantastyce (pod pseudonimem) - http://www.miejscemocy.net/. Posiadam wykształcenie prawnicze przez co i w swojej pracy muszę dużo pisać, choć już mniej o muzyce...














fot. Sebastian Siepietowski
Wśród panującej szarugi, deszczu i ponurego nastroju muzyka której teraz słucham komponuje się z tą aurą i szczerze mówiąc, ostatnio z mojego odtwarzacza dobiega cała masa ponurych depresyjno/agresywnych dźwięków, odzwierciedlających emocje kumulujące się w mojej duszy. A jednak jest w tym wszystkim jeden kolorowy kwiat, który wybija się z ciemności i daje nadzieje na jaśniejszą przyszłość. Mam na myśli Zapraszamy na łąki - debiutancką płytę młodego wrocławskiego zespołu Katedra, kolorowo rozświetlającej jesienno-zimowe wieczory.

Tak naprawdę to muszę się przyznać, że niniejsza płyta jest w moim posiadaniu od znacznie dłuższego czasu. Chociaż oficjalna premiera była w sierpniu tego roku, to płytę udało mi się nabyć na koncercie Katedry (grającej przed Blues Pills) już 12 lipca w klubie Alibi (relacja z tego koncertu tutaj). Naszła mnie myśl, że to jakieś nieoficjalne demo ale zawartość muzyczna pokrywa się kropka w kropkę z "wersją sierpniową" (z tą różnicą, że nie mam tak bogatej książeczki :/). Dziwne, ale najwyraźniej miałem okazję poznać debiut trochę wcześniej niż inni, czego bynajmniej nie żałuję.

Fryderyk Nguyen  (fot. Ania Michowska)
Dla mniej zorientowanych - Katedra gra muzykę bardzo świadomie osadzoną w tradycji polskiego rocka z przełomu lat 60. i 70., który wówczas był nazywany big-bitem. Twórczości Katedry nie da się opisać jednym słowem. To kolorowa mieszanka bluesa, hard rocka, psychodelii, rocka progresywnego i mnóstwa innych dźwięków osadzonych w ciepłym, analogowym brzmieniu. Jeśli nie wiecie o czym mówię to sięgnijcie po wczesne płyty Czesława Niemena, Breakoutu albo po album Korowód Marka Grechuty i Anawy (ale też i fani The Doors albo Jimiego Hendrixa powinni rozpoznać znajome dźwięki). Zespół również świetnie wypada na żywo o czym mogli się przekonać oglądający Must be the Music (zespół w tym programie dostał się do finału). A jak Katedra wypada na płycie?

Jak wspomniałem wcześniej - od pierwszych sekund słychać ciepłe, pastelowe brzmienie z bardzo dobrze słyszalnymi poszczególnymi instrumentami (z delikatnym pogłosem na wokalu). I to zarówno w momentach rockowego wymiatania (Czarny szlak) jak i w tych bardziej klimatycznych, nastrojowych momentach (Wiosna i wino). W Katedrze śpiewa bardzo charyzmatyczny i utalentowany wokalista (i zarazem gitarzysta) - Fryderyk Nguyen, który dysponuje mocną ale i ciepłą barwą głosu, trochę kojarzącą się z Czesławem Niemenem (wygląd lidera jeszcze bardziej potęguje to skojarzenie). Główny wokal wspomagają damskie wokale w chórkach (w wykonaniu Kasi Radoń i Teresy Grabiec), czasem towarzyszące wokalowi lidera (Zapraszamy na łąki), częściej jednak subtelnie ukryte w tle.

17.01.2014 - pierwsze spotkanie Fryderyka z Anią Rusowicz, która gościnnie zaśpiewa na debiutanckim albumie Katedry
Natomiast w piosence Wieje wiatr zespół wspomaga wokalnie Ania Rusowicz (mająca na koncie płytę o znamiennym tytule Mój Big-Bit). Z koncertu pamiętam też, że w kawałku Wiosna i wino główne wokale wykonywał basista Maciej Stępień. No właśnie - sekcja rytmiczna (Maciej Stępień - Paweł Drygas) gra bardzo sprawnie i całkiem mocno jak na tak luźną muzykę. Nie chcę napisać, że perkusista z basistą łoją metal do kolorowych dźwięków Katedry ale też definitywnie nie ograniczają się do nabijania rytmu. Czasem wręcz mam wrażenie, że ciągną za sobą resztę zespołu jak na przykład w drugiej połowie Czarnego Szlaku albo gdy nagle w sennej kompozycji Wolny elektron w pewnym momencie perkusista nabija bardzo gęste i ciężkie dźwięki. Całość pięknie spajają klawiszowe pejzaże w wykonaniu Michała Zasłony, dające muzyce Katedry wiele oddechu i przestrzeni.


fot. Sebastian Siepietowski
fot. Ania Michowska
To co mi się podoba w muzyce Katedry to fakt, że można ją traktować czysto rozrywkowo "do tańca" ale też i artystycznie są to piosenki na wysokim poziomie. Dla słuchaczy melomanów są "poukrywane" rockowe niuanse, które dopiero po którymś przesłuchaniu można wychwycić (chociażby pod koniec Nie śmiej się z miłości słyszymy cytat z Satisfaction Rolling Stones). Wyraźnie słychać, że zespołowi sprawia przyjemność granie takiej a nie innej muzyki. Dobrze też, że piosenki są zróżnicowane. Mamy tu ewidentne radiowe hity jak piosenka tytułowa czy Kim jesteś? (oba zilustrowane teledyskami) ale też i bardziej progresywne, połamane granie jak mroczne i psychodeliczne Strach i pragnienie (z linią basową trochę przypominającą Hand of Doom Black Sabbath) czy zawierająca jeszcze większą dawkę psychodelii - Wiosna i miłość. Teksty Katedry w większości traktują o miłosnym iskrzeniu (Zapraszamy na łąki, Nie śmiej się z miłości, Kim jesteś?) ale czasem też pojawiają się plastyczne obrazy przyrody jak w zamykających całość Kłosach. Natomiast hard-rockowy Czarny szlak opowiada o spotkaniu z samym Królem Gór. Całości dopełnia bardzo fajna okładka, kojarząca mi się osobiście z witrażami Stanisława Wyspiańskiego.

Katedra we wrocławskim klubie Od Zmierzchu do Świtu (fot. Sebastian Siepietowski)
Są może na tej płycie fragmenty, które bym pominął (jak trochę rozciągnięta pierwsza połowa piosenki Wolny elektron) ale oceniając całość muszę przyznać, że z przyjemnością słucha mi się debiutanckiego longplaya wrocławskiej załogi. Katedra nie zawiodła moich oczekiwań i udowodniła, że również studyjnie bardzo dobrze umie zaprezentować swoją twórczość. A może nawet powinienem napisać, że zespół świetnie uchwycił klimat swoich koncertów na płycie. Z debiutancką płytą Katedry w odtwarzaczu mogę spokojnie czekać na pierwszy dzień wiosny.

Maciej Baranowski



ZAPRASZAMY NA ŁĄKI
Katedra
(Vintage Records & Katedra)


Skład:

Fryderyk Nguyen - gitara elektryczna, wokal
Maciej "Jim" Stępień - bas, wokal
Michał Zasłona - klawisze, chórki
Paweł Drygas - perkusja
Teresa Grabiec - chórki
Kasia Radoń - chórki


Lista utworów:

1. Zapraszamy na łąki
2. Nie śmiej się z miłości
3. Kim jesteś?
4. Strach i pragnienie
5. Czarny szlak (ft. Kondziu-Bethel)
6. Wiosna i wino
7. Wolny elektron
8. Pejzaż
9. Pieśń o świcie
10. Kiedy kochasz
11. Wicher Wieje (ft. Ania Rusowicz)
12. Kłosy

12 grudnia Lombard wystąpi w bliskiej memu sercu miejscowości Włoszakowice koło Leszna

Wywiad z Martą Cugier i Grzegorzem Stróżniakiem 
do przeczytania tutaj