Antoni Malewski urodził się w
sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś.
Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a
ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją
rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i
Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako
nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i
młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”,
„A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w
„Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce,
która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników
Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.
Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll.
Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki -
stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak
wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach
jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu
radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia
Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w
ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym
jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie
„Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego
zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł
się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski
film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było
takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym
Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem,
który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej
historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że
rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie
totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem
przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to
autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę
amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się
takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka,
Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda
Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla
Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się
autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów
Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku
1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non
Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu
Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie
natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do
dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i
opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił
do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I
sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować
żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się
bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież
zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć.
Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin
Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY
wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.
Wśród
przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu
kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego
wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej
się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się
"Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą
postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom
Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem,
istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać
kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie
dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis
historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a
dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury
zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna
działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które
rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko
przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i
gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego
muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w
chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej
Muzycznej Podróży.
Wizyta Marka karewicza w Londynie (fot. Monika S. Jakubowska)
Człowiek, o którym w tej części Subiektywnej Historii chciałem, choć nazwisko jego często przewijało się we wcześniejszych felietonach, opowiedzieć więcej, jest postacią niezwykłą, nietuzinkową w polskiej sztuce fotografii, w polskim show businessie, współtworzeniu polskiego rocka, współtwórca pierwszych, zimowych dyskotek w sopockim Grand Hotelu, krytyk muzyczny, dziennikarz w dziedzinie Jazz i Rock’n’Roll. W wakacje (lipiec) 1956 roku uczestniczył w słynnym, jazzowym, nowoorleańskim marszu w Sopocie, zorganizowanym przez Leopolda Tyrmanda i Franciszka Walickiego. Również pisał wydając kilka, tematycznych publikacji. Jest to osobistość, której nadano wspaniałe przydomki; Człowiek ze Złotym Obiektywem, Złoty Fryderyk 2011. W marcu 2012 roku w tomaszowskim kościele Zbawiciela, został przez księdza pastora Romana Pawlasa, uhonorowany ewangelickim wyróżnieniem, Dąb Lutra. Czytający ten rozdział szybko się zorientuje, że chodzi o osobę związaną w dzieciństwie i wczesnej młodości z naszym miastem i jego okolicami, że chodzi o polskiego, wybitnego artystę fotografika, a jest nim nie kto inny jak pan - Marek Karewicz.
Uroczyste nadanie w pasażu Krzywego Domku w Sopocie, Alei im. Franciszka
Walickiego z udziałem jego przyjaciół. Stoją – Marek Gaszyński, Wojtek
Korda, Andrzej Nebeski, Wojtek Gąssowski i obok pana Franciszka, Marek
Karewicz
- Marek to nie tylko imię, to także nazwisko Marka Karewicza. Wystarczyło powiedzieć Marek, a każdy wiedział, że chodzi o człowieka, bez którego historia polskiego rocka byłaby niepełna. Marek zawsze był tam, gdzie jęczały gitary, bas wypruwał wnętrzności, a perkusja wyznaczała rytm serca. Był częścią polskiego rock’n’rolla, jego kronikarzem i sumieniem. Pod obstrzałem jego obiektywu znalazły się dziecięce lata polskiego rocka, prekursorzy „mocnego uderzenia”, gwiazdy i gwiazdki lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych. Towarzyszył
narodzinom polskiego rocka, należał do jego obserwatorów i współtwórców.
Żadne wydarzenie muzyczne w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych
nie uszło jego uwagi. Szczególną sympatią otaczał jazz i muzykę rockową.
I te dwa gatunki muzyki stały się przedmiotem wyjątkowego
zainteresowania jego kamer i obiektywów. Jest bowiem wybitnym artystą
fotografikiem, setek tysięcy kapitalnych, niekiedy historycznych zdjęć.
Tak o Marku Karewiczu wypowiadał się ojciec chrzestny polskiego
rock’n’rolla, Franciszek Walicki w swojej ostatnim dziele, książce,
Epitafium na śmierć rock’n’rolla.
Wojtek Szymon Szymański i Marek Karewicz - dwie Legendy Tomaszowa
Rodzina Karewiczów (nie ma żadnego związku z polskim aktorem, Emilem Karewiczem), pan Julian, ojciec Marka, pani Bronisława matka, oraz ukochana przez Marka babcia Julia, wywodziła się z Warszawy. Marek urodził się w stolicy 28 stycznia 1938 roku. Karewiczowie przeżyli hitlerowską okupację oraz Powstanie w tym mieście. Po upadku Powstania Warszawskiego, uciekając (jak wielu warszawiaków) w kierunku zachodnim przed zbliżającą się do stolicy, „wyzwoleńczą” ofensywą Armii Czerwonej. Pieszy exodus ze z burzonej, zrównanej z ziemią stolicy, zaprowadził Karewiczów jesienią 1944 roku, sto kilometrów na zachód od Warszawy, do Tomaszowa Mazowieckiego. Tu się osiedlili i zamieszkali, by ponownie wrócić nad Wisłę, po blisko jedenastu latach, jesienią 1954 roku.
Antoni Malewski i Marek Karewicz oraz Legendy big bitu Wojciech Korda i Franciszek Waliski
Karewiczowie w naszym mieście zamieszkiwali w różnych dzielnicach miasta. Przybywając z Warszawy, pierwsze dni spędzili w Starzycach w istniejącym do dziś przy ulicy Ujezdzkiej 2 - parterowy, murowany domek. Następnie przenieśli się do centrum miasta, do kamienicy przy ulicy Piłsudskiego 17 (róg Krzyżowej), w tym domu urodził się, również mieszkał jako chłopiec, reprezentacyjny piłkarz kadry Kazimierza Górskiego, Antoni Szymanowski. Kolejny dom to plebania ewangelickiego kościoła Zbawiciela przy ulicy św. Antoniego (vis a vis Parku Rodego). Pastorem był wówczas, słynący z bardzo rygorystycznego usposobienia Waldemar Gastpary. W tym domu na plebani kościoła, mieszkali również Mecowie (rodzeństwo Danuta i Bogusław). Następne schronienie Karewiczów (choć na krótko) to willa Landsberga przy Konstytucji 3-go Maja (dziś znajduje się tu przedszkole) oraz w kamienicy przy ulicy Konstytucji 3-go Maja 18 (vis a vis Biedronki, dawny sklep meblowy). W tej posesji mieszkali najdłużej, bo aż 9 lat, jego kolegami z podwórka byli między innymi, Eugeniusz Ulkowski (nie mylić z fotografem Tadeuszem Ulikowskim) oraz Daniel Ronek (starszy brat Sławka, założyciela w Tomaszowie Mazowieckim pierwszego, Fan Club – Jerry Lee Lewis).
Marek Karewicz i klawiszowiec Breakoutu Krzysztof Dłutowski w Niebrowie w dniu otwarcia Galerii Krzysztofa Jochana
Z tego domu, podwórka znajdującego się tuż nad brzegiem Wolbórki, Marek Karewicz ma najpiękniejsze, beztroskie wspomnienia. Tu grali z kolegami w dwa ognie, w piłkę nożną, jako bramki służyły im drzwi do komórek. Tu też nauczył się wędkowania, na każdym spotkaniu z mieszkańcami miasta, Marek, gdy tylko wymieniło się rzekę Wolbórkę czy Pilicę, natychmiast zadawał pytanie, - A czy znasz taką rybę która nazywa się „kolka”? Ryba ta żyła w bardzo czystych wodach, dziś rzadko spotykana. Świadczyło to również o czystości naszych rzek. To w tym domu na parterze, Marek (pierwsze trzy okna od ulicy Warszawskiej, zasłonił kocami by uzyskać ciemnie) bez użycia aparatu fotograficznego, na papierze światłoczułym wykonał pierwsze w swoim życiu zdjęcie, liście klonu. Było to zlecenie, wykonanie przez uczniów, od nauczyciela przyrody ze szkoły nr. 4, by utrwalili - narysowali lub przykleili na papierze - liście klonu. Marek zrobił to inaczej, inną techniką. Kto wie czy nie zadecydowała ona o jego życiowej pasji?
Antoni Malewski i Anna Hoffmann z jubilatem Markiem Karewiczem w jego 77 urodziny
Kiedy mieszkali w pałacu Landserga, w budynku obok (były biurowiec Fabryki Skór) mieszkał najsłynniejszy w tamtych latach tomaszowski fotograf, przyjaciel rodziny Karewiczów, Tadeusz Ulikowski. Ojciec tomaszowskiego bibliografa Andrzeja, który był bliskim kolegą, również zmarłego, mojego brata, także Andrzeja. Pan Tadeusz swój zakład fotograficzny miał przy ulicy Św. Antoniego, pod słynnym kasztanem (vis a vis Domu Towarowego TOMASZ). Pan Julian ze swoim synem Markiem bardzo często odwiedzał swojego przyjaciela w zakładzie, podczas właściwej temu zawodowi, pracy. Od najmłodszych lat młody Karewicz (wizytując u pana Ulikowskiego), oswajał się ze sztuką wykonywania zdjęć, wtajemniczał zarażając się w przygotowanie składu chemicznego, roztworu (zwany wywoływaczem, dzisiaj brzmi to anachronicznie) by jak najefektowniej, jak najlepiej z negatywu wykonać odbitki (zdjęcia). Zapewne zdobyte doświadczenie przy ulicy Św. Antoniego pomogły mu wykonać pierwsze, do szkolnej pracy, zdjęcie bez użycia aparatu.
W ALASTRO; stoją Adam Jochan, Maryla Tejchman, Wiesiek Sliwiński, Iwona Thierry, Antek
Malewski, Krzysztof Jochan. Klęczy Darek Jochan obok Marka Karewicza
Marek do podstawówki chodził do dwóch szkól, pierwsza to nr. 2 (dawna ćwiczeniówka) w widłach ulic Legionów/Piłsudskiego oraz do nieistniejącej dziś szkoły nr. 4, przy Barlickiego, znajdującej się przy skwerku ulicy Warszawskiej (vis a vis Banku BPH, dawna kawiarnia Jagódka). Po ich ukończeniu, dostał się, zdając egzaminy, do Licem Ogólnokształcącego, dziś I LO, przy ulicy Mościckiego (w tamtych latach w Tomaszowie istniało tylko jedno liceum). Tu ukończył pierwszą klasę liceum (8), by w połowie drugiej (9), z rodziną wyprowadzić się ponownie do Warszawy. Żyjąc w Tomaszowie, za namową babci Juli uczęszczał na lekcje gry na skrzypcach. Życiowe próby gry na skrzypcach, uwrażliwiły muzycznie młodego Karewicza. Jego nauczyciel gry zakładał, wpajając mu, - Marek, ucząc się gry na skrzypcach, zostaniesz dobrym grajkiem i jak dorośniesz będziesz grał na weselach, a póki co jest to najbardziej zarobkowo popłatny i pewny zawód dla chłopaka.
Barbara Przybysz dyrektor OK TKACZ z Markiem Karewicze podczas otwarcia Galerii w Niebrowie
Mając niespełna osiem lat umiera, jego ukochana mama, Bronisława. Trumna ze zmarłą, wystawiona była w kościele Św. Trójcy przy Placu Kościuszki 21. Tu po raz ostatni Marek zobaczył i utrwalił w pamięci jej pogodną, schorowaną twarz. Za każdym pobytem, gdy tylko przybędzie do Tomaszowa Marek Karewicz, choć od dawna kościół jest nieczynny, zachodzi do księgarni Barbary Goździk przy Placu Kościuszki 22, posesja tuż obok kościoła Św. Trójcy (w tamtych latach w pomieszczeniach księgarni była zakrystia kościoła) by z tego miejsca nostalgicznie i sentymentalnie powspominać czas dzieciństwa, czas szkolnej młodości spędzony w Tomaszowie, szczególne są wspomnienia o jego ukochanej, jak on to mówi, mamusi. Księgarnia od jesieni 2008 roku stała się, za każdym przyjazdem Karewicza do miasta, stałym miejscem spotkań. Przez wtajemniczone osoby, uczestniczące w kuluarowych spotkaniach z artystą fotografikiem, zaplecze księgarni nazwaliśmy klubem i tak było przez ostatnie pięć lat (Marek w tym czasie bywał w naszym mieście co najmniej siedem/osiem razy), do połowy miesiąca maja tegoż roku. Majowa data wiąże się ze zmianą najemcy, ajenta lokalu, choć Barbara Goździk nadal jest pracownikiem tej księgarni. Właścicielem całego obiektu, jest ksiądz pastor, Roman Pawlas.
Maryla Tejchman do tańca w tomaszowskiej restauracji ALABASTRO zaprosiła Marka Karewicza
Po ponad 10-letnim pobycie w Tomaszowie, Marek powrócił do stolicy gdzie ukończył warszawskie Liceum Fotograficzne przy ulicy Spokojnej, następnie studiował na Wydziale Operatorskim w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Studiując w tym mieście, zaraził się awangardową muzyką jaka przenikała z Zachodu zza żelaznej kurtyny, do kraju, to jest jazz. Odkłada na bok wyuczony zawód (choć wcześniej wykonał kilka wspaniałych fotografii, wprowadzając w zachwyt znawców tej dziedziny) i w warszawskich, studenckich klubach uczy się gry na dwóch instrumentach, strunowym – kontrabas i dętym – trąbka. Właśnie z trąbką w ręku a nie z aparatem fotograficznym, manifestujący Marek szedł we wspomnianym wcześniej, nowoorleańskim marszu ulicami Sopotu. Kiedy powrócił do Warszawy jego pierwszy zespół, w którym grał na trąbce, Six Boys Stompers, zagrał na otwarcie Klubu HYBRYDY. Na tym otwarciu obecny był Leopold Tyrmand, wielki znawca jazzu, muzyk, dziennikarz i świetny pisarz. Autor słynnego Dziennika 1954 i powieści Zły, który po zakończeniu koncertu przez zespół, podszedł do Marka i zagaił, - Marek widziałem twoje zdjęcia, są wspaniałe, radzę ci, przestań pierdzieć w ustnik tej trąbki. Weź się za fotografowanie i rób to w czym jesteś najlepszy. To były ostatnie próby dmuchania w trąbkę. Od tej pory Marek odstawił ją całkowicie na bok i z wielkim zacięciem, zawierzając słowom Tyrmanda, wziął się za fotografowanie, tym samym stał się w krótkim czasie w tej branży, jednym z największych i najwybitniejszych w świecie, artystów fotografików.
Honorowy gość, Marek Karewicz, przecinając taśmę otwiera „Galerię we wsi Niebrów”
Od tej pory Marek stał się jednym, z najbardziej wziętych fotografików, nie tylko w kraju. Bywał na wszystkich festiwalach, robiąc przy tym tysiące zdjęć, polskiej i zagranicznej piosenki (Opole, Sopot), festiwalach jazzowych (Jazz Jamboree w Warszawie, Jazz nad Odrą w Wrocławiu, Jazzowa Zadymka Śnieżna w Bielsku-Białej), również często bywał na festiwalach jazzowych i rock’n’rollowych za granicą. Bywał na koncertach wszystkich, polskich zespołów bluesowych, rock’n’rollowych, jazzowych. Robił zdjęcia, między innymi takim zespołom jak, The Beatles i The Rolling Stones (słynny koncert 13 marca 1967 rok w warszawskiej Sali Kongresowej). Wykonał ponad dwa miliony negatywów, zaprojektował ponad 1.500 okładek (longpleye) płytowych. Prawie wszystkie okładki płyt nagranych w tamtych latach, są dziełem Karewicza. O jego klasie w zawodzie może świadczyć fakt, że został zatrudniony w trasach koncertowych przez dwóch największych z największych artystów, jakim był geniusz muzyki, Ray Charles ze słynnym przebojem Hit The Road Jack (z nim był w trasie przez dwa lata) czy najlepszy trębacz świata, Miles Davies (blisko rok w trasie). Jest autorem największego zdjęcia (10x3 metry) Milesa Daviesa. Wykonał je na zamówienie artysty Milesa Daviesa. Zawisło ono na największym wieżowcu Nowego Jorku.
„Galeria we wsi Niebrów”. Wywiad dla TV Teleteamtm z Markiem Karewiczem
Jednak nigdy nie zrobił zdjęcia najważniejszej osobie w światowym show buisnessie, która jest synonimem nowoorleańskiego jazzu, najsłynniejszej trąbce świata, o głosie cudownie zachrypniętym, jest nim niekwestionowany, amerykański król jazzu - Louis Satchmo Armstrong. Marek do swojego, największego, życiowego błędu przyznał się w tomaszowskim klubie OK TKACZ, na swoich, 75 urodzinach, obchodzonych w dniu 9 marca 2013 roku, gdy na ekranie TKACZA pokazałem 12 minutowy, dygresyjny film z życzeniami, na którym Armstrong dla Marka wykonał trzy wielkie hity (When It’s Sleepy Time Down South, Blueberry Hill i When The Saints Go Marching In). Karewicz zrozumiał tę dygresję i przed wypełnioną, na ful, salą TKACZA, wyznał całą prawdę - dlaczego? A miał czas i warunki je wykonać. Kiedy król trąbki przyjechał na jedyny koncert, latem 1965 roku, do czeskiej Pragi, Marek Karewicz wraz z Andrzejem Jaroszyńskim, ówczesnym dziennikarzem muzycznym TVP, otrzymał akredytacje dziennikarskie na koncert Armstronga. Zamieszkali w pięknym hotelu na Vaclavskie Namesti. Rano w dniu koncertu, po śniadaniu, zeszli do hotelowego baru by dla zabicia czasu, napić się w bistro kilka drinków. Koncert miał odbyć się dopiero późnym wieczorem.
Marek Karewicz z uczestnikami 80 Urodzin Elvisa w Tomaszowie
Jitka Bendová - wielka fanka Louisa Armstronga i... Marka Karewicza
Po wypiciu kilku drinków na wysokich stołkach bistro, dosiadła się do nich kobieta, lekko na rauchy i zaproponowała trzy drinki, dla siebie i dla dwóch, siedzących obok panów. Ta kobieta to czeska aktorka, Jitka Bendova, która zagrała w jedynym nagrodzonym Oscarem (1968 rok) czeskim filmie Jirzego Menzla, Pociągi pod specjalnym nadzorem. Jitka Bendova w tym filmie, którego akcja toczy się w czasie hitlerowskiej okupacji na małej, czeskiej stacyjce kolejowej, błysnęła skandaliczną, podniecającą mężczyzn sceną, w której znudzony zawiadowca stacji i jego pomocnik, ostemplowują kolejowymi pieczątkami jej gołe pośladki. Ta podniecająca, obsceniczna, filmowa scena trwała dość długo w ekranowym czasie. Kolejną partię drinków zaproponował Jaroszyński i by nie być gorszym, szybko powtórzył ją Karewicz. Wszystkim pijącym rozwiązały się języki. Marek pierwszy odezwał się rzeczowo, zapraszając wieczorem Jitkę na koncert Louisa Armstronga, na co odezwała się Bendova, - Marek ja mam Armstronga na płytach, jeżeli chcesz go posłuchać, to zapraszam cię do siebie, do domu. Wypili jeszcze po kolejce i Marek ponowił zaproszenie na koncert. Po chwili ciszy Jitka dopiwszy swojego drinka, również się odezwała. – Marek, jeszcze raz proponuję ci płyty Armstronga do posłuchania w moim domu. Wybieraj bo ja na żaden koncert nie idę. Karewicz po chwili milczenia wypowiedział głośno przed tomaszowskim audytorium w OK TKACZ, - Proszę państwa, zadecydowałem – długa cisza – wybrałem Louisa Armstronga, słuchając go na płytach w domu czeskiej aktorki !!!
- Siedem lat temu, w Zakopanem, jakiś zły demon przeciągnął Marka po węglach piekła (wylew). Ale Marek nie poddał się, walczy z chorobą bez przerwy, do upadłego. Pomimo, że życie spędza w wózku inwalidzkim, nadal bywa tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Jego wystawy fotogramów (które otwiera osobiście) wędrują po całym świecie. W Warszawie założył (jeszcze przed chorobą w 2001 roku) słynny Klub Jazzowy TYGMONT, a w roku 2008 wydał, pod nazwą „This Is Jazz”, fantastyczny album z fotografiami największych gwiazd muzyki jazzowej (160 FOTO), prawie wszystkich wielkich, jeszcze żyjących jazzmanów. Obecnie pracuje nad albumem poświęconym gwiazdom rock’n’rolla – tak oto pisał o Marku Karewiczu, Franciszek Walicki, w swoim Epitafium na śmierć rock’n’rolla.
Stoją: Antoni Malewski, Wiesław Wilczkowiak, Czarek Francke. Poniżej Henia żona Czarka, Marek Karewicz oraz Maryla
Tejchman na IV Gali konkursu Wspomnienia Miłośników R&R
Marka Karewicza, choć bywałem wcześniej na jego odczytach, prelekcjach, kiedy był jeszcze sprawny fizycznie, poznałem bliżej, o ironio, kiedy przemieszczał się przy pomocy wózka. Dokładnie 5 grudnia 2009 roku na zapleczu (klubu) księgarni Basi Goździk, dzień po jej imieninach. W dniu 4 grudnia (piątek) odbyło w Galerii ARKADY spotkanie z Karewiczem, zakończone premierą filmu „Człowiek ze Złotym Obiektywem”. Od tej pory zaprzyjaźniłem się z panem Markiem. Do naszych spotkań dochodziło wielokrotnie, pięć razy w Sopocie (trzy razy na zakończenie konkursu Wspomnienia Miłośników Rock’n’rolla, czwarty raz na obchodach XXX - lat po śmierci Krzysztofa Klenczona, gdzie nadano ulicę jego imienia, odsłonięto mural z jego wizerunkiem oraz na ekranie w Krzywym Domku odbyła się premiera filmu Heleny Giersz „10 w skali Beouforta” i piąty raz na 50 lecie powstania Non Stopu w Sopocie. Czterokrotnie ja zapraszałem Karewicza na swoje imprezy w Tomaszowie (dwa razy na Spotkanie po latach, jedno w ZDK Włókniarz, drugie w SCh PROEM w Zakościelu, trzeci raz na 89 spotkanie z cyklu Herosi Rock’n’Rolla w SCh TOMY przy Jerozolimskiej a czwarty raz na jego 75 urodziny, połączone z 100 spotkaniem mojego cyklu Herosi w OK TKACZ). Ostatnie, iąte spotkanie z Karewiczem, w którym miałem okazję uczestniczyć, z organizowane było przez braci Jochan, w tomaszowskiej restauracji ALABASTRO przy ulicy Dzieci Polskich, 27 kwietnia 2013 roku.
Rozmowa z Markiem Karewiczem w tomaszowskiej ALABASTRO. Wieczór z organizowany został przez braci Jochan
Na każde spotkanie w Tomaszowie, Marek przyjeżdża z wielką radością, każdą wizytę bardzo przeżywa. Kilkakrotnie, wraz z opiekującym się nim, Wiesiem Śliwińskim, przemieszczaliśmy się wspólnie ulicami miasta, docieraliśmy do miejsc bliskich Markowi, do szkól do których chodził, do domów, w których mieszkał. Przeważnie kończyliśmy pieszą wędrówkę na moście rzeki Wolbórki przy ulicy Warszawskiej. Marek prosił o zatrzymanie się, długo patrząc w nurt rzeki w kierunku mostu na Blichu mówił, - Oto rzeka mojego dzieciństwa, zawsze wracając ze szkoły, zakładaliśmy się z kolegami - jakiego koloru dzisiaj jest woda w rzece? Zależało to od farbowania tkaniny w farbiarni zakładu Mouritza Pisha (była Mazovia). W TKACZU na jego 75 urodzinach pięknie wypowiedział się Marek Gaszyński, i tą sentencją kończę felieton o Marku Karewiczu; - Kiedy byłem mały myślałem zawsze, że rock’n’roll, jazz jest do słuchania, tańczenia. Ale dzięki Markowi Karewiczowi, jego wspaniałym fotografiom, dowiedziałem się, że jest również do oglądania. Jak patrzę na jego zdjęcia, na przepocone wysiłkiem twarze muzyków, to słyszę muzykę, słyszę jak grają. I jeszcze jedno nauczyłem się od Marka, że kłopoty zdrowotne, mam nadzieję przejściowe, nie mogą poskromić człowieka na zawsze. Że ten wózek, na którym Marek siedzi, inny by płakał, żalił się, skarżył. Marek nigdy. Często z nim bywałem na przeróżnych imprezach. Nigdy nie słyszałem od niego słowa skargi. Dla Marka wózek jest czymś innym, jest środkiem transportu do przemieszczania się z jednej prywatki na drugą, z jednej balangi na drugą, z jednej pijalni piwa do drugiej. Myślę, że Marek – powiedział to z przekąsem i uśmiechem – powinien to opatentować!!!
Jakub Mikołajczyk przyszedł na świat w Strzegomiu. Już w dzieciństwie poznał muzykę grupy TSA, a krótko potem album swego życia - The Animals Floydów. Wkrótce w jego domu pojawiło się także The Best of Deep
Purple i krążki Dire Straits, Roda Stewarta i grupy Queen, której
bardzo szybko stał się oddanym fanem. Następnie w jego życiu pojawiło
się pierwsze magiczne słowo Punk, a wraz z nim takie
załogi jak Sedes, Defekt Muzgó, KSU, Dezerter, Big Cyc i Ga-Ga. Pogujące
szaleństwo spowodowało u młodego Kuby decyzję o nauce gry na gitarze
pomimo, że rodzice usilnie chcieli z niego zrobić pianistę. Młody
buntownik nie dał jednak za wygraną, a szczytowym "osiągnięciem" okresu
buntu był jego relaksacyjny pobyt na komisariacie plus domowy szlaban na
koncerty gratis, co nie tylko nie odstraszyło Kuby od punk rocka, lecz
skierowało go na takie kapele jak Metallica i Guns N' Roses. Wkrótce w
jego życiu pojawiło się kolejne magiczne słowo - Internet,
a wraz z nim przepastne zasoby muzycznych informacji i videoclipów.
Czytał, słuchał i chłonął wszystko, co tylko było dostępne. Dzięki
ucieczkom z domu
umożliwiającym skuteczne omijanie szlabanów, Kuba zaliczał kolejne
punkowe koncerty. W jego życiu pojawiły się z czasem takie marki jak The
Offspring, Roger Waters,
Deep Purple i Iron Maiden. Około roku 2000 Kuba po raz pierwszy usłyszał
Piotra Kaczkowskiego oraz dwóch kolejnych Piotrów - Stelamcha i
Metza i innych prezenterów Trójki, po czym w życiu Kuby pojawiło się
trzecie magiczne słowo - Emigracja. W Anglii nawiązał
współpracę z Radiem Bedford, dzięki czemu mógł mówić to wszystko, co
przez lata gromadziło się w jego głowie. W Bedford Kuba powołał do życia
autorski program radiowy "Prąd
Przemienny". Niedawno, wraz z radiowym przyjacielem - znanym z łamów
mojego bloga zwycięzcą II tury Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży
Mateuszem Augustyniakiem, Kuba stworzył portal
muzyczno - kulturalny www.polskiwzrok.co.uk,
który dopiero nabiera kształtu. Celem portalu jest
promocja młodych zespołów i wydarzeń kulturalnych w UK. Od czasu do czau
Jakub sięga także po jazz i muzykę klasyczną. Za swój największy
życiowy sukces uznaje fakt, iż jego 5-letni syn potrafi odróżnić
Metallice od AC/DC i zaliczył już koncert Deep Purple. Od niedawna
Polski Wzrok - muzyczny portal Kuby i Mateusza oraz blog Muzyczna
Podróż nawiązały stosunki bilateralne oraz ścisłą współpracę w postaci
wymiany informacji i publikacji w celu zapewnienia jeszcze lepszego
przepływu dobrych wieści pośród polskich fanów muzyki żyjących na
Wyspach Brytyjskich i nie tylko.
Sławek Orwat
- Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził
go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika
Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także
prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim
Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in w
imprezie poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim
magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011. W latach 2012 - 2014
prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia
Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. W roku 2013
program ten był emitowany również na nieistniejącej już platformie
radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto. Od lipca 2012 związał
się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a od października tego samego
roku z wychodzącym w Sosnowcu muzycznym kwartalnikiem Lizard.
Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w
brytyjskim magazynie LondonJazz. Pojedyncze publikacje jego tekstów
pojawiły się się m.in. w londyńskim magazynie Lejdiz, wychodzącym w Edynburgu Pangea Magazine oraz na łamach
toruńskich Nowin. Poza działalnością dziennikarską, od czasu do czasu
można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką
miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni, był
zorganizowany przez Buch IP w dniu 8-go marca 2014 londyński
koncert, na którym wystąpiły Nosowska, Brodka i Maria Peszek.. W czerwcu 2015 wraz z Tomaszem Wybranowskim reaktywował Listę Przebojów Polisz Czart, która ukazuje się w każda drugą środę miesiąca na antenie NEAR FM w irlandzkim Dublinie. Od roku 2014 dołączył do najbardziej muzycznego polskojęzycznego portalu na Wyspach Brytyjskich - Polski Wzrok z siedzibą w malowniczym Bedford.
Londyn 2014
Londyn 2014
Sławek: Znalazłem trzy określenia, którymi ludzie Cię określają. Mirek, Smalec i Madhu. Jak to się ma do Twojej osoby?
Smalec: Mirek to w zasadzie moja rodzina i dzieciństwo. Smalec to scena, czyli „Gagowo Żabkowa” i cały punk rock. Madhu to kwestia bliższego otoczenia i symbol moich poszukiwań duchowych.
Kuba: Czy są jakieś emocje przed koncertem w Londynie czy to najzwyczajniej koncert jak każdy inny?
Smalec:Zawsze koncert w Londynie jest przeżyciem. Ten pierwszy był największym przeżyciem. Już graliśmy trzy razy. Nigdy nie wiadomo, kto przyjdzie i jak to wygląda. Już się trochę przyzwyczailiśmy, ale nigdy do końca nie wiadomo. To zawsze są ludzie. Raz mieliśmy koncert w Kołobrzegu a poczułem się jak w Londynie ( śmiech). Fajne jest to, ze można spotkać tutaj „real” punków, polskich punków, którzy chcieli sobie spełnić te pragnienia. Powiedzieli sobie, ze będą prawdziwymi punkami takimi jak w Anglii. Maja kolorowe irokezy, kolczyki. MI się podoba, ze gramy koncert klubowy w Londynie i przychodzą ludzie, i jest ich dużo!
Galik - Żabkowa legenda z Londynu
Kuba: …Przychodzą dla Was a nie dla suportu!
Smalec: Tak, dokładnie, tym bardziej fajnie. Jak mieszkałem w Edynburgu to rozmawiałem z ludźmi, którzy nie zawsze byli punkowcami, ale znali muzykę rockową. I znali polska muzykę punkowa i wiedzieli, ze aktywność punkowa jest duża w Polsce, ze w Polsce się punk rock bardzo mocno przyjął.
Kuba:Przychodzą tez Anglicy na wasze koncerty?
Smalec:To nas bardzo cieszy, ze mimo bariery językowej przychodzi wiele ” nie Polaków” i zauważają naszą energie. Podoba im się nasz punk rock. Ostatnio graliśmy w Oslo i tam publiczność była pól na pół tzn. połowa Norwegów i połowa Polaków. I Polacy nam opowiadali, ze przyszli „starzy załoganci”, którzy zazwyczaj na znak aprobaty kiwają głowami a tym razem poszli w pogo! To dla nas jest wielki zaszczyt i przyjemność. Grając w Polsce to jest nam łatwiej, bo wszyscy to znają, znają historie, Zielone Żabki, Ga-Ga itd. wiec jest nam łatwiej a tutaj przydarzyło się nam coś takiego!
Fani ze Smalcem przed koncertem Ga-Ga Zielone Żabki w Londynie 2014
Kuba:Masz jakieś doświadczenie z emigracją?
Smalec:Mam małe doświadczenie na emigracji. Jak otwarto granice w 2005 roku to wyjechałem wtedy do Edynburga. Pojechałem tam wtedy do siostry, która nadal tam mieszka i ma już dwójkę dzieci urodzonych w Szkocji. Bardzo piękne miasto i piękna przygoda, którą tam przeżyłem. Na zmywaku miedzy innymi (śmiech). Dla mnie rewelacja i dziś wiem, co to jest, bo się z tym zetknąłem. Jeździłem tez na różne prace „free work”: kwiaty czy jabłka w Kent. Dla mnie Wyspy to miejsce kultowe, the Clash, Sex Pistols. Jak bylem młodym chłopakiem to chciałem uciec wtedy do Anglii właśnie. To było moje marzenie, żeby „prysnąć” do Wielkiej Brytanii, do Londynu. Rozważałem to wtedy bardzo mocno.
Londyn 2014
Kuba:Jaka jest definicja Punkowca wg Ciebie?
Smalec: Punkowiec to wg wielu facet, który gra i jest bardzo zniszczony, ledwo chodzi, ale gra tego punka. Punk rock go „wytarł”, jest nadmiernie zniszczony, z alkoholizowany itd. Punk rock potrafi tez odżywiać, to jest sztuka witalna. Ja staram się dbać o siebie, żeby starczyło mnie na więcej. Jak widzę ludzi, którzy dają sygnały żeby nadal grać to staram się dbać o siebie, żeby ta muzyka trwała jak najdłużej. Jestem z tego bardzo zadowolony, ze złamałem trochę schemat punkrockowca.
Kuba: Jaka jest ta zbuntowana historia, która przyprowadziła Cię tu dzisiaj?
Smalec:Zanim powstała „Nie Elektryczna Grupa Muzyczna” to grałem w zespole, który się nazywał „Zakłat (tak właśnie przez „T”) Karny” potem była to „Załoga Bobra”. Chodziło o ekipę smiecio wozu (śmiech). Ten zespól zagrał kilka koncertów w Jaworze i to była cala kariera. Bylem związany nadal z chłopakami i graliśmy muzykę. Tam się kształtowało moje pragnienie. Zespól rozwiązał się w 87 roku. Miałem już kilka numerów” Andrzej” czy „Kultura” czy „Numerek w krzaczkach”. Już zaczęła się pojawiać nazwa Zielone Żabki. NEGM to w zasadzie był projekt wakacyjny. Będziemy sobie grać po ulicach Jarocina i zbierać pieniądze i będziemy mieć na obiad w mlecznym barze, taki był nasz zamysł.
Promocja ostatniego Albumu Ga-Ga ZZ
Spotkaliśmy wtedy Mistera, on się dołączył, miał swoja gitarę i szybko łapał muzykę. I tak zaczęliśmy grać. Tak się tez zaprzyjaźniliśmy. Po Jarocinie pograliśmy również w innych miastach: W Warszawie, w Sopocie między innymi. I wtedy tez narodził się pomysł, aby zrobić cos poważniejszego i tak właśnie powstał zespół Zielone Żabki. To był październik 87 roku. W 88 wygraliśmy Jarocin a w 89 zespół się rozpadł. Ale mieliśmy sporo utworów, byliśmy płodną ekipa.W okolicach 89 lub 90 roku pojawił się pomysł na zrobienie zespołu Ga Ga. Rozpad Żabek spowodował, że założyłem zespół Ga Ga. Mister gitarzysta, który jest mocno związany z zespołem, ponieważ jest współkompozytorem wielu piosenek znanych dziś w punkowym świecie, założył natomiast Positive Vibration. Był to zespół reagge. Z Ga Ga w 92 dostaliśmy nagrodę publiczności w Jarocinie. Koncert ten był nagrany przez TVP 2. Wiele osób nagrywało to wtedy na VHS a dziś dostępny jest na You Tube. Nawet ci, którzy nie byli na tym koncercie to mówili, ze jak oglądali to było to dla niech silne przeżycie. Dla mnie to był koncert życia i leciał on wtedy na żywo w telewizji. Później w roku 95 96 po Ga Ga był zespół Radical News…
Londyn 2014
Kuba:…Ale wiem, ze istniały dwa zespoły Ga Ga?
Smalec:Tak podzieliliśmy się i tak wtedy stworzyliśmy żeby się specjalnie nie kłócić. My nazwaliśmy to Ga Ga Godhead a oni nazwali się Ga GA Mega. A Ga Ga Mega przekształciła się w Zarazę. Trochę pograli i niestety sie porozjeżdżali. Co ciekawe, z Brodą, który grał w pierwszych składach Ga Ga często grywamy teraz koncerty. Mamy to tak zorganizowane, ze mamy dwóch perkusistów. Jak Dawid nie może gra z nami Broda. A dziś jesteśmy w Londynie na zaproszenie Tomka Galika, który był perkusista Zielonych Żabek. Galik pojawił się w naszym składzie pod koniec 87 roku. Wtedy było nas dwóch ja i Mister, i Galik dołączył.
Sławek: Jarocin 88. Byliście świadomi tego, ze wasze trzy kawałki nagrane w licealnej sali to coś dobrego?
Smalec:Jak zdobyliśmy pierwsze miejsce to pamiętam jak powiedziałem do Mistera, ze nie jest to dla mnie zaskoczenie. Jednak gdyby go nie było to bym się nie rozczarował. Bylem przygotowany na zajecie pierwszego miejsca, bo jednak celowałem w to. Jeśli chodzi o sam Jarocin to czułem się dość pewnie. Mister natomiast czul, ze będzie wysoko, ale nie aż tak
Legendarny skład 1988
Sławek:Są dwa ważne wydarzenia w historii Żabek: nie pozwoliliście nagrać koncertu Żabek w Jarocinie i oczywiście mieliście rację wtedy, a druga sprawa to nie nagraliście płyty dla francuskiej wytworni i jak to Galik mówi ” ze szczeniackich powodów”. Żałujesz tego z perspektywy czasu?
Smalec:Nie przywiązałem się w ogóle to żadnego miejsca z tej historii. Jest idealnie ( śmiech). Mamy materiał ze Zgorzelca i to jest dobre nagranie. Jakoś nie jest idealna, ale energia, która tam się wydzieliła jest niesamowita i oddaje atmosferę tego, co się tam wtedy działo. Nie mieliśmy wtedy dużego doświadczenia i obawiam się, ze materiał mógł być wtedy nie dobry, nie do końca mógłbym wtedy być z tego zadowolony. Jak nagraliśmy materiał Żabek w 96 już nie z Galikiem a z Dżagiem, który dziś mieszka w Londynie. Myślę, ze tak to chyba miało być. Skoro nie wyszło to nie ma kłopotu.
Żarówa ze Smalcem i bezcenne wydawnictwa
Kuba: A co z Radical News?
Smalec:Chcieliśmy zrobić projekt, który nie będzie obciążony żadną historia i nie będzie musiał być rozliczany w ten sposób. Jeśli ktoś się przyzwyczaił do twarzy Ga Ga i kiedy ona się zmieniła to wtedy był szok. Radical News był jednak osobnym tworem.
Kuba: Radical Soul Ammunition
Smalec:To są raczej doświadczenia, które wynosimy z Radical News. Radical News to jednak sound system czy granie elektroniczno Dubowe. Natomiast RSA to moja odskocznia, poszukiwania i zgłębianie muzyki Roots Reagge. Ja nie jestem Rastamanem, bo wyrastam z innej muzyki..
Smalec wie doskonale co się teraz nosi
Kuba:…myślę, ze nikt z białych nie jest Rastamanem
Smalec: (śmiech)
Kuba:… tak samo jest z bluesem. Mamy wspaniałych bluesmanów, ale tak naprawdę nie dorównamy bluesmanom z Nowego Orleanu…
Smalec:Dokładnie! Samo spotkanie się z muzyka, której nie znasz jest ciekawym eksperymentem. Tak, ale oczywiście możemy ich podglądać, naśladować i próbować. Punk rock czy Heavy Metal powstały z Bluesa. Tam są ich podwaliny. Ta nasza muzyka ma inny wymiar. Jako ZZ tez gramy reggae i to nie jest reggae jak Marley a… Reggae jak Zielone Żabki ( śmiech)
Sławek: Skąd bierzesz pomysły na swoje przemyślenia? Proste a zarazem mówiące wszystko
Smalec:Tematy biorę z życia, od ludzi. Rozmawiam z nimi. Punk rock nauczył mnie krytycznego myślenia i podejścia do rzeczywistości. Krytycyzm przechodzi czasami w jakiś nihilizm a punk rock nauczył mnie patrzeć z dystansem. Mieć swój światopogląd, tworzyć kontrkulturę. Ja utożsamiam się z punk rockiem. To mnie inspiruje, punk rockowe teksty, punk rockowa kultura itd.
Smalec w spojrzeniach Polskiego Wzroku
Sławek:Chciałbym wrócić do wolnej Polski. Czy jest wolna?
Smalec:Polska się zmienia. Jest o tyle wolna, ze ludzie zaczynają mówić o zmianie systemu i zaczynają się angażować i bardziej decydować o swoim losie Sławek:Jest szansa, ze ktoś zaczyna słuchać społeczeństwa czy politycy nadal maja racje?
Smalec:Myślę, ze jeszcze nie rozumieją społeczeństwa. Inteligencja już powstaje, już się budzi. I w tym jest rola nas, zespołów żeby to się działo. Musimy zmieniać świadomość ludzi, żeby głosowali inaczej bądź nie brali udziału w wyborach. Może wytworzy się inny alternatywny system bardziej uczestniczącej demokracji. Ja jestem optymista w tej kwestii, bo gdybym nie był to bym nie robił tego, co robię.
W poniedziałek 22-go. czerwca 2015 grupa VINTAGE świętuje swoje 10. urodziny na scenie Hard Rock Pubu Pamela. Z tej okazji, pierwszy raz w historii zespołu, z Vintage wystąpi gościnnie świetny gitarzysta - Krzysztof Toczko, znany powszechnie jako pARTyzant. Występ jubilata poprzedzą sety koncertowe zespołów Neutral Noise oraz CT. Koncert, który rozpocznie się o godzinie 19.00 poprowadzi Piotr Lenkiewicz (Muzyczny Kram). Przed koncertem od godziny 16.30 Krzysztof Wałecki razem z pARTyzantem poprowadzą warsztaty gitarowe, których gościem będzie ceniony reżyser wideoklipów - Yach Paszkiewicz. Wstęp na wszystkie wydarzenia jest wolny.
ŚWIĘTO MUZYKI w HARD ROCK PUBIE PAMELA - NIEDZIELA 21.06.2015. Otwarta scena dla każdego projektu muzycznego chcącego się zaprezentować. Aby wystąpić wystarczy zgłosić taką chęć korzystając z kontaktu przez profil facebookowy Hrp Pamela. W celu ustalenia warunków
technicznych prosimy o nawiązanie kontaktu do godziny 24 w czwartek 18.06.2015.