Uśmiech Johna Mayalla jest dziś taki sam jak przed laty
Urodził się 29 listopada 1933 roku w
Macclesfield w hrabstwie Cheshire, które swoją popularność w dużej
mierze zawdzięcza tajemniczemu kotu z "Alicji w Krainie Czarów". Jego
ojciec był znanym
kolekcjonerem płyt jazzowych. Późniejszy wychowawca gitarowych legend od
wczesnej młodości nasiąkał dźwiękami takich mistrzów jak Howlin' Wolf
czy Albert Ammons. Pierwszą elektryczną gitarę John Mayall nabył tuż po
powrocie z dwuletniej służby wojskowej w Korei. Po przeprowadzce do
Manchesteru uczęszczał do szkoły plastycznej, ale jednocześnie bardzo
szybko odnalazł się w lokalnych zespołach jako gitarzysta. Mimo, że
został
dyplomowanym projektantem, większość wolnego czasu spędzał z gitarą, a
jego nieprzeciętnym talentem zainteresował się sam Alexis Korner
nazywany ojcem brytyjskiego bluesa. To właśnie za jego namową w roku
1963 Mayall przeniósł się do Londynu, gdzie prawie natychmiast powołał
do życia The Bluesbreakers - zespół, który stał się prawdziwą wylęgarnią
utalentowanych muzyków, którzy z czasem przerośli popularnością swojego
mistrza.
Jeden z utworów z pierwszego krążka Mayalla
The Yardbirds z Ericem Claptonem
W
marcu 1965 roku grupa The Yardbirds
doprowadziła piosenkę "For Your Love" na szczyty brytyjskich list
przebojów i mimo, że dwudziestoletni wówczas Eric Clapron oficjalnie
już nie był w składzie zespołu, to właśnie jego gitarę możemy podziwiać,
gdy słuchając tego przeboju ogarnia nas taneczne szaleństwo.
Dlaczego Clapton zostawił zespół w momencie sukcesu?
Zakochany w bluesie młody muzyk nie był w stanie pogodzić się z
dryfowaniem The Yardbirds w stronę muzyki popularnej, na co bez
większych oporów
dali namówić się jego koledzy. Clapton ponadto wyczuwał, że znany z
pisania piosenek na zamówienie
Graham Gouldman - autor "For Your Love" będzie usiłował iść za
ciosem, co dość szybko przełoży się na utratę artystycznej tożsamości
zespołu. W marcu 1965 roku "For Your Love" stała się szlagierem, a już w
kwietniu Eric Clapton dołączył do szukającej własnej ścieżki formacji
Johna Mayalla.
Jego znakomita gra u boku zafascynowanego bluesem lidera na albumie Blues Breakers with Eric Clapton nie tylko ustaliła pozycję Claptona w bluesowym światku Londynu, ale spowodowała wśród licznych wielbicieli jego
talentu coś w rodzaju amoku. Namalowany na ścianie stacji
metra w londyńskim Islington napis "Clapton is God" rozprzestrzeniał się
po całym Zjednoczonym Królestwie z prędkością światła, aż w końcu sława wielkiego
Erica dotarła za ocean.
John
Mayall i Eric Clapton
John
Mayall & the Bluesbreakers rozpoczął od grania w londyńskim klubie
Marquee. W roku 1964 formacja supportowała nawet gig samego Johna Lee
Hookera podczas jego
brytyjskiej trasy. Rok później Mayall nagrał swój pierwszy album John Mayall Plays John Mayall.
o którym 19-go października podczas koncertu w St. Albans zażartował ze
sceny, że już sam tytuł tej płyty musiał być dość podejrzany.
To
właśnie w tym samym czasie do zespołu dołączył poszukujący swojej drogi
dwudziestoletni Eric Clapton. Owocem współpracy obu muzyków była
utrzymana w tradycji chicagowskiego bluesa najsłynniejsza płyta Johna
Mayalla Blues Breakers with Eric Clapton,
uznana po latach za jeden z najważniejszych krążków w historii
światowego rocka. Po premierze tej płyty na ścianie stacji Islington
pojawiło się właśnie owo kultowe graffiti "Clapton jest
Bogiem". Po ogromnym sukcesie tego wydawnictwa Eric Clapton postanowił
jednak opuścić zespół Mayalla i dołączyć do grupy Cream, którą
współtworzył później wraz z "Gingerem" Bakeremze oraz ze zmarłym przed kilku dniami Jackiem Bruce'm.
Peter Green
Po odejściu Claptona u boku Johna Mayalla pojawił się niejaki Peter
Green, którego gitarę słychać już na wydanym w roku 1967 albumie A Hard Road.
Płyta okazała się kolejnym wielkim sukcesem bandu Mayalla, ale nowy
gitarzysta podobnie jak jego wielki poprzednik tuż po premierze albumu
także postanowił odejść i założyć zespół Peter Green's
Fleetwood Mac zabierając Mayallowi jeszcze przy okazji dwóch innych
Bluesbreakers'ów - basistę Johna McVie i perkusistę Micka Fleetwooda. Na
miejsce Greena Mayallowi trafił się znów niezwykły talent. Mick
Taylor miał wówczas dopiero 18 lat i mimo tak młodego wieku jego gitara z
powodzeniem zadebiutowała na wydanym w 1967 roku albumie Crusade. Rok później ukazał się ostatni album pod szyldem John
Mayall and the Bluesbreakers, który nosił tytuł Bare Wires. W
roku 1969 wychowany w położonym niedaleko bliskiego memu sercu St.
Albans niewielkim miasteczku Hatfield Mick Taylor postanowił dołączyć do
słynnej formacji The Rolling Stones zastępując w niej bardzo już
wówczas wyczerpanego rockandrollowym życiem Briana Jonesa.
John
Mayall (drugi od lewej) i 18-letni Mick Taylor (trzeci z lewej)
Zniechęcony
nieustannymi zmianami składu i szybkim usamodzielnianiem się swoich
wychowanków Mayall postanowił przenieść się do Kalifornii, gdzie dzięki
eksperymentom polegającym na łączeniu bluesa, jazzu, funku i rock and
rolla udało mu się stworzyć zupełnie nowy rodzaj muzyki i dołączyć do
panteonu największych legend rocka. Jest takie powiedzenie, że w
przyrodzie nic nie ginie. Mówi się także, że czym skorupka za młodu
nasiąknie... W
1982 roku los ponownie zetknął Mayalla z jego wychowankami. Wraz z
Mickiem Taylorem i Johnem McVie Mayall tryumfalnie objechał świat, co
napełniło go takim powerem i entuzjazmem, że dwa lata później
reaktywował The
Bluesbreakers. Wytrwał przy tej nazwie aż do roku do 2008. Gdy wydawało
się, że dla jego bandu nastały wreszcie czasy upragnionej stabilizacji,
nieoczekiwanie sam lider uznał, że dusi się w artystycznych ramach,
które stworzył i po raz kolejny postanowił zakończyć działalność owianej
legendą i licznymi sukcesami grupy oddając się karierze solowej, która
szczęśliwie trwa do dziś.
John Mayall w St. Albans Arena (fot. Sławek Orwat)
Kariera solowa nie oznacza
jednak dla Johna Mayalla skupiania uwagi jedynie na sobie samym.
Potwierdził to koncert, jaki miałem okazję zobaczyć 19-go października w
St. Albans będący częścią światowej trasy odbywającej się z okazji
80-tych urodzin tego artysty. Koncert był dla mnie tym bardziej
wyjątkowy, że odbywał się w miejscowości, w której od kilku lat mieszkam
i w której w każdy poniedziałek zasiadam za "sitkiem" Radia Verulam,
żeby nadać kolejną audycję Polisz Czart. Aby ujrzeć światową legendę nie
musiałem więc tym razem udawać się - jak miało to niedawno miejsce w
przypadku Deep Purple czy Uriah Heep - do stolicy Królestwa. Tym razem
to Góra przyszła do Mahometa. Nie tylko sam fakt, że oto za chwilę
zobaczę na żywo człowieka, którego kompozycje niczym gąbka chłonąłem we
wczesnym dzieciństwie, spowodował u mnie trudną do opisania ekscytację. Dla Polaka przyzwyczajonego do przesiadywania naszych rodzimych gwiazd
po garderobach lub w najlepszym przypadku ich kręcenia się po back
stage'u, obraz blisko 81-letniej legendy światowego rocka stojącej przy
niewielkim, skromnym stoliku i sprzedającej swój najnowszy album
wywołał u mnie krótkotrwały stan hipnozy.
Album z podpisem Mistrza
Podchodząc do Johna Mayalla w
towarzystwie mojego redakcyjnego kolegi z Nowego Czasu Włodka Fenrycha,
za którego namową w tym miejscu się znalazłem, nieśmiało wydobyłem z
siebie pierwsze słowa: "Dobry wieczór. Jestem polskim prezenterem Radia
Verulam z St. Albans. Czy zgodziłby się pan na krótką rozmowę po
koncercie? Nieco zdziwiony ale niezwykle miły artysta odparł: "Myślę, że
nie będzie z tym problemu". Mimo, iż kilka pytań przygotowałem sobie
już wcześniej, to - szczerze przyznam - nie tylko nie liczyłem na to, że
bez jakichkolwiek uzgodnień z organizatorem koncertu uda mi się taką
rozmowę przeprowadzić, ale już ewentualność, że uda mi się ją uzgodnić
bezpośrednio z samym Johnem Mayallem kupując z jego rąk najnowszy album z
autografem nie mieściła się w mojej głowie w najbardziej fantastycznych
wizjach. Oszołomiony sytuacją z podpisaną płytą w dłoni udałem się wraz
z Włodkiem na balkon St. Albans Arena, aby ochłonąć i poddać się
kojącemu działaniu starego, dobrego bluesa.
W barwach Dżemu - polskich muzycznych "dzieci"
Johna Mayalla (fot. Włodek Fenrych)
Dowodem na
to, że kariera solowa nie oznacza dla Johna Mayalla skupiania uwagi
tylko na sobie był - jak już wspomniałem - sam koncert. Gitarzysta Rocky
Athas, perkusista Jay Davenport oraz posiadający polskie korzenie
rewelacyjny basista Greg Rzab to znakomici muzycy z Chicago, którzy
towarzyszą Mayallowi nie tylko podczas jego światowego tournée. Słuchać ich możemy również na jego ubiegłorocznym albumie Special Life.
Ich znakomite solówki oraz szczera radość Johna Mayalla ze wspólnych
improwizacji i spontanicznych instrumentalnych dialogów, jakimi byliśmy
obdarowywani ze sceny niemal nieustannie, stanowiły istotę tego
znakomitego widowiska, które mimo iż działo się tu i teraz, przeniosło
moje myśli do czasów, kiedy to jako nastolatek regularnie zasiadałem
przy radioodbiorniku, aby wysłuchać zapierających dech w piersiach
audycji Jana Chojnackiego "Bielszy Odzień Bluesa". Każdy pogram
rozpoczynało intro "Help Me/Checkin' Up On My Baby" z repertuaru fińskiej grupy Wigwam będące jedną z wielu wersji standardu Sonny Boy Williamsona II, w której wykorzystany został riff pochodzący z kompozycji "Green Onions"grupy Booker T & the M G 's z roku roku 1962.
Koncert Johna Mayalla w St. Albans Arena
John Mayall & the Bluesbreakers zarejestrowali swoją wersję tego utworu w roku 1968 na albumie The Diary of a Band - Volume Two. 19-go
października po 46 latach od wydania tamtego krążka blisko 81-letni
Mayall wraz ze swoimi chicagowskimi kolegami brawurowym wykonaniem tego
standardu przywrócił mi nie tylko najpiękniejsze wspomnienia czasów
młodości, lecz przede wszystkim wiarę w to, że wartościowa muzyka
potrafi przetrwać w pamięci ludzkiej nawet pół wieku i wciąż tak samo
fascynować. I tylko niewielki cień smutku przesunął mi się w tym
momencie przed oczami, a dręczące mnie pytanie "co za 50 lat zostanie w
pamięci współczesnych nastolatków?" - aby nie psuć sobie dobrego
nastroju - odłożyłem na potem.
Koncert Johna Mayalla w St. Albans Arena
Koncertowy
miks największych przebojów Johna Mayalla z kompozycjami z jego
najnowszego wydawnictwa pokazał, że mimo upływu czasu, szaleńczego tempa
życia czy zmieniających się muzycznych trendów, blues ciągle jest
muzyką żywą, atrakcyjną, ponadczasową i taką, która skutecznie potrafi
oprzeć się chorej konieczności finansowego sukcesu w dziedzinie sztuki.
John Mayall zachwycił zebranych w St. Albans widzów niespotykaną u
artystów tej generacji energią, a szybkość z jaką zmieniał organy na
gitarę lub wokal na harmonijkę pozostawiając przy tym miejsce na
indywidualne popisy swoich znakomitych muzyków świadczyła tylko o jego
artystycznej klasie i zasłużonym statusie legendy. Właśnie pochodzący z
debiutanckiego albumu John Mayall Plays John Mayall trwający
oryginalnie nieco ponad 4 minuty "Chicago Line" został na potrzeby
koncertu zaaranżowany w taki sposób, aby widzowie mogli doskonale
zapamiętać każdego z muzyków tego widowiska. Popisom i solówkom nie było
końca, a czas trwania tej kompozycji tego dnia wyniósł kilkanaście
minut.
Rozmowa z Johnem Mayallem to jeden z
najkrótszych wywiadów, jakie zostały nagrane na mój dyktafon. Tym razem
jednak nie długość tekstu a emocje, jakie towarzyszyły mi podczas tej
rozmowy są najważniejszą składową atmosfery, którą chciałbym za pomocą
tych kilkunastu zdań oddać.
Dla takich chwil się żyje (fot. Włodek Fenrych)
- Tak jak Cheshire
Cat, pojawiasz się i znikasz z elegancją. Kiedy znów będziemy
mogli usłyszeć Cię w St. Albans? I jak podobało Ci się granie
tutaj?
- Dzisiejszy koncert
był świetny. Nagłośnienie w sali było dobre i mieliśmy świetną
zabawę.
- Jak często
grywasz w St. Albans? Przyjeżdżasz co roku?
- Nie, nie zupełnie.
Od promotorów zależy organizacja tych wydarzeń. Teraz mamy trasę
po Wielkiej Brytanii i ktoś w St. Albans zechciał byśmy tu
zagrali.
- Twój tato,
Murray Mayall, był wielkim sympatykiem jazzu. Czy to jemu
zawdzięczasz swoją fascynację amerykańskim bluesem?
- Nie, on w ogóle nie
interesował się bluesem. Dla niego istniał głównie jazz. Sam
znalazłem swoją drogę do bluesa.
- Współpracowało
z Tobą wielu znanych muzyków, między innymi Eric Clapton, Jack
Bruce, Peter Green, John McVie, Mick Fleetwood. To oni znaleźli
Ciebie, czy Ty ich?
- To lider zespołu
zawsze znajduje ludzi, z którymi chce pracować.
- Jesteś Brytyjczykiem urodzonym tutaj. Dlaczego wybrałeś życie w Laurel
Canyon w Stanach?
- W Los Angeles jest
piękny klimat.
John Mayall i perkusista Jay Davenportw St. Albans Arena (fot. S. Orwat)
- Czy będziesz
próbował zrobić podobną trasę na swoje 90-te urodziny?
- Jako muzycy
niezupełnie możemy sami decydować o tym jak długo chcemy jeździć
w trasy. Z tym trzeba będzie poczekać i zobaczyć.
- Grałeś
kiedyś w Polsce?
- Byliśmy tam wiele
razy.
- Pamiętasz ile?
- Nie pamiętam
dokładnie, ale sporo.
- Co sądzisz o
Polsce i Polakach jako publiczności?
- To świetna
publiczność, zawsze taka była. Pierwszy raz graliśmy tam w 1980
lub 1981.
- Jesteś dumny
z Erica Clapton, Petera Greena, bardzo sławnych
obecnie gitarzystów?
- Tak, pewnie.
Dowiedli swojej wartości, a to mówi samo za siebie.
Na
tym kończy się zapis mojej rozmowy z Johnem Mayallem, ale nie sposób
pisząc wspomnienie z tego wydarzenia nie napisać choćby w kilku zdaniach
o jego najnowszym albumie. Jaka jest najnowsza solowa płyta
legendy blues-rocka? Ostro zagrany i z pazurem zaśpiewany "Speak Of The
Devil" ze znakomitą solówką na gitarze przywołuje najlepsze dokonania z
czasów John Mayall & the Bluesbreakers. "Floodin' In California"
rozczulił mnie do szpiku kości. Dokładnie przy takich bluesowych
kołysankach przeżywałem pierwsze uczuciowe uniesienia na prywatkach
drugiej połowy lat 70'. Harmonijka w "Big Town Playboy" rozbujała nie
tylko mnie, ale i cały mój pokój, którego ściany nieustannie migały mi
przed oczami i uparcie nie chciały się zatrzymać.
John Mayall podpisuje swój album St. Albans Arena
(fot. Sławek Orwat)
Leniwy "I Just Got To
Know" okazał się być najlepszym remedium, aby moje ściany w końcu
wróciły na swoje miejsce, a cudowny "Heartache" klimatem przywołał mój
ukochany album Petera Greena In the Skies z 1979 roku.
Perłę schował John Mayall prawie na sam koniec. "Like A Fool" to
mistrzostwo samo w sobie i jest to bezsprzecznie jeden z najlepszych
kawałków, jakie w swoim ponad osiemdziesięcioletnim życiu nagrał John
Mayall. Nie zamierzam skupiać się nad jakimkolwiek z detali tego utworu,
bo jako całość jest po prostu arcydziełem. Kończąca krążek kompozycja
"Just A Memory" jest przepiękną nostalgią, którą Johna Mayall zostawił
nam na sam koniec po to, abyśmy tęsknili za jego nowymi nagraniami i
kolejnym spotkaniem twarzą w twarz. Uwielbienie, jakie zawsze do niego w
sercu nosiłem od 19-go października będzie już miało uśmiech i ciepłe
spojrzenie człowieka, który zamiast zamykać się w niedostępnych pokojach
dla VIP-ów i otaczać uzbrojoną po zęby gwardią ochroniarzy, woli
podawać rękę każdemu, kto kocha jego muzykę i patrzeć prosto w oczy
swoim wielbicielom. Szacunek, jakim zawsze darzyłem jego i muzyków,
których wypuścił spod swoich skrzydeł w wielki świat show biznesu już
zawsze będzie mi się kojarzył z moim drżeniem rąk, nad którym w St.
Albans Arena w żaden sposób nie potrafiłem zapanować trzymając w nich
niczym świętą relikwię dopiero co podpisany album i kartkę z pytaniami.
Na
koniec postanowiłem zrobić prezent anglojęzycznym czytelnikom Nowego
Czasu i podarować im oryginalną wersję językową mojej rozmowy z Johnem
Mayallem i przy tej okazji podziękować mojemu przyjacielowi Mirkowi
Chwedziakowi (mieszkającemu w Londynie wokaliście i gitarzyście) za
pomoc w przełożeniu oryginalnego zapisu na język polski.
John Mayall, the legend of the blues
rock, the original founder of The Bluesbreakers, who is in the UK as
part of his 80th birthday celebration tour. I am speaking to John
here in St. Albans.
Włodek Fenrych i John Mayall
(fot. Sławek Orwat)
- Just like the Cheshire Cat, you
disappear and appear with elegance. When are you going to perform in
St. Albans next time? And did you like doing your show here?
- The show tonight was great. The sound
was good in the room and we really had a ball.
- How often do you play in St. Albans?
Do you come every year?
- No, not really. It's up to the
promoters to book a gig. We are having the British Tour now and
somebody in St. Albans figured they should make a booking.
- Your dad, Murray Mayall, was a big
fan of jazz. Do you owe him your fascination with American Blues?
- Not really. He wasn't into the blues at
all, it was mainly jazz for him. I've found my own way with the
blues.
- A lot of famous guitarists, Eric
Clapton, Jack Bruce, Peter Green, John McVie, Mick Fleetwood to name
some that you've worked with. Did you find them or did they find you?
- The band leader always finds the people
he wants to work with.
- As a Brit born in here, why did you
choose to live the Lauren Canyon in the USA?
- The climate is beautiful there in Los
Angeles.
- Will you try and make a similar tour
for your 90th birthday?
- As musicians, we don't exactly choose
how long we will be touring for. We'll just have to wait and see.
- Have you ever played in Poland?
- We've been there many times.
- Do you remember how many?
- I don't really remember. Loads!
- What do you think about Poland as a
nation and as an audience?
- They're great
audiences, they always have been. I think the first time we went
there was 1980 or 1981.
- Are you proud of Eric Clapton, Peter
Green, these now famous guitarists?
- Yes, sure, they've proved themselves,
and that says it all.
- Bishops Stortford - niewielkie miasteczko targowe malowniczo położone nad
rzeka Stort w Hertfordshire! Panowie z ogromną satysfakcją mam radość ogłosić,
że jesteście pierwszymi artystami z mojego uroczego Hertfordshire, którzy
wygrali TOP20 Polisz Czart. Przyjmijcie gratulacje od radiowca z St. Albans.
Jesteście realnym dowodem na to, że wcale nie trzeba mieszkać w Londynie, aby
stworzyć liczący się rockowy band. W czym tkwi wasza tajemnica?
Łukasz: Jesteśmy pełni tajemnic i to chyba nasza
największa tajemnica (śmiech). Nadajemy na tych samych falach i mamy potężną,
niczym nieskrepowaną wyobraźnię muzyczną.
- Spotkaliście się po raz
pierwszy po to, aby nagrać akustyczną wersje utworu ''Prison'' zespołu Error
24, w którym grają Maciek i Jonathan. Szybko jednak polubiliście wspólne
jamowanie z realizującym to nagranie i zarazem perkusistą Łukaszem. Czy spadło
to na was jak grom z nieba, czy decyzja o powstaniu THC dojrzewała powoli?
Łukasz Makowiecki
Maciek:Po pierwszych rozmowach okazało się, że
jest między nami to coś. Na pierwszym jamie ja zwariowałem. Swoboda z jaką
graliśmy zaskoczyła mnie kompletnie. To był dla mnie sygnał, że może być z tego
niezła zabawa (śmiech).
Jonathan: Moja decyzja, aby grać z Maćkiem i
Łukaszem była instynktowna. Zrobiliśmy próbną sesję, która poszła tak
znakomicie, że decyzja o szukaniu dalszej współpracy była nieunikniona.
Maciek Gazda
Łukasz:Mnie spodobało się głównie to, że Maciek i
Jon mają głowy pełne pomysłów. To był impuls do tego, żeby się spotkać i
przekonać, czy równie produktywnie i dobrze będziemy spędzać czas ze sobą
zamknięci w małym pomieszczeniu.
- "Syria" Erroru
24 skończyła na 4, "Saport" na 2 miejscu, a "Amnesia" THC
wspięła się już na sam szczyt listy przebojów Polisz Czart. Wyczuwam, że bardzo
poważnie podchodzicie do promocji waszej muzyki? Macie już jakieś konkretne
plany w dotarciu do coraz szerszej publiczności polskiej i brytyjskiej?
Jonathan: Jeśli będziemy dalej integrować naszą
kreatywność, wkładając odpowiednią ilość pracy gdy tylko nadarzy się okazja to
wierzę, że możemy dotrzeć do publiczności, która to doceni.
Łukasz:Obecnie kończymy
prace nad materiałem na EP, na której powinno być nie więcej niż 5- 6 utworów.
Myślę, że jeśli zagramy kilkanaście koncertów prezentując ten materiał, to
wszystko nabierze "mocy" i będziemy mogli nagrać wtedy prawdziwą
płytę LP.
- Skrót THC kojarzony jest z tetrahydrokannabinolem - substancją psychoaktywną
znajdującą się w konopiach. Czy nazwa waszego bandu nawiązuje w jakimś stopniu
do tego skojarzenia, czy po prostu oznacza Przezroczyste Istoty Ludzkie?
Podobne dywagacje dotyczyły niegdyś uroczego kawałka Beatlesów "Lucy in
the Sky with Diamonds".
Jonathan: A co to są konopie?
Łukasz:TRANSPARENT HUMAN CREATURES -
Przeźroczyste Ludzkie Stworzenia. To chyba daje do myślenia. Znalezienie nazwy
nie było łatwe. Nie chcieliśmy zostać od razu powiązani z jakimś przestępczym
procederem. Faktycznie THC to tylko skrót. Ale może trzeba się nazwie przyjrzeć
pod mikroskopem (śmiech).
- Transparent Human Creatures powstał w czerwcu 2014. Wystarczyło wam tylko 5
miesięcy, aby zdobyć naszą listę przebojów. Czujecie, że pomimo ogromnego
doświadczenia muzycznego, założyliście wasz najważniejszy band w życiu?
Maciek: Czy najważniejszy? Czas pokaże. Bardzo
dobrze nam się razem pracuje, a to chyba dobry znak. Myślę, że granie w kapeli
to coś więcej niż tylko granie muzyki. Chociaż każdy z nas ma swoje życie
prywatne, spotykamy się nie tylko na próbach. Dobrze się czujemy razem, co
przekłada się na emocjonalność naszej muzyki.
Jonathan:Nie powiedziałbym, że mam ogromne
doświadczenie, ale THC zdecydowanie posiada perspektywy dobrze rokujące na
przyszłość.
Łukasz:Biorąc pod uwagę doświadczenie i czas jaki
mam za sobą, to mógłbym porównać to do jazdy na rowerze. Dokładnie wiemy jak to
robić, bo już kiedyś naprawdę szybko jeździliśmy. Ale… zakładając ten band
odniosłem wrażenie, że trzeba będzie od nowa uczyć się chodzić. Myślę, że to
niesamowite, odkrywane na nowo przeżycie. Jednocześnie bagaż doświadczenia jaki
się ze sobą ma pozwala na bardzo szybką podróż od miejsca, w którym traktujesz
to jako odskocznie od codzienności, do najważniejszego projektu na którym
skupiasz całą swoją energię.
- Jonathan wziął do ręki
gitarę w wieku 9, a Maciek 12 lat. Komu zawdzięczacie tak szybki start w
muzyczne życie? Jak rodzi się świadomość grania rocka w tak młodym wieku?
Maciek:Podglądałem starszych kolegów grających
bluesa na ławkach popijających słynne wino “LaPatik” i wracałem do domu
próbować zagrać cokolwiek, z tego co usłyszałem. Trochę pomógł mi tata, który
znakomicie grał muzykę country, lecz niestety nie jest dobrym nauczycielem
jeśli o gitarę chodzi. Z kolei tata mojego ówczesnego kolegi raczył nas Led
Zeppelin i Pink Floyd. Pamiętam do dziś kręcącą się płytę “dwójkę” Zeppelinów
czy Dark Side Of The Moon Floydow.
Jonathan:Moje najwcześniejsze wspomnienia związane
są z moim tatą grającym na gitarze klasycznej lecz mój pociąg do rocka to już
konsekwencja doświadczeń okresu dorastania.
- Zaczynałeś od gry na
gitarze klasycznej. Bas pojawił się u ciebie nieco później. Na ilu
instrumentach potrafisz grać i dlaczego właśnie bas jest ci najbliższy? Kto
jest twoim ideałem basisty?
Jonathan:Moje przerzucenie się na gitarę basową
wynikło z konieczności, ponieważ znacznie łatwiej jest znaleźć gitarzystów.
Doceniam również subtelny geniusz prostej, na pierwszy rzut oka, dobrze
zintegrowanej linii basu. Wciąż grywam na gitarze klasycznej i trochę na
klawiszach kiedy komponuję. Dążę do tego, aby grać na basie z techniczną
ekspertyzą Johna Myung’a.
- Czy od zawsze zdawałeś
sobie sprawę ze swoich zdolności wokalnych, czy THC jest pierwszym zespołem,
gdzie uwierzyłeś w siebie w pełni jako wokalista?
Jonathan: Zawsze wiedziałem, że lubię śpiewać,
nawet w podstawówce, chociaż nigdy się do tego nie przyznawałem. Nie mogę jednak
powiedzieć, że kiedykolwiek wierzyłem, że mógłbym być frontmanem.
- Niedawno pewien Anglik
zażartował do mnie podczas imprezy, że wielkość brytyjskiego rocka, to w dużym
stopniu zasługa waszej deszczowej pogody. Zgodzisz się z tym, że spowodowany
pogodą brak motywacji do wychodzenia z domu mógł być przyczyną mozolnych
ćwiczeń, które doprowadziły na szczyty tak genialnych muzyków jak Eric Clapton,
Peter Green, John Mayall, Mick Taylor, Jon Lord, Jack Bruce, Brian May, Roger
Glover, Robert Plant i wielu, wielu innych? W czym tak naprawdę tkwi rockowy
fenomen Brytyjczyków?
Jonathan:Regularnie rozmawiamy z Maćkiem na temat
różnic pomiędzy naszymi kulturami. Mam wrażenie, że Anglików charakteryzuje
pewna rezerwa, ale używamy naszej ekspresji muzycznej, aby pokonać pewne
ograniczenia związane z naszym charakterem. To mój pogląd. Nie wiem czy pogoda
ma na to jakiś wpływ.
- Co was "wywiało"
do UK?
Maciek:Lepsza przyszłość dla moich dzieci,
przygoda i potrzeba “oddychania”. Powodów było wiele, lecz większość z nich nie
ma teraz żadnego znaczenia. Jestem w UK trzy lata i dobrze się tu czuję.
Łukasz:Mnie zawsze ciężko było ustać w miejscu.
Potrzeba zmian, wyzwanie, nowe możliwości, doświadczenia i nauka... Jeśli
wszystko pójdzie po mojej myśli, to w 2015 zostanę absolwentem The Institute of
Contemporary Music w Cambridge.
- Trzymam więc kciuki. Przyszedłeś na świat w momencie gdy wybuchł rockowy boom
lat 80'. Gdy rodził się grunge miałeś około 10 lat. Swoją przygodę z muzyką
rozpocząłeś w roku 2000. Na jakich wzorcach rodziła się Twoja muzyczna
tożsamość i dlaczego usiadłeś za gary?
Łukasz:Gdy miałem 15 lat chyba zupełnie
przypadkowo znalazłem się w sali prób jednego z kilku zespołów rockowych z
osiedlowego Centrum Kultury. Wrażenie jakie na mnie zrobili było tak duże, że
zapisałem się tego samego dnia na zajęcia. Spędzałem tam całe dnie słuchając
muzyki i próbując grać na bębnach do nagrań puszczanych na wielkim zestawie
HI-FI Unitry. Wtedy najbardziej inspirowali mnie bębniarze moich ulubionych
wykonawców: Zbyszek Kraszewski, Lars Urlich, David Silveria… głównie rock.
Jonathan Eynon
- Twój dawny zespół Quqa całkiem nieźle sobie poczyna na naszej liście
przebojów. Przedostatnie notowanie zakończył na 44 pozycji, ostatnie już na 29.
Grałeś także w grupie Carrion, która uplasowała się na miejscu 16. Czy obecny
sukces THC w dużej mierze zawdzięczasz doświadczeniu, jakie wyniosłeś z tamtych
kapel? W jakich jeszcze projektach brałeś udział i kto ci najbardziej pomógł
uwierzyć w siebie?
Łukasz: Myślę że aby muzyk mógł się rozwijać, nie
może ograniczać się do jednego gatunku muzycznego czy zespołu. Najważniejsze
jest to, by poszerzać swoje horyzonty i stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej. I
to właśnie granie różnych stylów muzycznych z różnymi muzykami - przede
wszystkim lepszymi od siebie - rozwija najbardziej. Myślę, że to co teraz mogę
dać od siebie w THC to suma wszystkich doświadczeń z poprzednich zespołów.
Jeśli komukolwiek mógłbym dziś podziękować to jest to Darek Piwowarczyk,
niesamowity muzyk, perkusista - człowiek z niesamowitym talentem, który pomógł
mi uwierzyć w moje możliwości.
- Jak posiadłeś niełatwe
umiejętności realizatora dźwięku?
Łukasz: W naturalny sposób. Oprócz grania na
bębnach z biegiem czasu zaciekawiła mnie materia tworzenia, komponowania i
nagrywania. Gdy pierwszy raz nagrywałem bębny z Carrion w profesjonalnym studio
(ówczesne K&K) miałem okazję obserwować na czym polega praca realizatora,
producenta Marcina Limka. Spodobało mi się to na tyle, że postanowiłem zdobywać
wiedzę i przede wszystkim praktykować. Współpracując z lokalnymi zespołami i
nagrywając ich pierwsze dema, nabierałem pierwszych doświadczeń. Potem przyszła
praca na scenie i przy koncertach m.in. Carrion, Closterkeller.
- Maćku, doskonale pamiętam
moment, gdy się pojawiłeś w mojej świadomości. Rozpytywałeś wtedy na temat
muzyków, którzy szukają zespołu i można śmiało powiedzieć, że zaczynałeś od
zera. Wkrótce stworzyłeś aż dwa znakomite zespoły, które zawsze pojawiały się w
ścisłej czołówce naszej listy przebojów. Gdzie zdobyłeś tak solidne podstawy
muzyczne? Słychać, że czerpiesz z najlepszych wzorców i tworzysz soczyste
rockowe kompozycje z solidną szczyptą psychodelicznej progresji. Skąd u ciebie
taka umiejętność i przede wszystkim skąd taka wyobraźnia? Kto cię inspiruje?
Maciek:Moje inspiracje? Hmm... to dla mnie dosyć
trudne pytanie. Generalnie dzielę muzykę na dobra i do dupy. Gitarzyści to
Jimmy Page, Tom Morrello. Zespoły, które wywróciły moja drogę muzyczną?
Led Zeppelin, Tool, Korn, Primus, nasza rodzima Coma (kocham bezwarunkowo).
3/4 Error 24
- Na plakacie zapowiadającym
koncert w Half Moon, który odbędzie się 13 grudnia widnieją oba wasze zespoły.
Będzie to zapewne znakomita okazja do świętowania zwycięstwa w naszym
zestawieniu. Jak godzicie grę dla dwóch kapel jednocześnie? Jaka jest
przyszłość Error 24 i THC?
Maciek:Małe sprostowanie. Koncert 13 grudnia
zagra tylko Error 24 wraz z naszym przyjacielem Ryanem Thwaitsem. Z Error
chlelibyśmy zrobić sobie przerwę. Zostaliśmy jednak zaproszeni do zagrania na
dosyć dużym festiwalu Stortfest w maju przyszłego roku. Byłoby trochę
nierozsądnie nie skorzystać z okazji zagrania na takiej imprezie. Z chłopakami
z Error mamy dobry kontakt i nie wykluczamy jakichś ruchów. Jednak na ten
moment cala nasza energia i czas idzie w THC.
- Error 24 swoje dwa
pierwsze utwory nagrał w bardzo renomowanym studio - tym samym, w którym
realizowała swoje płyty znakomita brytyjska formacja Archive. Jakie wspomnienia
macie z tej sesji i czy będziecie tam coś jeszcze uwieczniać?
Maciek:To był bardzo fajny czas i ogromna frajda
pracować na takim sprzęcie. Osobiście jestem zawiedziony efektem końcowym.
Nagraliśmy cztery numery i z perspektywy czasu widzę, że nie byliśmy na to
gotowi. Jednak atmosfera była przednia i dużo się nauczyliśmy. Czy planujemy
jeszcze tam coś nagrać? Nigdy nic nie wiadomo. Z dwóch metod pracy nad
materiałem, które poznałem ostatnio, do zarejestrowania materiału wybrałbym
metodę Łukasza haha. Jest bardziej precyzyjna. Chociaż jak mówiłem, mogłoby być
inaczej, gdybyśmy wtedy wiedzieli na 110% co i jak chcemy nagrać.
- 25 kwietnia wspólnie z
Bright Color Vision jako Error 24 zagraliście w Londynie przed Carrionem, 18
maja wzięliście udział w koncercie nieopodal Battersea, 31 lipca Error 24
zagrał w Windsorze, 30 września na "własnym podwórku" u boku Bright
Color Vision i Error 24 w Half Moon Pub w Bishops Stortford zadebiutował THC.
24 października Error zagral w Harlow. W porównaniu z innymi kapelami
koncertujecie sporo. Który z tych występów zapadł najbardziej w waszej pamięci
i jakie są plany koncertowe na najbliższą przyszłość?
Maciek: W mojej pamięci jest taki obrazek, kiedy
graliśmy akustycznie w Battersea. Rafał Wrona - basista Gabinetu Looster
siedział na ziemi koło sceny i śpiewał z nami “Dream”. Najbardziej jednak
pamiętam Half Moon, gdzie Error według naocznych świadków “posprzątał”. Ludzie
jak i my bawiliśmy się zawodowo, ale… Error 24 swój pierwszy koncert zagrał po
roku ciężkiej pracy na próbach. Pozwoliło nam to uniknąć wielu (nie wszystkich)
błędów, które popełniają kapele zaczynające grac koncerty. Myślę ze z THC
zamykamy materiał, który zaczynamy przygotowywać do grania na koncertach. Nasze
próby to niekończące się muzyczne orgazmy (śmiech). Uwielbiamy grać na żywo,
wiec będziemy to robić najczęściej jak tylko to możliwe.
Łukasz:Jak tylko skończymy prace nad EP, to
postaramy się grać jak najczęściej, by promować nasz materiał. Może wspólna
traska z zaprzyjaźnionym projektem BCV? kto wie.
Bright Color Vision
- Zauważyłem, że dobrze
rozumiecie z się Bright Color Vision. Co jest u nich takiego, co was przyciąga?
Maciek:Są genialni na żywo a oprócz tego to
fantastyczni kompani do dyskusji.Wydaje mi się, że to jacy są ludzie jest
bardzo ważne. Myślę, że pasujemy do siebie.
Łukasz:Ich muzyka jest niesamowita. Poza tym to
świetni towarzysze do zabawy!
- Maćku, rozpocząłeś grać w wieku 12 lat. Pierwszy zespół założyłeś w szkole
podstawowej. W wieku 18 lat wraz z zespołem "Bez Nazwy" wystąpiłeś w
eliminacjach do Ogólnopolskiego Młodzieżowego Przeglądu Piosenki w Sandomierzu,
gdzie otrzymaliście wyróżnienie. Opowiedz trochę więcej o swoich początkach.
Jesteś jednym z najlepszych gitarzystów, jakich gram na antenie Polisz Czart.
To się ma od urodzenia, czy można się tego nauczyć?
Maciek:Widać ze się czerwienię? (śmiech) To chyba
lekka przesada, ale dziękuje Sławku. Do swoich umiejętności, mam dosyć
krytyczne podejście. Brakuje mi wiedzy teoretycznej, jestem totalnym samoukiem,
ale nie potrafię robić niczego innego.
- No i po raz kolejny
okazało się, że wielkość idzie w parze ze skromnością (śmiech). Potrafisz też
śpiewać. Bardzo podobał mi się jeden z utworów Error 24 z twoim wokalem. Nie
myślisz o tym, aby zrealizować choć kilka śpiewanych przez ciebie kawałków w
języku polskim?
Maciek:Bardzo chcę nagrać numer “Dream” - Error
24 po polsku. To jest mój tekst i pomimo genialnego wręcz tłumaczenia Moniki S.
Jakubowskiej, po polsku ma on mocniejszy przekaz. Nie myślałem o śpiewaniu.
Chciałbym skupić się na gitarze i pisaniu tekstów.
- Kim jest Kasia Głowacka i
jak trafiła do zespołu. Czy to oznacza, że Jon przestanie być wokalistą THC,
czy będą śpiewali oboje?
Maciek:Kasię poznaliśmy przez nasza przyjaciółkę
Jagodę. Póki co spróbujemy połączyć dwa wokale, Kasi i Jona. Zaczyna brzmieć to
dosyć ciekawie. Jednak nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie Jonathan przestaje
śpiewać. To w ogóle nie wchodzi w rachubę. Jon nie czuje się komfortowo jako
frontman. Dodatkowo w studiu można poszaleć, lecz na żywo grać jego partie
basowe i śpiewać, jest dosyć trudno. Nie chciałbym upraszczać linii basu tylko
po to, żeby można było to pogodzić ze śpiewaniem. Takie działania zubożyłyby
naszą muzykę. Ponieważ live instrumentalnie to trio, więc musimy się wszyscy
sporo napracować, żeby dorównać technicznie do poziomu w studiu. Lecz jak wspominałem,
głos Jonathana to wizytówka THC.
Łukasz:Na początku chyba w ogóle nie
zakładaliśmy, że potrzebny będzie ktoś jeszcze. W trakcie pracy nad materiałem
doszliśmy do wniosku, że byłoby dobrze urozmaicić nasze brzmienie. Tu zamiast
dodatkowej gitary wybór padł na wokal. Obecnie próbujemy połączyć to w całość.
Jaki będzie efekt? Przekonamy się już wkrótce.
- Czy jest coś, co
chwielibyście przy okazji naszej rozmowy przełażąc waszym sympatykom? Czego
jeszcze powinni dowiedzieć się o Transparent Human Creatures?
Maciek: Chcielibyśmy podziękować za to, że
jesteście. Życzymy Wam, abyście słuchając naszej muzyki czuli to, co my czujemy
kiedy ja gramy.
Z zespołem Transparent Human Creatures w składzie: Jonathan Eynon - bas, wokal Maciek Gazda - gitara Łukasz Makowiecki - perkusja
rozmawiał Sławek Orwat
Tłumaczenie wypowiedzi Jona Mirek Chwedziak
Jest urodzonym we Wrocławiu, a mieszkającym w Londynie gitarzystą,
wokalistą, kompozytorem i autorem tekstów. W jego muzyce, siedzi blues z
domieszką country i folk-rock'a. Od jakiegoś czasu Mirek realizuje
swoją kolejną pasję i stał się współpracującym z blogiem Muzyczna Podróż
recenzentem wydawnictw muzycznych. Więcej o Mirku możecie przeczytać tutaj. https://www.youtube.com/watch?v=umLUFJMjHOw https://www.youtube.com/watch?v=JSGIiEvyE_k