niedziela, 5 kwietnia 2015

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 36 - Listy z Nowego Jorku - IV

Herosi (nie tylko) tomaszowskiego Rock’n’Rolla
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 90 tutaj Artykuł z okazji zdobycia nagrody tutaj


Wojtek szymon z żoną Łucją
Wojtek Szymon będąc czynnym rock’n’rollowcem, poprzez uczestniczenie w cyklicznych festiwalach stylu Rock-A-Billy w Memphis, czy stylu Country w Nashville poznawał ludzi, tych z najwyższego świecznika amerykańskiego show businessu; wielu artystów, muzyków, piosenkarzy czy osób z tak zwanej obsługi technicznej (właścicieli studiów nagrań, osobistych krawców czy fryzjerów, dziennikarzy muzycznych, operatorów światła). Znając bardzo dobrze Wojtka z okresu tak zwanego tomaszowskiego, jego stosunek do życia, do rock’n’rolla, kiedy dowiedziałem się, że mieszka w Stanach mogłem przypuszczać, że do bólu wykorzysta w świątyni tej muzycznej formacji, wszelkiego rodzaju koncerty, spotkania, że w jego muzycznych zasobach znajdzie się wszystko czego nie mógł uzyskać, zdobyć, żyjąc w Polsce. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że wejdzie bardzo głęboko w świat amerykańskiego show businessu, że pozna i zaprzyjaźni się z wieloma wspaniałymi ludźmi, o których żyjąc w Polsce na samą myśl o nich, wypowiedziałby termin – UTOPIA. Niech namiastką nieokiełznanego zaangażowania będzie jego poniższy, czwarty, kolejny list adresowany do tomaszowian, do koleżanek i kolegów z tamtych lat, choć przez moją pocztę mailową.

***
Billy Lee Riley w Sopocie 


Dodaj napis
Zadzwonił do mnie Wojtek Mann, że potrzebuje zespół, który mógłby zagrać w Sopocie stary, dobry rock’n’roll z okazji otwarcia w okresie letniej kanikuły 2000 roku, turniej tenisowy PROKOM. Szybka wymiana telefonów z właścicielką Wix Records z Nashville, Tammi Wix, która wcześniej gościła mnie w Memphis na ostatnim festiwalu muzyki Rock-A-Billy. Festiwal ten odbywa się co roku w Memphis, stolicy stanu Tennessee, dzięki temu zaproszeniu poznałem Billa Lee Rileya (1933 – 2008) słynnego rock-a-billistę i kilku innych znanych muzyków z czasów świetności wytwórni SUN RECORDS. Poznałem również podczas tej wizyty Sama Phillipsa dawnego właściciela wytwórni, który wpada od czasu do czasu do starej „budy” na kawę, piwko, czy małego drinka. Mieszcząca się kawiarenka w tym historycznym obiekcie posiada tylko 5/6 stolików. Kiedy siedziałem i konwersowałem w tym lokaliku z Samem, byłem świadkiem jak wpadł tu Jimmy Van Eaton, perkusista Jerry Lee Lewisa, Billy Lee Riley, słynny Sonny Burgess i jedna z girlfriend Elvisa, Barbara Pittman („I Need A Man”), też super gwiazda rock’n’rolla i rock-a-billy i razem dokonali muzycznego „jam session”. 


Billy Lee Riley z żoną Joyce i dwóch Wojciechów: Szymański i Mann
To było wspaniałe, jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego, że ja chłopak z dalekiej Polski, z Tomaszowa, mogłem przeżyć w samym centrum powstania światowego rock’n’rolla, wspaniałe „jam session” muzyków, z najwyższej półki amerykańskiego show buisnessu. Posłuchałem tu kilku ekscentrycznych opowieści o zabawach, prywatkach w domu Elvisa, w Graceland. Wiem również, że Barbara była częstym gościem w domu Elvisa. Czy pamiętasz jak będąc w styczniu 2006 roku w twoim domu zadzwoniła do mnie Łucja, moja żona, z informacją, że przed chwilą nowojorskie media podały, że zmarła Barbara Pittman? Było to 21 stycznia tuż przed wyjściem do Galerii ARKADY, na twoje pierwsze spotkanie z cyklu, Herosi Rock’n’Rolla.  No ale do rzeczy, po krótkiej rozmowie z Billy Lee Rileyem, wyraża on zgodę na podróż do Polski, powiadomił mnie, że zespół, który będzie mu akompaniował to słynna kapela z Anglii, Bobby Fish – Johnny and The Roccos. 


Billy Lee Riley w Sopocie
Billy zabiera z sobą do Polski swoją żonę Joyce, która zawsze z nim podróżuje i razem lecimy do Warszawy z połączeniem do Gdańska. Bobby Fish ze swoimi muzykami dotrze do Sopotu z Niemiec, gdzie właśnie koncertowali. W grupie Fisha są dwaj niemieccy rock-a-billiści, bracia Lenner, którzy występują i nagrywają płyty jako Lennerrockers, jeden z tych braci będzie grał w Sopocie w grupie Bobby Fisha – Johnny and The Roccos, na fortepianie. To była naprawdę super grupa, grająca wspaniały, o autentycznym brzmieniu z przed lat, rock’n’roll i rock-a-billy. Zakwaterowanie mieliśmy w hotelu w Gdańsku. Nazajutrz jedziemy na próby, na sopockie korty, dotarli już muzycy z Niemiec. Wszystko wypadło znakomicie, wielu fanów stało za ogrodzeniem kortów głośno kibicując Billowi i instrumentalnej grupie Fisha. Bobby gra cudownie na swojej gitarze, jest to stary, akustyczny Gibson, którą podarował mu nie kto inny jak sam Scotty Moore, słynny gitarzysta Elvisa Presleya. 


Billy Lee Riley
Podczas próby zdarzyła się zabawna historia, kiedy to lokalni pracownicy zajmujący się ustawieniem nagłośniającego sprzętu tzw „backline”, usiłowali przekonać perkusistę z zespołu, aby wziął bębny z prokomskiego magazynu, które uważali za lepsze, a Fishowi, zobaczywszy stary pokrowiec, zaproponowali również nową gitarę elektryczną, która była na stanie w magazynku. Na co Bobby Fish odpowiedział, - „Te bębny na których gra nasz perkusista wydają identyczny dźwięk jak perkusja zespołu Billa Haleya, The Comets i nie ma potrzeby zmieniać, a co do gitary to cały wasz sprzęt nagłaśniający nie jest wart samych strun z tej gitary. Tu na kortach będzie śpiewał Billy Lee Riley i cały podkład muzyczny musi brzmieć jak w latach 50/60-tych i nie ma mowy o jakiś podkładach typu disco”. Wiadomo już było, że odbędą się dwa koncerty jeden na kortach a na drugi dzień w ogrodzie hotelu Villa Hestia, oba koncerty poprowadził Wojciech Mann. Na kortach odbył się pierwszy koncert, gdzie Billy Lee śpiewał covery z repertuaru Elvisa, Haleya i Cochrana, nastepnie wykonał swoje największe przeboje „Red Hot”, „Flying Soucers Rock and Roll”...


Lenner grał na pianinie zupełnie jak sam Jerry Lee Lewis, publika rzuciła się do tańca, zapanował doskonały nastrój, lepiej być nie mogło. Po chwili dołączają jacyś polscy muzycy, instrumentaliści, których nazwisk nie pamiętam i zrobiło się muzyczne i taneczne małe „jam session”. Trwało to do późna w nocy. Naprawdę było to wspaniałe widowisko. Nazajutrz w ogrodach Villi Hestii był również cudowny koncert, choć już nie tak taneczny jak na sopockich kortach, przybyła tu inna publiczność, bardziej stonowana i poważna. Billy również tu dał z siebie wszystko, było dużo bisów. Po zakończeniu nie ukrywał zadowolenia z odbytych koncertów, ale szczególnie z pobytu w Polsce. Bardzo mu się podobał stary Gdańsk i Sopot, ale tak naprawdę to polskie dziewczyny, - „Wojtek nie przypuszczałem, że w Polsce są tak piękne dziewczyny, wszystkie takie przystojne, szczupłe”. Wieczorem w barze hotelu przy kilku „Żywcach” i drinkach omawialiśmy całość imprezy, planując następne koncerty w Warszawie i może jak się uda naszym Tomaszowie.


Wojtek „Szymon” 

***

Wanda Jackson
Do planowanego przez Wojtka Szymona spotkania koncertu Billa Lee Rileya w Tomaszowie nigdy nie doszło, choć starania, również z mojej strony były duże. Miało to miejsce za panowania prezydenta Mirosława Kuklińskiego. Była to osoba przychylna tego typu występom i za jego kadencji łatwo było do miasta sprowadzić gwiazdy światowego muzycznego show businessu. Były na to nieposkąpione środki pieniężne. Planowany występ Billa Lee Rileya nie był w cenie wygórowanej. Był porównywalny z innymi, zaproszonymi polskimi gwiazdami do udziału w Dniach Tomaszowa. Z panem Grzegorzem Sławińskim, który był w Urzędzie Miasta odpowiedzialnym za artystyczną stronę tych obchodów, robiliśmy przymiarkę by w ramach trzydniowej rozrywki w lokalnym święcie, sprowadzić Rileya do Tomaszowa. Z naszej strony (Urzędu Miasta) przygotowane były finanse i sporządzona wstępna umowy na zawarcie koncertowego kontraktu. Okazało się, kiedy powiadomiłem o tym w Nowym Jorku Szymona, że termin obchodów Dni Tomaszowa koliduje z kalendarzem artystycznym Rileya. Podobna sytuacja miała miejsce w następnym roku. Na czas trwania Dni Tomaszowa, planowałem koncert Wandy Jackson, pierwszej damy rock’n’rolla z przełomu lat 50/60-tych. Wybierałem terminy obchodów Dni Tomaszowa na sprowadzenie gwiazdy z krainy rock’n’rolla tylko dlatego, że był na to przeznaczony odpowiedni fundusz, dzięki któremu najłatwiej można było zrealizować to przedsięwzięcie. Później przyszła nowa ekipa nie czująca przysłowiowego bluesa, odporna na tego typu kulturalną rozrywkę. Do tego doszły nieudane próby ściągnięcia do miasta wymienionych powyżej i innych planowanych gwiazd, co przyczyniło się, że odeszła ode mnie pozytywna energia. Poczułem się tak, jakbym oblany został kubłem zimnej wody.

sobota, 4 kwietnia 2015

Marcin Czarny - Polish Festival In Bedford (Polski Wzrok)

Gdyby lekarze prześwietlili serce Marcina Czarnego, zapewne wykryliby w nim szeroko pojętą rock&roll-ową duszę. Wychowany na Zeppelinach, Niemenie i Deep Purple, których ojciec wtłaczał mu do uszu za pomocą płyt gramofonowych, zespole Hey, Beatlesach, Hendrixie i Doorsach, których odkrył sam przeglądając popularne w tamtych czasach czasopismo młodzieżowe POPCORN, Gawlińskim, Chłopcach z placu broni, Kobranocce i całej zgrai artystów z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, sięgnął po gitarę i po dwóch latach ciężkiej praktyki, od której rodzicom jeżyły się włosy na głowie, założył swój pierwszy amatorski band. Szybko okazało się, że lepiej wychodzi mu darcie japy (czyt. śpiewanie) niż gra na sześciu strunach. Nim zespół znalazł dla siebie nazwę, zdążył się rozpaść. Na szczęście godziny spędzone w sali prób nie poszły na marne i już kilka miesięcy później Marcin znalazł się w garażu GET AWAY. Stara kanapa, porozrywane głośniki i samochód pośrodku tworzyły iście klimatyczny nastrój. Kapela czerpała swoją inspirację z takich artystów jak Green Day, Pidżama Porno, Tool, The Perfect Circle, R.E.M, Spin Doctors, czy Limp Bizkit, co pozwoliło mu rozwinąć skrzydła i poszerzyć swój wachlarz zainteresowań na nowo odkryte rockowe dźwięki. W tym samym czasie rozpoczął współpracę z lokalną Gazetą Średzką i składem MACHO GRANDE, który charakteryzował się ciężkim brzmieniem wzorująco zaczerpniętym z Illusion i Biohazard. Materiał na pierwszy koncert zespołu powstał w trzy miesiące, a 12 utworów, do których udało mi się napisać teksty w niecałe dwa tygodnie, zasiliło godzinny koncert na festiwalu SCREAM ROCK w jego rodzinnym mieście. Po koncercie, pomimo sporego zainteresowania zgromadzonej publiczności, projekt przestał istnieć. Wtedy nadeszła pora na ostatni ze składów w ojczystym kraju – OWIECZKI PASTORA. Potencjalnie grupa zupełnie niepasujących do siebie osób stworzyła wyjątkowo rockowo-alternatywną atmosferę, co zaowocowało pierwszym zapisem ścieżek w profesjonalnym studio nagraniowym. EP-ka zawierała trzy utwory; „Dragonfly”, „Nyga song” i „Światłowód”. W styczniu 2007 „Owieczki” zagrały po raz ostatni na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, a w marcu tego samego roku Marcin przybył na legendarne „pół roku” na Wyspy Brytyjskie. I tak w marcu stuknie 8 lat, jak w pocie czoła zasila brytyjską gospodarkę. Tutaj muzyka nieznacznie zeszła na dalszy plan i poświęcił się pisaniu. W 2009 roku po intensywnej pracy nad tekstem, przy muzyce Norah Jones, Tori Amos, Stingu i kompletnie niepasującym do tej trójki Marylinie Mansonie, powstała jego pierwsza powieść „Po tej samej stronie samotności”, wydana rok później przez wydawnictwo Poligraf. Swoje piętno odbiła na nim również kapela Deftones. Ich twórczość oddziaływała tak mocno, że rozpoczął pracę nad swoją kolejną powieścią. Tym razem kryminałem „Odcienie księżyca”, którą przerwał, zgadzając się na propozycję redaktora naczelnego Gazety Średzkiej, który wpadł na pomysł, aby stworzyć powieść z drugim pisarzem Piotrem Stróżyńskim. Przez dwanaście miesięcy, co tydzień ukazywał się kolejny rozdział powieści i tym sposobem pod koniec 2013 roku panowie ukończyli powieść kryminalno-obyczajową „Niebezpieczne zabawki”. Rok 2014 to eterowa przygoda w lokalnej radiostacji, gdzie w każdy wtorek o 19:00 wraz z Leszkiem Pankowskim i Marcinem Kusikiem Marcin Czarny prowadzi prześmiewczą audycję „Burza Mózgów”, prezentując słuchaczom swój alternatywny gust muzyczny. Od stycznia 2015 Marcin współpracuje z polskiwzrok.co.uk, a wieczorami próbuje ukończyć „Odcienie księżyca”. Dziś mniej gra, więcej słucha, częściej pisze. 



Zaparkowałem auto na ostatnim wolnym miejscu miejskiego parkingu, w duchu przeklinając kobietę z niebieskiej Toyoty, która bez skrupułów próbowała wpakować się przede mnie. Słońce ogrzewało majestatycznie, gdy wędrowałem bedfordzkim deptakiem mijając po drodze CEX-a, gdzie ostatnio zaopatrzyłem swoją kolekcję płyt w kilka nowych pozycji muzycznych, następnie uwielbiany przez wszystkich sklep odzieżowy Primark i telefoniczny Carephone Warehouse, mając w głowie ostatnie słowa naczelnego Polskiego Wzroku wykrzyczane do słuchawki telefonu: „Tylko nie zapomnij firmowego uniformu! Dziś wszyscy mają być przyozdobieni!” Nie zapomniałem. Wielkie białe oko obserwowało otoczenie z tylnej części czarnej koszulki. Pozostawione po sobotnich imprezowiczach strzępy ludzkiego sposobu bycia nie wskazywały na to, że za rogiem The Polish Language and Culture Association, czyli Stowarzyszenie Kultury i Języka Polskiego (PLCA), która zajmuje się prowadzeniem działalności edukacyjno-wychowawczej dla dzieci i młodzieży, organizuje imprezy kulturalne i artystyczne promując polskie tradycje, rozpętało prawdziwą kulturową rewolucję, a centrum Bedford stało się strefą polskiego dziedzictwa. Z daleka można było dojrzeć biało-czerwone barwy oplatające cały plac Harpur Square. Po kilku krokach znalazłem się w samym centrum wydarzeń, gdzie natychmiast zostałem zauważony przez dwie młode damy witające gości w strojach ludowych.

Gabinet od kuchni (fot. Marek Jamroz)
Before party (fot. Marek Jamroz)
Co prawda nie chlebem i solą, choć piekarze z The Polish Bakery prężyli się przy swoim stanowisku i można było owe specjały tam smakować, ale z koszem wypełnionym słodkościami. Zapakowałem dwie swojskie krówki ciągutki do kieszeni i wraz z nadciągającym za mną tłumem ruszyłem dalej. Zatrzymałem się na chwilę przed wejściem do Harpur Suite, gdzie odbywała się artystyczna część festiwalu i jeszcze raz omiotłem wzrokiem plac. Organizatorzy zadbali o wszystko.

Bo my jesteśmy rockendrolowcami... (fot. Sławek Orwat)
Można było ubezpieczyć się w u specjalistów z „Pol-Planu”, obciąć sobie włosy u fachowców z salonu fryzjersko-kosmetycznego „Euforii”, na stoisku FM-group zakupić kosmetyki, spróbować dań z restauracji „Milena”, zapisać się do Bedford College, zaciągnąć profesjonalnej opinii u ekspertów z PBiC, albo napić się kawy, czy zjeść zapiekankę z budki Short Café. I choć na tą ostatnią pozycję trzeba było czekać w niektórych przypadkach nawet godzinę, to uwierzcie mi było warto. Po prostu niebo w gębie. Nagle naprzeciw mnie zrobiło się biało-czerwono.

Ogarniający wszystko Wzrok Naczelnego (fot. Marek Jamroz)
 To byli sportowcy z Polskiej Akademii Futbolu. W środku koła wysoki szczupły mężczyzna podbijał piłkę głową, a zebrana dookoła grupka gapiów, wymieszana z młodymi piłkarzami dzielnie wyliczała każde kolejne podbicie. Dwadzieścia trzy. Piłka upadła. Po przeciwnej stronie, przy niewielkim okrągłym stoliku mała dziewczynka cierpliwie wyczekiwała na balonową figurę, które wraz z żoną rozdawał właściciel ”Magazynu Lokalnego”, Robert Szydłowski.

Patrz Marcin, tak starego modelu komórki nikt już nie ma (fot. M. Jamroz)
Po krótkiej chwili dziewczynka chwyciła balonowe serce i pobiegła w stronę swoich rodziców. Już chciałem wchodzić do środka, gdy w drzwiach zatrzymał mnie ten sam duet „krakowianek” z koszem słodkości. Mimo, że w kieszeni miałem jeszcze obie krówki od poprzedniego razu, wydobyłem parę „kukułek”, które wkrótce dołączyły do owych ciągutek i wskoczyłem do środka. No tak. Polak mądry po szkodzie. Gdybym wiedział, że prawie przy samym wejściu delikatesy „Bestpol” serwują swoje specjały, oddałbym dziewczynkom „moje” krówki.

Chłopaki, jakbym trochę się tu zasiedział to don't panic (fot. M. Jamroz)
Przez tą dekoncentrację pominąłem zupełnie wystawę prac dzieci: Sławni Polacy, Moja Polska, oraz ofertę księgarni Play Media, jak i zorganizowaną przez PLCA wystawę lalek w strojach ludowych. Swoją obecnością festiwal zaszczycił także burmistrz Bedford Dave Hodgson, któremu właśnie w tej chwili organizatorzy dziękowali za wsparcie inicjatywy. W morzu zgromadzonego tłumu dostrzegłem starego wyjadacza dziennikarskiego, właściciela bloga „Muzyczna Podróż” i redaktora „Nowego Czasu”, Sławomira Orwata.

Nowy Czas w Bedford

Piękna i... Dziki (fot. Sławek Orwat)
Skromnie otaczało go grono redakcyjne Polskiego Wzroku w składzie: naczelny Mateusz Augustyniak, buntowniczy Kuba Mikołajczyk (techniczny festiwalu), liryczny Marcin Kuchta i niezastąpiony hanys z aparatem Marek Jamroz, odpowiedzialny również za oprawę fotograficzną festiwalu. Po lewej stronie swój wzrok zatrzymałem na Danielu Czapskim znanym bardziej pod pseudonimem Czapa i Tomaszu Likusie, dla szerszej publiczności znany jako Buch. Obaj panowie są jednymi z głównych organizatorów koncertów polskich gwiazd na terenie Zjednoczonego Królestwa. Wkrótce potem na scenie pojawili się wychowankowie Polskiej Szkoły Muzycznej w swoich solowych aranżacjach. Grą na skrzypcach, czy pianinie oczarowali zgromadzoną publiczność. Zaraz potem skrzypcowym brzmieniem popis dał zespół Arpeggio, wykonując między innymi „Preludium e-moll” Fryderyka Chopina. Od wpół do trzeciej sceną zawładnęły gwiazdy sprowadzone do Bedford specjalnie na prośbę Polskiego Wzroku. 

Aleks Gala (fot. Marek Jamroz)

Hania daje czadu (fot. marek Jamroz)
Pierwszą była Aleks Gala, córka perkusisty legendarnej grupy punk rockowej Zielone Żabki. Na koncertach towarzyszy jej siedmioletnia siostra, która mimo młodego wieku udowodniła, że zupełnie swobodnie czuje się za sterami perkusji i idealnie nadaje się na sekcję rytmiczną dla utalentowanej muzycznie Aleks. Mimo, że gitara, jak i głos starszej siostry powala na kolana, to chwilami nie było wiadomo, kto w tym duecie jest gwiazdą. Wraz z rozpoczęciem występu Aleks Gali do Bedford zawitali przedstawiciele londyńskiej prasy. Teresa Bazarnik i Grzegorz Małkiewicz, czyli właściciele, a zarazem redaktorzy „Nowego Czasu” przywieźli ze sobą kilkanaście egzemplarzy gazety, które trafiły w ręce przedstawicieli tutejszej Polonii. Pragnę zaznaczyć, że dla redaktorów Polskiego Wzroku poznanie pionierów emigracyjnego dziennikarstwa było nie lada zaszczytem. Ale wróćmy do koncertów, bo oto o piętnastej trzydzieści na scenę wkroczył lustrzany kwartet w składzie:

Gabinet Looster (fot. Marek Jamroz)
Adam Szczebel (fot. Marek Jamroz)
Adam Szczebel – śpiew, gitara
Robert Wiktorowicz – instrumenty perkusyjne
Rafał Wrona – gitara basowa
Piotrek Wróbel – gitara solowa



Gabinet Looster, bo o tym bandzie tutaj mowa, powstał w listopadzie 2011 roku z inicjatywy basisty i gitarzysty solowego zespołu. Początkowo panowie grali jedynie we dwójkę, a po pewnym czasie pojawił się perkusista Robert Wiktorowicz, zmieniając tym samym styl grania na nieco cięższy. Na samym szarym końcu pojawił się wokalista Adam Szczebel i mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie innego składu tej grupy.

Polski Wzrok widzi wszystko (fot, Marek Jamroz)
Na bedfordzkiej scenie, mimo nagłośnienia, na którym członkowie Gabinetu Looster nie zwykli wcześniej eksperymentować, dali z siebie dwieście procent. Panowie nie biegali po scenie, jakby ktoś ich podpalał, a jedynie siedzieli na krzesłach. Ale jak siedzieli? Tyle energii płynęło z tej muzyki, że szczęka opada. Bębniarz szybkością, precyzją i tym, co osobiście nazywam inteligencją w muzyce, rozwalił system całkowicie, podbicia basisty perfekcyjne, a gitarzyści ze swoich akustycznych pudeł wydobyli głębię i rockowy power. Nawet nie wspominam o wokalu i tekstach, bo obie rzeczy mną zwyczajnie zawładnęły. Aż samemu chciało się krzyczeć: „MILICJA”.  Kto był, ten rozumie, a kto nie był niech żałuje.

Gabinet Looster ze swoim największym fanem

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 35 - Listy z Nowego Jorku - III

Marzenia się spełniają...
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj   Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj Część 90 tutaj Artykuł z okazji zdobycia nagrody tutaj




Kiedy po raz pierwszy po 15 latach nieobecności przyjechał do Polski Andrzej Tokarski, a był to lipiec 1995 roku, po długich, wspomnieniowych rozmowach, które wyciskały łzy z oczu, Andrzej zadał mi konkretne, zaskakujące pytanie, - „Antek odpowiedz szczerze, czy chcesz przylecieć do Stanów? Jeżeli tak, to zaraz po przylocie do Chicago do domu, dzwonię w tej sprawie do Wojtka Szymona. Myślę, że w ciągu dwóch miesięcy dostaniesz bardzo „mocne” zaproszenie od niego. Wojtek ma obywatelstwo amerykańskie, ja jestem jeszcze regentem oczekującym na ten dokument. Szymon posiada niezłe konto bankowe, które gwarantuje, że otrzymasz wizę”. Byłem bardzo zaskoczony tak błyskawicznie zadanym pytaniem. Postawiony pod ścianą nie znalazłem innej odpowiedzi jak tylko powiedzieć – TAK.

Wojtek "Szymon" z żoną Łucją
Na początku 1997 roku dostaję zaproszenie do Stanów Zjednoczonych od Wojtka Szymona. Faktycznie, tak jak Andrzej wcześniej powiedział, bardzo mocne, jego konto bankowe przedstawione w zaproszeniu, potwierdzone przez nowojorski bank, dla amerykańskiej administracji z ambasady USA w Warszawie, było wystarczające by w paszport mieć wbitą wizę. W międzyczasie bardzo zbliżyłem się do Janka Koziorowskiego. Janek mający szwedzki paszport, bywał parokrotnie u Wojtka w Nowym Jorku. Uchodził w gremiach nowojorskich przyjaciół, za złotą rączkę, fachowiec do wszystkiego. Remontował Wojtka dom, wymieniał okna i je uszczelniał, ocieplał całą kubaturę budynku. Ponieważ zrobił to po mistrzowsku, wytworzył mu się w tym temacie front robót w sąsiedztwie Wojtka posesji i jego przyjaciół na Long Island. Był to dobry prognostyk, jeszcze nie wyleciałem do Stanów, a stworzyły się warunki pracy i zarobku na obczyźnie. Teraz, razem z Jankiem czekaliśmy na moją wizę.

Wojtek "Szymon" po tamtej stronie "żelaznej kurtyny"
Tak, jak się spodziewałem, choć wstąpiła we mnie niepewność, za pierwszym podejściem wizę w bito mi w paszport. Choć pękałem ze szczęścia, to jednak przyszedł smutek. Janek od co najmniej dwóch tygodni cierpiał na bóle stawu barkowego i na kręgach szyjnych z tyłu głowy. Brał wiele zastrzyków, pobierał masaże, chodził na specjalistyczne ćwiczenia. Nic z tych rzeczy, bóle starczego zwapnienia stawów nie opuszczały go. Ja już wykupiłem bilet na samolot (wylot 5 listopada 1997 roku), Jankowi nie przechodziło cierpienie. Wreszcie sam zadecydował, - Antek poleć do Szymona sam. Ja za jakiś czas dołączę do ciebie. Myślę, że wszystko mi przejdzie. Z tymi bólami nie jestem w stanie nic zrobić, znam nasz front robót. Dwa dni przed odlotem dzwoni Andrzej, - Antek od Szymona dowiedziałem się o problemach ze zdrowiem Koziorowskiego, przełóż lot na pół roku, tak możesz uczynić, nic na tym nie tracąc. Na 10 dni w styczniu/lutym przylecę do Tomaszowa. Do Stanów wrócimy razem, na razie zamieszkasz u mnie, zatrudnię cię u siebie w firmie. Jak Janek powróci do zdrowia polecisz do Nowego Jorku. Tak uzgodniłem z Szymonem. Nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać, postąpiłem tak, jak zaproponował Andrzej. Pierwsza moja myśl po jego telefonie, to - Boże Narodzenie spędzę w domu, z rodziną.

Amerykański sen istnieje
Przyszedł luty, minął marzec, kwiecień, a Andrzej nie zjawił się w Polsce. Pod koniec kwietnia w autobusie MZK spotkałem starszego brata Andrzeja, pana Jurka, który zaskoczył mnie straszną informacją, - Panie Antku, Andrzej ma złośliwego raka na dwunastnicy, diagnoza jest okrutna, nie ma szans wyjścia z tego, są przeżuty na wątrobę. W tym momencie wszystko się oddaliło, nie tylko lot do Stanów ale, że ta straszna choroba zaatakowała mojego serdecznego przyjaciela, ojca chrzestnego mojego syna Daniela. Andrzej po blisko dwuletniej walce z chorobą, umiera 15 maja 1999 roku, przeżywszy zaledwie 54 lata. Pochowany został na cmentarzu w Chicago. Tymczasem Wojtek, zaplanował latem 1998 roku zabrać mnie do Memphis. W planie między innymi było zwiedzenie studia Sun Records, spędzić choć jeden dzień w Graceland, w domu pałacu Elvisa Presleya. Graceland bardzo się oddaliło. Dzisiaj pozostało mi tylko wszystkich przyjaciół (koleżanki i kolegów) tomaszowian, zaprosić na wspólny spacer z Wojtkiem Szymonem po ulicach…

* * * 

Spacer po Memphis.

Memphis. Wojtek z Tammy Wix (właścicielką wytwórni WIX RECORDS)
przed studiem Sama Phillipsa SUN RECORDS
Kiedy zamieszkałem w Nowym Jorku, często rozmawiałem z poznaną w Londynie Tammy Wix, przystojna i ładna kobieta. Po jednej z rozmów zaproszony zostałem do Memphis w stanie Tennessee. Tu znajdowała się jej wytwórnia płyt WIX Records. Nagrywali w niej słynni rock-a-billiści jak Ray Smith, Sonny Burgess, Billy Lee Riley. Wytwórnię Tammy odwiedzałem wiele razy. Za którymś przyjazdem do Memphis, zaprosiła mnie do mieszczącej się w niedalekiej odległości, do słynnej wytwórni Sama Phillipsa SUN RECORDS. Co prawda, w którymś z listów do ciebie wspominałem tę eskapadę ale pozwolę sobie ją uszczególnić. Spędziłem tu kilka wspaniałych dni, miałem okazję poznać Billa Lee Rileya czy słynnego perkusistę Jerry Lee Lewisa, Jimmy Van Eatona. Wpadała tu często Barbara Pittman, na początku kariery Elvisa, jedna z jego girlfriends w Memphis. Bywała również w Graceland na różnych prywatkach, świętach Bożego Narodzenia czy Święta Dziękczynienia (tzw, Thanksgiving Day). Barbara nagrała demo record dla Elvisa „Playing For Keeps”, który ukazał się na jednym z pierwszych LP „For LP Fans Only”.


Wojtek Szymon przed Sun Records z J.M. Van Eaton - perkusistą z Sun, 
który grał na nagraniach Elvisa, Jerry Lee i Billy Lee Riley.
Ona zresztą nagrywała swoje utwory również w SUN RECORDS. Te spotkania były bardzo nieoficjalne, siedzieliśmy w małej kafejce, która mieściła się w budynku wytwórni płyt Sama Phillipsa. Obejrzałem maleńkie pomieszczenia, w którym powstawały wielkie hity Elvisa, Jerry Lee Lewisa, Roya Orbisona, Carla Perkinsa czy Johnny Casha. Czasami wpadał tu Sam Phillips, który nie brał udziału w nagraniach ale odwiedzał starych przyjaciół. Miałem okazję być właśnie w dniu, kiedy Sam przybył do swojej, byłej wytwórni.


Wojtek Szymon z krawcem Elvisa - Lanskym
Nigdy nie zapomnę tego spotkania i rozmowy o w/w idolach naszej młodości, o Elvisie szczególnie, o ulubionych stylach na powstających tu płytach; blues, country, rock’n’roll. Pewnego razu będąc w Memphis zajrzałem do sklepu Lansky Brothers, tego słynnego, w którym w ekstrawaganckie szaty, wyzywające (tweedowe marynarki, kolorowe koszule) ubierali się Elvis Presley, Rufus Thomas, Sonny Burges, Charlie Feathers, Roy Orbison, Billy Lee Riley czyli artyści nagrywający w SUN RECORDS. Bracia Guy i Bernard Lansky, to emigranci z Polski żydowskiego pochodzenia, którzy dotarli tu w latach dwudziestych XX wieku. Kiedyś Bernard Lansky opowiadał mi (sam zakupiłem tu jedną ze swoich koszul) historię z Elvisem. Presley zakupił wcześniej (w 1956 r.) trzykołowy samochód niemiecki Messerschmitt. Kiedy wszedł do sklepu, wybrał sobie dziesiątki koszul, bluz, spodni, płaszcze i nie mając już gotówki zapłacił ów samochodem. Jako ciekawostkę powiem ci, że sklep Lansky Brothers zaopatrywał w żałobne garnitury, grupę przyjaciół, którzy nieśli trumnę z Elvisem, również ojciec Elvisa, Vernon ubrany był przez braci Lansky.


Co do nagrywania amerykańskiej muzyki rock’n’rollowej, oprócz Memphis istniała jeszcze wytwórnia CHESS RECORDS w Chicago, również założona przez polskich żydów, braci Czyż spod częstochowskiej wsi. Tu nagrywali Muddy Waters, Chuck Berry, Etta James, Little Walter czy Willie Dixon. Natomiast w San Francisco powstawała muzyka hippisów, „dzieci kwiatów”, jak Mamas and Papas, Joan Baez ale również powstawał tu wspaniały blues group; jak Righteous Brothers (Unchained Melody) czy rockowej grupy Phil Spector ze wspaniałym przebojem „You’ve Lost That Loving Feeling”. W poszukiwaniu naszej starej, dobrej muzyki, jaką jest rock-a-billy, rock’n’roll odnalazłem Roberta Gordona, który mieszka obecnie w Nowym Jorku, więc możemy od czasu do czasu się spotykać. Często chodzę na jego koncerty do CBGB w dole miasta, gdzie spotykają się tu różne grupy muzyczne m.in. muzyki punks jak również starego rocka. Pewnego dnia poszliśmy ze znajomymi by obejrzeć występ Gordona. Miejsca mieliśmy wspaniałe, tuż przy scenie, na wyciągnięcie ręki do artystów. Przygrywali mu młodzi muzycy rockowi, kiedy uderzyli w struny można było to przyrównać do startującego odrzutowca. Nasi znajomi chcieli wyjść z Sali ale na całe szczęście pojawiły się natychmiast młode fanki tej grupy, które lekko roznegliżowane, „wparzyły” na scenę i zaczęły tańczyć. Było na co popatrzeć więc mocno podnieceni, zostaliśmy. Później wszedł na scenę Robert dając wspaniały koncert dobrego rock’n’rolla. Po koncercie udaliśmy się za kulisy do jego garderoby, aby porozmawiać o jego trasie koncertowej po Europie i ewentualnym „wpadnięciu” do Polski. A może do Tomaszowa? No zobaczymy czy da się go namówić i za jakie pieniądze.


Nowy Jork dn. 12 grudnia 2009 . Wojtek „Szymon” Szymański

* * *


Wizę otrzymałem na 10 lat, do 2007 roku. Nie wiem czym wytłumaczyć nie wykorzystanie takiej okazji, jaką była podróż do Stanów. Miałem do kogo pojechać, zapewniony miałbym jak to się kolokwialnie mówi, wikt i opierunek. Wojtek wszystko robił, bym dotarł do niego. Tak bardzo chciał uraczyć mnie miejscami, gdzie tworzył się rock’n’roll. Nie dałem mu żadnych szans, by zrealizował swoje marzenia. Czas ważności wizy minął, ja nie dotarłem do Ameryki. Przybyło lat, i mnie i Wojtkowi. Janek choć już tak bardzo nie cierpi, nie jest w stanie tak ciężko, fizycznie pracować, a ja zbliżam się do 70-tki. Dla mnie, przynajmniej na dziś, Ocean Atlantycki powiększa swoją szerokość, przez co Ameryka oddala się. Może przyjdzie siła, która pobudzi mnie do podjęcia decyzji, - Lecę do Stanów, lecę do Wojtka „Szymona”, lecę do kolebki rock’n’rolla.

środa, 1 kwietnia 2015

Aya RL powraca w oryginalnym składzie!

Paweł Kukiz, kandydując na prezydenta, nie kończy swojej kariery muzycznej. Z oficjalnej strony muzyka dowiadujemy się, że reaktywuje AYA RL w swym oryginalnym składzie z Jarocina gdzie zespół się zawiązał. Wracający z USA Jarek Lach nie kryje entuzjazmu związanego z tworzeniem nowego albumu. "To jak zakochiwanie się od nowa” - mówi. Igor Czerniawski, który oprócz komponowania będzie również producentem nowej płyty która będzie nosiła tytuł Czasami zapowiada ją jako etno-rockowy powrót do czasów „Skóry”. Płyta ukaże się w dniu wyborów prezydenckich.