środa, 5 lutego 2014

Mateusz Biegaj - Robert Johnson. Mistyk bluesa

Mateusz Biegaj - Z zamiłowania muzyk; basista, członek m.in. Pilichowski Band, Wilson Square, Kontrabanda. Z zawodu student dziennikarstwa, obecnie na Uniwersytecie Warszawskim. Prywatnie, ostatnimi czasy, stoi na rozdrożu życia, gdzie jedna droga prowadzi do samodoskonalenia i realizacji artystycznej, a druga do względnej stabilizacji finansowej oraz założenia rodziny. Obie równie atrakcyjne. Fan filmów Kubricka, Braci Coen czy Jima Jarmusha. Wyznawca twórczości Beksińskiego i Kate Bush. Niespełniony filozof, który z nienaganną systematycznością rozbudowuje swoją biblioteczkę z niekłamaną wiarą, że w pewnym momencie będzie miał czas usiąść i spokojnie przeczytać Kanta. Albo Hegla. Najpiękniejszym życiowym doświadczeniem do tej pory jest samotna podróż po wschodnich Stanach Zjednoczonych. Pisze przesadnie patetycznie i pseudointeligencko. Czciciel kultu drogi, tak w sensie fizycznym, jak i meta. Poszukuje swojej własnej ścieżki...

 Poniższy tekst zajął 4 miejsce w Jubileuszowym Konkursie bloga "Muzyczna Podróż"


Jeden z największych bohaterów muzycznych Briana Jonesa. Jego utwór „Love in Vain” został nagrany przez The Rolling Stones na płycie „Let In Bleed”, a także na koncertówce „Get Yer Ya-Ya’s Out”. Prekursor stylu slide na gitarze. Eric Clapton nazwał go najważniejszym bluesowym piosenkarzem, jaki kiedykolwiek żył, a sam razem z zespołem Cream przearanżował jego bluesa „Cross Road Blues” i zrobił z niego ogólnoświatowy przebój. W liście 100 największych gitarzystów magazynu The Rolling Stone Robert Johnson zajął 5. miejsce. Gdy umierał w niewyjaśnionych okolicznościach w wieku 27 lat, pozostawił po sobie 29 utworów w 41 nagraniach, które uznano za testament bluesa z Delty Mississipi. Martin Scorsese powiedział o nim: „Rzecz w tym, że Robert Johnson istniał tylko w swoich nagraniach. Był czystą legendą”. Mówi się, że podpisał pakt z diabłem. Stał się mistykiem bluesa.

Życie
Robert Johnson urodził się 8.05.1911 w Hazelhurst w stanie Mississipi. Jego matka, Julia Dodds była w formalnym związku z Charles’em Doddsem, właścicielem ziemskim. Nie był on jednak biologicznym ojcem Roberta, który został faktycznie poczęty przez Noah Johnsona. Okres młodości spędził najpierw w Memphis, a następnie w mieście Robinsonville w stanie Mississipi. Uczęszczał do szkoły w latach 1924-27. Świadek z tamtego okresu, Willie Coffee, pamięta, że Robert już w czasach szkolnych umiał grać na drumli. Artysta pierwszy raz ożenił się w 1929 z szesnastoletnią Virginią Travis. Jego żona zmarła jednak w przeciągu roku w połogu. Zanim zainteresował się gitarą, grał także na harmonijce ustnej. Jego pierwszym mentorem muzycznym został Son House, od którego młody Johnson pobierał pierwsze szlify w grze na gitarze. Dodatkowo miał kontakt także z Willie Brownem czy Charley Pattonem, którzy występowali często w Robinsonville. W 1930 Johnson czuł się już na tyle pewnie jako bluesman, że zaczął podróżować w górę i w dół Delty Mississipi, zarabiając na rogach ulic, w lokalnych barach i tawernach graniem na gitarze i śpiewaniem. W tym momencie zaczęła się jego kariera. We wczesnych latach 30tych muzyk ten występował w Memphis z Willie Brownem, Son Housem i Willie Borumem. Grywał także w stanach Arkansas, Tennessee, Missouri, Illinois, Teksas, Kentucky i nawet New Jersey ! W 1931 Robert uczył grać na gitarze swojego pasierba, Roberta Jr. Lockwooda. A w 1933 poznał 17letniego Johnny’ego Shinesa, który stał się jego uczniem i zarazem partnerem w występach. W 1935 grał z takimi muzykami, jak Henry Townsend czy Ernest Walker. Ostatnie lata życia, 1937 i 38, spędził grając z Sonny Boy Williamsonem, Howlin’ Wolfem, Elmorem Jamesem oraz Davidem Honey Boy Edwardsonem. Mimo pewnej nieśmiałości, Robert Johnson umiał nawiązać doskonały kontakt z publicznością – grał nie tylko bluesy, ale także popularne w kraju przeboje, które bez problemu rozpracowywał dzięki wrodzonym zdolnościom muzycznym. Dzięki swojemu bezpośredniemu podejściu artysta umiał stworzyć więzi ze swoimi słuchaczami, przez co był oczekiwany w każdym miasteczku, w którym zjawiał się kolejny raz.


Znane były także jego skłonności do kobiet. Podobno po zakończeniu koncertu bluesman wyszukiwał młode i atrakcyjne kobiety, które prosił o możliwość przespania się w ich domu lub mieszkaniu. Te zazwyczaj odpowiadały tak, a muzyk zostawał u nich do momentu powrotu ich chłopaka lub kiedy sam był gotów, by ruszać dalej. Skłonności do płci przeciwnej stały się także najprawdopodobniej przyczyną jego zgonu. Artysta zmarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach 16 sierpnia 1938, prawdopodobnie otruty strychniną przez zazdrosnego męża, którego żonę akurat podrywał. Nie wszyscy zgadzają się z tą wersją, niemniej jest ona najbardziej prawdopodobna. Nieznane jest dokładne miejsce pochówku muzyka, w związku z czym wokół miejscowości Greenwood (gdzie zmarł) postawione są 3 niezależne od siebie nagrobki.


Nagrania
Legensarne Crossroads
Robert Johnson dokonał zaledwie 2 sesji nagraniowych. Został odkryty przez producenta nagrań Dona Lawa, który umożliwił mu zarejestrowanie swoich autorskich utworów. Sesje odbyły się 23, 26 i 27 listopada 1936 w San Antonio, Teksas, a także 19 i 20 czerwca 1937 w Dallas, Teksas. Na pierwszej z nich Robert nagrywał w zaimprowizowanym studio, które mieściło się w pokoju hotelowym. Dokonał wtedy rejestracji 16 utworów, niektórych w dwóch wersjach. Z tej sesji wywodzą się m.in. „Ramblin’ on My Mind”, „Kind Hearted Woman”, „Come on in My Kitchen”, „Terraplane Blues”, „I Believe I’ll Dust My Broom” oraz „Sweet Home Chicago” – oparty na kompozycji Kokomo Arnolda „Old Original Kokomo Blues”, a także „13-20 Blues”, „Preachin’ Blues”, „Walkin’ Blues” i legendarny już „Cross Road Blues”. Podczas drugiej sesji zarejestrowano m.in. „I’m a steady Rollin’ Man”, „Helhound on my Trail”, „Me and the Devil Blues”, „Honeymoon Blues” i „Love In Vain”. Artysta nagrywał wszystkie kompozycje solo, jedynie akompaniując sobie na gitarze. Wydania utworów podjęła się wytwórnia Vocalion. Pierwsze bluesy Johnsona, które ujrzały światło dzienne (jeszcze za życia autora), to „Terraplane Blues” i „Last Fair Deal Gone Down”. „Terraplane Blues” stał się regionalnym hitem, sprzedając się w ilości około 5000 egzemplarzy. Wszystkie utwory Roberta mają mniej niż 3 minuty długości – dzięki temu każdy z nich mógł bez problemu zmieścić się na jednej stronie 78obrotowego singla, co świadczy o nieco komercyjnym, ale zarazem rozsądnym podejściu Johnsona. Już po śmierci artysty niektóre jego kawałki znalazły się na składankach tzw. race records. Wreszcie wszystkie nagrania wydane zostały jako „The Complete Recording of Robert Johnson (1936-1937)” przez Sony Music Entertainment. Reedycja ta zdobyła nawet nagrodę Grammy w 1991 w kategorii Vintage or Reissue Album, co świadczy o wartości, jaką muzyka Roberta Johnsona wniosła do kultury i przemysłu muzycznego.


Muzyka
Robert Johnson był bez wątpienia muzykiem wyjątkowym. W latach swojego życia jego twórczość postrzegana była bardzo nowatorsko, a technika gry tego bluesmana uważana była za genialną. Oryginalnie przedstawiała się także warstwa liryczna utworów Johnsona, oscylująca nie tylko wokół typowych, bluesowych tematów, ale także wkraczająca w ciemne, mistyczne nawet rejony. Jego styl gry na instrumencie był wypadkową stylów jego nauczycieli – Son House’a, Charleya Pattona, Williego Browna podparty ciężkim i regularnym treningiem. W roku 1930 muzyk zniknął na parę miesięcy z Robinsonville tylko po to, by doskonalić swoje umiejętności techniczne. Duży wpływ na styl gry Roberta miał także gitarzysta Ike Zinnerman, którego spotkał około roku 1930. Córka Zinnermana w wywiadzie dla magazynu Living Blues opowiada, jak jej ojciec wraz ze swoim uczniem zjawiali się na lokalnym cmentarzu w nocy, aby w ciszy i spokoju ćwiczyć swój styl gry. Już sam ten fakt stał się powodem dla stworzenia faustowskiej legendy Roberta Johnsona. Miał on podpisać pakt z diabłem w zamian za umiejętność grania na gitarze i tworzenia popularnych bluesów. Przesiadywanie na cmentarzu było więc wodą na młyn takich opowieści.


O wyjątkowości talentu instrumentalnego Roberta Johnsona świadczył fakt, że artysta ten, będąc doskonałym reprezentantem stylu gitarowego z Delty Mississipi, umiał także bardzo dobrze radzić sobie z innymi, popularnymi wtedy stylami, które gitarzystom z jego rejonu były obce. Umiał więc doskonale zagrać w stylu pop, country, swing czy ragtime. Jednakże nagrywając swoje utworu Johnson miał reprezentować Delta Blues, dlatego też mamy utrwalone utworu w tym właśnie stylu. Co nie zmienia faktu, że i tutaj muzyk mógł popisać się swoimi umiejętnościami technicznymi. Mistyczny bluesman bardzo często korzysta z techniki slide, szczególnie w górnych pozycjach, a jego zagrywki stanowią odzwierciedlenie melodii wokalnej lub są jej dopełnieniem. Poza tym Johnson urozmaica swoje bluesy częstymi podejściami i zejściami chromatycznymi z zachowaniem centrum tonalnego, a zagrywki takie stosowane są po dziś dzień ! W jego grze można znaleźć także zmiany podziałów rytmicznych; od czystych riffów 8kowych, przez stricte bluesowe rytmy typu shuffle aż po triolowe przebiegi. Dodatkową zaletą bluesów Johnsona jest ich nie do końca klasyczna budowa. O ile jego utwory oscyluje wokół jednej tonacji, o tyle ich budowa to nie zawsze 12 czy 8 taktów. Często muzyk przedłuża formę do 14 czy nawet 16 taktów. Taka innowacyjność i szeroki wachlarz rozwiązać w grze Johnsona zapewnia jego bluesom świeżość i niesztampowość, co zostało docenione po latach. Niemniej taka swoboda wykonawcza, niespotykana w tamtych czasach, była kolejnym powodem dla tworzenia legend o pakcie z diabłem. Niektórzy twierdzą też, że spotkania Króla Bluesa z Delty z diabłem miało miejsce na rozdrożu, a „Cross Road Blues” jest relacją z tego wydarzenia. Jest to jednak interpretacja na wyrost, a tekst wspomnianego utworu mówi raczej o strachu przed pozostaniem samemu po zmroku w nieznanym miejscu, z nikłą możliwością na powrót do domu, niż o zaprzedaniu duszy. Badacze doszukują się też diabelskich inklinacji Johnsona w utworze „Me and the Devil Blues”, w którym mowa jest o władcy piekieł pukającym do drzwi bohatera. Dalej jednak wytłumaczone jest, że diabeł stanowi tutaj tylko metaforę dla złego zachowania bohatera, który bije swoją kobietę bez powodu. Tego typu rozwiązań można odnaleźć wiele w twórczości Johnsona. Autor posługuje się często swojską, ludową metaforyką dla zobrazowania stanów własnej psychiki. W warstwie tekstowej autor bardzo często porusza tematykę seksualną; pożądanie, wierność i niewierność, przemoc, brak zainteresowania czy niemoc seksualna. Jego twórczość jest tutaj jak najbardziej szczera, gdyż autor znał wszystkie te aspekty życia z własnych doświadczeń. Giętki język pozwalał mu natomiast ubrać swoje przemyślenia w poetyckie środki wyrazu. Przykładem takich rozwiązań jest „Terraplane Blues” gdzie autor wyraża swoją niemoc seksualną przyrównując swój organizm do niedziałającej maszyny –

„Now, you know the coils ain't even buzzin' Wiesz, że spirale nawet nie bzyczą
little generator won't get the spark mały generator nie da iskry
Motor's in a bad condition, you gotta have Silnik jest w złym stanie, musisz
these batteries charge” naładować te baterie[1]


Prócz relacji damsko-męskich Johnson przywołuje także takie tematy, jak samotność, strach, niemoc, gniew, nienawiść, bezsilność, smutek („Cross Road Blues”, „Love In Vain” ) – wszystkie uczucia towarzyszące mu w życiu codziennym. Takie mroczne, bardziej mistyczne, niż stricte bluesowe, podejście do swojej liryki czyni z Johnsona oryginalnego jak na swoje czasy tekściarza. Nie można także nie wspomnieć o hipnotyzującym głosie Johnsona. Artysta dysponował wysokim wokalem, niekiedy przechodzącym w falset, o niesamowitej sile wyrazu i umiejętności przekazywania emocji. O ile linie melodyczne jego bluesów są proste i oparte na pentatonice, o tyle w połączeniu z jego głosem wyśpiewującym swoje smutne, głębokie teksty zyskują ogromną moc. Moc ta, wsparta delikatnym vibrato i pulsująca emocją oczarowała takich muzyków, jak Eric Clapton czy Brian Jones. Trzeba także zwrócić uwagę, że o ile w bluesach takich jak „I just can’t be sattisfied” Muddy Watersa czy „Backdoor Man” Howlin’ Wolfa pojawia się motyw przerośniętego libido; wielkich, niezaspokojonych potrzeb seksualnych, o tyle w twórczości Johnsona przewijają się motywy wręcz przeciwne – brak pożądania czy właśnie niemoc seksualna. Autor tworzył po prostu prawdziwy, szczery obraz własnej osobowości i życia. Co nie przeszkadzało mu jednak w graniu radosnych, popularnych utworów pop i innych gatunków muzyki, które stale gościły w jego repertuarze. Był więc osobowością bardzo twórczą artystycznie i nie bojącą się iść poniekąd pod prąd aktualnym, regionalnym trendom. Grał to, co mu się podobało, śpiewał o tym, o czym chciał w sposób, jaki umiał. Jego szczere podejście w połączeniu z wielkim talentem muzycznym zapewniło mu na stałe miejsce w kanonie wielkich muzyków.

Spuścizna
Robert Johnson to obecnie legenda bluesa, prekursor wielu rozwiązań rytmicznych, harmonicznych czy melodycznych, a także doskonały tekściarz i wykonawca. W momencie swojej śmierci był on jednak znany jedynie lokalnie. Dopiero w momencie wznowienia jego nagrań przez Columbia Records w 1961 jako „Robert Johnson. A King of Delta Blues Singers” wielu zaczynających wtedy karierę muzyków stało się wielkimi fanami i entuzjastami Johnsona. Wśród nich są i najwięksi artyści muzyczni – Bob Dylan, Eric Clapton, John Mayall, Keith Richards i Brain Jones z The Rolling Stones, Robert Plant i Led Zeppelin czy Fleetwood Mac. Johnson, prócz licznych coverów swoich autorskich nagrań, doczekał się także ekranizacji swojego życia.



Najsławniejszą jest „Crossroads” (1986) opowiadający historię poszukiwania zagubionego utworu Johnsona, gdzie występuje także motyw podpisania paktu z diabłem. W filmie pojawia się Steve Vai, który razem z Ry Cooperem współtworzyli ścieżkę dźwiękową obrazu. Prócz tego mamy wiele filmów biograficznych lub para-biograficznych („Can't You Hear the Wind Howl? The Life and Music of Robert Johnson”, 1997 czy „Hellhounds On My Trail: The Afterlife of Robert Johnson”, 2000), a nawet fantasmagoryczne wizje – „Me and the Devil Blues: The Unreal Life of Robert Johnson”, 2008. Muzyk pośmiertnie doczekał się też wielu wyróżnień branży muzycznej: w 1980 wpisano go do Blues Hall of Fame (Memphis), w 1986 wpisano go do Rock and Roll Hall of Fame (Cleveland), w 2000 zaś do Mississipi Musicians Hall of Fame (Clinton), a w 2006 otrzymał Grammy Lifetime Achievement Award, którą odebrał jego syn. Ponadto w zestawieniu 500 songs that shaped rock and roll (500 utworów, które ukształtowały rock and roll) znalazły się 4 jego autorskie bluesy – „Sweet Home Chicago”, „Cross Road Blues”, „Hellhound on my Trail” i „Love In Vain”. Na zakończenie pozwolę sobie podać artystów, którzy choć raz wykonali „Cross Road Blues”, co wydaje się być taką wisienką na torcie wpływu twórczości Johnsona na świat muzyki. Byli to: The Doors, Bob Dylan, Cowboy Junkies, Derek and the Dominos, Dion, Free, Elmore James, The Hamsters, Iber, Lynyrd Skynyrd, Jimi Hendrix, Journey, Rush, Ten Years After, The Allman Joys, Van Halen, Robin Trower, Steve Miller Band, Molly Hatchet, Janell Mosser, Mountain, Smak, Steven Stills, Jeff Berlin, Page and Plant, John Mayer, The Radiators, Stoney Larue, Son of Dave, Racer X (sic!), Phish czy Peter Rowan. Imponujące. Jak widać, Robert Johnson wciąż jest osobą o wielkiej popularności. Tym, którzy nie znają jego ani jego twórczości pozostaje jak najszybciej zapoznać się z nią. Reszta może jedynie żałować, że Król Bluesa z Delty nagrał jedynie 29 utworów. Co by się działo, gdyby ten wpływowy muzyk miał więcej sesji ? Jak wiele więcej byśmy mu dzisiaj zawdzięczali ? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi, a my mimo to możemy wciąż cieszyć się geniuszem tego przedwcześnie zmarłego artysty. Robert Johnson. Resting in the Blues.

Bibliografia:
1. http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Johnson_(musician)#Musical_style (03.01.2011)
2. Dharma, Bhesham R. - „Poetic devices in the Songs of Robert Johnson, King of the Delta Blues”, Transcultural Music Review #3 (1997)
3. Jakubowski, Marek – „Encyklopedia Muzyki Popularnej. Blues”, wyd. Atena (2009)
4. Jakubowski, Marek – „Mały Leksykon Bluesa”, wyd. Comer & Fundacja Buchnera (1992)
5. Wyman, Bill i Havers, Richard – „The Rolling Stones”, tłum. Rogowiecki, Roman, wyd. Hachette Livre Polska (2003)


[1] Tłum. autora pracy 

Mateusz Biegaj... pomiędzy muzyką, a dziennikarstwem

Mateusz Biegaj - Z zamiłowania muzyk; basista, członek m.in. Pilichowski Band, Wilson Square, Kontrabanda. Z zawodu student dziennikarstwa, obecnie na Uniwersytecie Warszawskim. Prywatnie, ostatnimi czasy, stoi na rozdrożu życia, gdzie jedna droga prowadzi do samodoskonalenia i realizacji artystycznej, a druga do względnej stabilizacji finansowej oraz założenia rodziny. Obie równie atrakcyjne.

Fan filmów Kubricka, Braci Coen czy Jima Jarmusha. Wyznawca twórczości Beksińskiego (malarza stanów duszy) i Kate Bush (malarki dźwięków). Niespełniony filozof (jeden semestr zaliczony na tym pięknym kierunku na Uniwersytecie Wrocławskim), który z nienaganną systematycznością rozbudowuje swoją biblioteczkę z niekłamaną wiarą, że w pewnym momencie będzie miał czas usiąść i spokojnie przeczytać Kanta. Albo Hegla. I zrozumieć, rzecz jasna. Najpiękniejszym życiowym doświadczeniem do tej pory jest samotna podróż po wschodnich Stanach Zjednoczonych (od Albany aż do Nowego Orleanu i z powrotem do Nowego Jorku). Pisze przesadnie patetycznie i pseudointeligencko. Czciciel kultu drogi, tak w sensie fizycznym, jak i meta. Poszukuje swojej własnej ścieżki...

1. Tan - Kult
2. Wyludniacz - Armia
3. Sztuka latania - Lady Pank
4. Piano sonata no. 2 (w bmoll) op. 35 czyli marsz zalobny :)
5. Kattorna - Komeda
6. Porwany obledem - Kat
7. Jest taki samotny dom - Kat
8. Priorytety - Paktofonika
9. Noz - Illusion
10. Stracila swój rozsadek - Kasia Kkowalska

Mateusz Biegaj - Kate Bush "Mother Stands for Comfort"

Mateusz Biegaj - Z zamiłowania muzyk; basista, członek m.in. Pilichowski Band, Wilson Square, Kontrabanda. Z zawodu student dziennikarstwa, obecnie na Uniwersytecie Warszawskim. Prywatnie, ostatnimi czasy, stoi na rozdrożu życia, gdzie jedna droga prowadzi do samodoskonalenia i realizacji artystycznej, a druga do względnej stabilizacji finansowej oraz założenia rodziny. Obie równie atrakcyjne. Fan filmów Kubricka, Braci Coen czy Jima Jarmusha. Wyznawca twórczości Beksińskiego i Kate Bush. Niespełniony filozof, który z nienaganną systematycznością rozbudowuje swoją biblioteczkę z niekłamaną wiarą, że w pewnym momencie będzie miał czas usiąść i spokojnie przeczytać Kanta. Albo Hegla. Najpiękniejszym życiowym doświadczeniem do tej pory jest samotna podróż po wschodnich Stanach Zjednoczonych. Pisze przesadnie patetycznie i pseudointeligencko. Czciciel kultu drogi, tak w sensie fizycznym, jak i meta. Poszukuje swojej własnej ścieżki...

Poniższy tekst zajął 5 miejsce w Jubileuszowym Konkursie bloga "Muzyczna Podróż"

Mother Stands for Comfort
Wykonawcy: Kate Bush – wokal, pianino, syntezatory
Eberhard Weber – fretless bass
Stuart Elliott – perkusja

Utwór "Mother Stands for Comfort" pochodzi z najbardziej rozpoznawalnego, odznaczonego podwójną platyną piątego albumu studyjnego Kate Bush Hounds of Love z 1985 roku. Album ten stał się kamieniem milowym w rozwoju emocjonalnej kobiecej wokalistyki popowej lat 80tych przede wszystkim ze względu na takie hity jak Running Up That Hill czy utwór tytułowy. Wybrana przez mnie piosenka jest jedynym utworem z pierwszej strony winylowego wydania albumu, który nie został wydany jako singiel. W pewnym sensie Mother Stands for Comfort jest antyprzebojem, co jednakże stanowi dla mnie ogromny atut.

Piosenkę podzielić można na 2 główne części. Pierwsza z nich to część zwrotkowa, druga zaś refrenowa. Tonacja utworu to Am. Struktura utworu to Intro-Zwrotka-Refren-Zwrotka-Refren (wielokrotnie powtarzany aż do końca). Dynamika to zdecydowanie piano. Poniżej zamieszczam fragment utworu z podaną harmonią oraz linią basową.



Każdy z instrumentów pełni olbrzymią rolę w kreowaniu klimatu tej piosenki, dlatego też opiszę każdy z nich z osobna. Intro do Mother Stands for Comfort składa się z czterech taktów jednego z najbardziej ascetycznych i zarazem wyrazistych rytmów we współczesnej muzyce pop. Podział rytmiczny podaję poniżej: 


Stuart Elliott
Rytm ten w niezmienionej postaci stanowi podwalinę i zarazem siłę napędową całej piosenki, nadając jej jednostajny, niemalże transowy charakter. Wrażenie to spotęgowane jest jeszcze faktem, że w instrumentach perkusyjnych nie używane są żadne talerze czy przeszkadzajki, a z ciszy wyłania się jedynie ten jednostajny, potężny bit pełen nostalgii ze względu na brzmienie i tę znamienną pauzę ósemkową na początku każdego taktu. Ten podział rytmiczny grany jest przez żywego perkusistę, który co jakiś czas wtrąca dodatkowo podwójne, subtelne uderzenie na niskim kotle. Bardzo ważne jest brzmienie tych żywych bębnów – piosenka zaczyna się sucho, jak gdyby wręcz boleśnie. Stopa i werbel wydaje się mieć na sobie dużą kompresję, a brak jakichkolwiek efektów pogłosowych uwydatnia jeszcze siłę tych trzech wartości w każdym takcie, które brzmią niczym gwoździe wbijane w twarde drewno z miarową, jednostajną siłą i tworzą zupełny kontrast dla reszty utworu, wpędzając słuchacza w klaustrofobiczne poczucie izolacji. Dopełnieniem rytmicznym dla tego podziału są występujące przede wszystkim w refrenie efekty dźwiękowe tak charakterystyczne dla twórczości nie tylko Kate Bush, ale i całych, syntetycznych lat 80. Ogromne wrażenie robią na słuchaczu odgłosy tłuczonego szkła, a także jakby trzaskania z bata imitujące i często powielające werbel. W refrenie bardzo wyraziste są także rytmiczne, wulgarnie pocięte sample jakby uderzeń w jakieś metalowe przedmioty, które znów wzmagają poczucie izolacji, jednocześnie nadając utworowi w pewnym sensie ascetyczno-industrialny klimat. Całość zaś tych efektów w połączeniu z ww bitem tworzy zimny, bardzo coldwave'owy obraz. I na takim stelażu oparte są zupełnie z nim kontrastujące ścieżki pianina, basu, syntezatorów i wokalu, jawiące się niczym ciepłe, pastelowe wręcz płótno impresjonistyczne na metalowym rusztowaniu.



Podłoże harmoniczne dla utworu stanowi fortepian, ogrywające zarówno akordy piosenki, jak i momentami unisono wspierające wokalistkę. Bardzo ważny jest fakt, że fortepian nie gra praktycznie w ogóle akordów w postaci zasadniczej ani w żadnych przewrotach, ale delikatnie tańczy na ich dźwiękach, szyjąc srebrną nicią misterne, ósemkowe pejzaże akordowych pasaży, czasem zahaczając o jakiś konkretny interwał. Fortepian bawi się ze słuchaczem, każe mu dosłuchiwać się prym akordów, jest niczym delikatna tkanina okrywająca zimny, nieprzystępny szkielet podkładu rytmicznego. Wlewa w serce słuchacza otuchę i przyjemny spokój, prześlicznie wyczuwając emocje wokalistki i pomagając jej spotęgować przekaz wyrażany przez słowa i melodię. To doskonały kontrapunkt brzmieniowy dla ww rytmu. W całym utworze pojawiają się także „plamy” syntezatorów, które są doskonałym dopełnieniem i zarazem kolejnym podkreśleniem lat 80. Głęboki, balansujący na granicy słyszalności pad czy „gwiżdżący” sound podobny do fletu, który nakreśla w refrenie linię melodyczną, a także zamyka utwór, to przesmaczne kąski tego muzycznego dania, doskonale uwypuklające nostalgię i tajemniczą, romantyczną aurę tego antyprzeboju. 

Eberhard Weber
Najważniejszy dla mnie przed samym wokalem jest w tym utworze bas. Genialny basista Eberhard Weber stworzył jedną z najcudowniejszych linii basowych, jakie w życiu słyszałem. Można pokusić się o stwierdzenie, że cały podkład basu to improwizowane solo balansujące przecudownie na harmonii utworu i dopingujące wszystkie pozostałe instrumenty. Bas, najwyrazistszy instrument w tej piosence jawi się dla mnie jako przewodnik, który łapie słuchacza za rękę i bezpiecznie przeprowadza przez nostalgiczną krainę pełną kontrastującego zimna perkusji i sielankowego ciepła pianina. Wreszcie linia basu prowadzi jak gdyby dialog z wokalistką, wyrażając swoją opinię na temat tematu piosenki. Bas wyraźnie wie, o co mu chodzi, jest pewien swojego zdania i zdecydowanie je artykułuje. Cała linia basowa grana jest na instrumencie typu fretless lub na elektrycznym kontrabasie, dzięki czemu słuchacz może delektować się długim sustainem i tym charakterystycznym, plastycznym odgłosem slidu przy zmianie dźwięków. Najcudowniejszym momentem trwającego cały numer sola jest pasaż ( w przedstawionym fragmencie w 9. takcie) na akordzie Dm, który w magiczny sposób maluje przed słuchaczem jak gdyby impresjonistyczny szczyt, na który się słuchając wspinamy ( dochodzimy od dźwięku d do d w oktawie) i z którego delikatnie spływamy w jak gdyby dysonansową sekstę małą, która zarazem stanowi prymę kolejnego akordu, tj. B. Dobór dźwięków w połączeniu z brzmieniem instrumentu to prawdziwy geniusz prostoty idealnie dopasowanej do klimatu nagrania. Niewątpliwie duże znaczenie ma także fakt dodania leciutkiego pogłosu na bas, dzięki czemu jego sound staje się jeszcze głębszy, rzewniejszy, bardziej przejmujący, wyrazistszy, bardziej lekki, zwiewniejszy, oniryczniejszy, bardziej ilustracyjny i bardziej nostalgiczny. 

Hounds of Love (1985)
Na końcu mamy do czynienia z linią wokalną, historią opowiedzianą tak subtelnie i prawdziwie, że jest się skłonnym w nią uwierzyć. Tekst opowiada o relacji matki z dzieckiem, o psychotycznej, patologicznej relacji, w którą uwikłane są najgorsze czyny, jak morderstwo i reperkusywnie głębokie poczucie winy. Matka jednak zostaje matką, czyli mimo całej swojej wiedzy o dziecku chroni je za wszelką cenę, spełnia z bólem swoją społeczną rolę pocieszycielki i głęboko cierpiącej opiekunki, która zapewnia schronienie i pocieszenie wbrew sobie, skazując się na dychotomię osobowości, swoistą matczyną schizofrenię... Oczywiście interpretacji tekstu może być wiele, niemniej zawsze jawi nam się niewiarygodnie nostalgiczna i zarazem romantyczna wizja relacji. Warstwa liryczna podkreślona jest prostą, ale niewiarygodnie teatralną i przejmującą melodią o jednolicie smutnym charakterze, z wielokrotnie powtarzaną tercją małą (dźwięki e i g). Śpiew Kate Bush jest przejmująco prawdziwy, ze względu na swoją teatralną interpretację i jakby szeptane, pełne niepokoju i bólu wersy. Prócz głównej linii melodycznej mamy w utworze do czynienia także z przejmującymi krzykami, które dopełniają całego obrazu. Oczywistym jest także wpływ barwy głosu wokalistki, która sama w sobie ma coś smutnego i zarazem magnetyzującego w brzmieniu, na kształt całej piosenki. 

Podsumowując, uważam, że Mother Stands for Comfort to jeden z najprawdziwszych, najpiękniej zaaranżowanych, zagranych, zmiksowanych i zmasterowanych miniaturowych dzieł w całej historii muzyki popularnej. To genialne połączenie siły prostoty i dosadności z pastelową, smutną harmonią i hipnotycznym wokalem, które zostaje w głowie na całe życie. Perła. Gdyby chcieć zrobić dźwiękową wersję jednego z dzieł Zdzisława Beksińskiego, ten numer byłby do tego doskonałym kandydatem.

Mateusz Biegaj 

wtorek, 4 lutego 2014

Monika S. Jakubowska - nieprzewidywalna jak... jazz (JazzPRESS luty 2014)


The Parliamentary Jazz Awards jest jedną z najbardziej prestiżowych ceremonii wręczenia nagród w dziedzinie kultury i sztuki w Wielkiej Brytanii. Nagrody te są przyznawane nie tylko muzykom ale i dziennikarzom, fotografom, filantropom i innym ludziom jazzu. W tym roku w kategorii „Media Jazzowe” nominowana jest mieszkająca w Londynie fotografka Monika S. Jakubowska która dzięki swojemu talentowi i rosnącej rzeszy fanów, bierze udział w tegorocznej edycji konkursu. 
Konkurs składa się z trzech etapów.
W pierwszym z nich może wziąć udział każdy, kto chciałby nominować swojego ulubionego artystę jazzowego. Nominować możemy w następujących dziewięciu kategoriach: album roku, wokalista roku, instrumentalista roku, zespół roku, miejsce roku (tam gdzie odbywają się koncerty), nowa jazzowa postać roku, nagroda dla przedstawiciela mediów jazzowych, nagroda za nauczanie jazzu a także nagroda dla osoby zasłużonej konkursowi.

W drugim etapie komisja składająca się z ekspertów w dziedzinie jazzu wybiera 3-5 nominowanych w każdej kategorii.

W ostatnim z etapów grupa członków Parliamentary Jazz Awards wybiera zwycięzcę każdej kategorii. Gala wręczenia nagród jest organizowana w budynku parlamentu Wysp Brytyjskich.

Oto link do formularza, w którym - ABY GŁOS BYŁ WAŻNY - należy wypełnić wszystkie kategorie - nie tylko  Jazz Media Award. Zanim rozpoczęliśmy rozmowę, zadałem Monice pytanie: A na kogo Ty zagłosowałaś? Podała mi następującą listę:

http://www.jazzservices.org.uk/index.php/parliamentary-jazz-awards/-2014-entry-form

Jazz Album of the Year: Ray Russell: Now More Than Ever
Jazz Vocalist of the Year: Liane Carroll
Jazz Insturmentalist of the Year: Gary Husband
Jazz Ensamble of the Year: Fletch's Brew
Jazz Venue of The Year: Official Ronnie Scott's Jazz Club & Ronnie's Bar
Jazz Newcomer of The Year: Tomasz Bura
Jazz Media Award: Monika S. Jakubowska
Jazz Education Award: Mark Fletcher
Services To Jazz Award: Keith Tippett


JazzPRESS lipiec 2012 by Monika S. Jakubowska
Pomimo, że Monika jest obecna na łamach naszego miesięcznika już od 2012 roku, wielu czytelników zapewne ciągle jeszcze nie kojarzy jej nazwiska. Wykonane przez nią zdjęcie mojej rozmowy z Tymonem Tymańskim, które ukazało się w numerze lipcowym oraz fotografia londyńskiego wirtuoza gitary akustycznej Maćka Pysza z numeru listopadowego, to jedyne dwa momenty 2012 roku, w których można było doszukać się napisanego niewielką czcionką jej imienia i nazwiska.

Mark Fletcher by Monika S. Jakubowska

Kolejny rok, oprócz kilku znakomitych fotografii, przyniósł JazzPRESS-owi pierwsze napisane przez Monikę teksty. Najpierw wspólnie zrealizowaliśmy wywiady z basistą i kontrabasistą Jakubem Cywińskim, brytyjską skrzypaczką i wokalistką polskiego pochodzenia Alice Zawadzki oraz z popularnym nad Tamizą promotorem jazzu Tomaszem Furmankiem, zaś w numerze kwietniowym 2013 pojawił się pierwszy i jedyny jak dotychczas tekst Moniki S. Jakubowskiej zatytułowany tajemniczo „Co Fletcher warzy w garze?”, który Monika zilustrowała dowcipnym i rozpoznawalnym w środowisku artystów Ronnie Scott’s zdjęciem. Wywiad popularnej Kropki - jak nazywana jest Monika w gronie przyjaciół - z Markiem Fletcherem, jednym z najlepszych i jednocześnie obdarzonym szczególnym rodzajem poczucia humoru jazzowych perkusistów naszych czasów, to jeden z najbardziej zapamiętanych przeze mnie artykułów muzycznych, jaki kiedykolwiek przeczytałem.

Monika w moim obiektywie


Monika S. Jakubowska urodziła się w Suwałkach. Dzieciństwo spędziła w łazience, którą ojciec-artysta przy pomocy kuwet z wywoływaczem i utrwalaczem zamieniał w prowizoryczną ciemnię. Od siebie dodam, iż zaraz po słynnych warszawskich, jest to bezsprzecznie najbardziej medialna łazienka o jakiej czytałem. Pierwsze zdjęcia DDR-owską lustrzanką Exakta Monika wykonała w wieku 4 lat. W brytyjskiej stolicy - jak sama mówi - znalazła swoje miejsce na ziemi. Oprócz fotografii jest pasjonatką muzyki, kaligrafii i odkrywania Londynu.


Betford River Festival 2012 by Monika S. Jakubowska

Zafascynowana jest także przyrodą i codziennością ludzkiego życia. Dlatego też obok uwieczniania artystów, pochłania ją także fotografowanie ulicy. Zdjęcia Moniki łatwo zapadają w pamięć i od czasu do czasu przewijają się w umyśle ich odbiorcy niczym niekontrolowany pokaz wirtualnych slajdów. Sprawdzone osobiście. Z wykształcenia jest anglistką, z zamiłowania dziennikarką, poetką, plastyczką i radiowcem. Przed laty była także wokalistką zespołów Blues Dla Małej i popularnego w Polsce zespołu wykonującego muzykę irlandzką Shamrock.



Monika z czasów Bluesa Dla Małej
To właśnie jako wokalistka zespołu Blues Dla Małej podczas festiwalu „Poezja u Gałczyńskiego” w Praniu, koło Rucianego-Nida, Monika po raz pierwszy zobaczyła koncert tria Janusza Strobla, z Piotrem Biskupskim za perkusją i Mariuszem Bogdanowiczem na kontrabasie. Uwiedziona brzmieniem kontrabasu, wykonała wówczas kilka pamiątkowych zdjęć, które z czasem gdzieś przepadły. W najśmielszych planach siedemnastoletnia wówczas wokalistka z pasją fotografowania nie mogła zapewne przypuszczać, że tym sposobem rozpoczęła się jej ekscytująca przygoda z jazzową fotografią.

Dominika Zachman by Monika S. Jakubowska
Z czasem Londyn pochłonął ją bez reszty. To tutaj poznała niezliczoną ilość muzyków jazzowych. Najpierw były to środowiska polskie. Dzięki nieprzeciętnemu talentowi, jej fotografie zostały jednak bardzo szybko zauważone w kręgach najbardziej uznanych gwiazd jazzu na Wyspach. „Żeby grać w Londynie, trzeba być najlepszym, a najlepsi mają szaleństwo w oczach, albo w palcach. Tacy są nabrzmiali pasją, zatraceni, wręcz naelektryzowani. Muzyk w emocjach, ja rozemocjonowana i wtedy naciskam "spust". Tak właśnie lubię najbardziej!” - opowiada o swojej pasji.


Papa George by Monika S. Jakubowska
Pomimo, iż w swojej kolekcji posiada niezliczoną ilość zdjęć muzyków reprezentujących inne gatunki, intuicyjnie najbardziej ciągnie ją do jazzu. Pewnie dlatego, że w jazzie - jak sama podkreśla - nie ma miejsca na fałsz. Jest za to gruby margines nieprzewidywalności i duża dawka improwizacji. Dokładnie w ten sam sposób można zdefiniować jej fotografie. To właśnie za pomocą obiektywu Monika wyraża się najprecyzyjniej, odczuwając największą radość, gdy słyszy od ludzi, że podoba im się sposób w jaki na nich patrzy. Otrzymuje zlecenia od najbardziej renomowanych klubów Londynu. Mimo, iż można ją było wielokrotnie spotkać w Ronnie Scott’s, Pizza Express czy Royal Albert Hall, najcieplej wspomina swoją rozmowę z legendą polskiej fotografii jazzowej Markiem Karewiczem, uznając ją za jedno ze swoich największych przeżyć. Mimo wielu sukcesów, Monika nie spoczywa w swojej pracy na laurach. Ma coraz to nowe marzenia. Ciągle jeszcze nie spotkała jednego ze swoich największych idoli - Pata Matheny i z tego powodu z niecierpliwością czeka na jego czerwcowy londyński koncert.

Adam Bałdych by Monika S. Jakubowska
Marzy także o tym, co mi udało się już dwukrotnie – spotkać Leszka Możdżera, z którym - pomimo, iż kilka razy gościł już w Londynie - nieustannie się mija.

Posiada w swojej kolekcji fotografie tak uznanych muzyków jak Steve Hackett, Nigel Kennedy, John Etheridge, Norma Winston, Liane Carroll, Gwilym Simcock czy Mark Fletcher. Zdecydowana większość jej zdjęć to jednak polscy artyści - fotografie Adama Bałdycha, Krystyny Prońko, Tymona Tymańskiego oraz przedstawicieli sceny rockowej - zespołów Kult, Hey, T. Love. i wielu innych. Swoje zdjęcia wykonuje pełno-klatkowym Nikonem D600 używając kilku wymiennych obiektywów. Wybór szkła zależy w największym stopniu od miejsca w którym pracuje. Jazz lubi półmrok. W związku z tym, za swój priorytet Monika uznała zakup tak zwanych „jasnych” obiektywów, które pozwalają na dobrą jakość zdjęcia pomimo mrocznych warunków. Wielokrotnie z uśmiechem i zarazem nieskrywanym podziwem obserwowałem jej słynną już „obiektywną żonglerkę”, wyrabiając sobie na podstawie tej obserwacji subiektywną opinię o jej wysokim profesjonalizmie.



Yaron Stavi by Monika S. Jakubowska
Monika uważa, że pomiędzy muzykiem a instrumentem, na którym gra, zachodzi jakaś szczególna, nieuchwytna więź. Mimo, iż sama muzykiem nie jest, we wczesnej młodości odkryła również własną, intymną relację z... kontrabasem. Niedawno publicznie wyznała, iż została wówczas przez kontrabas uwiedziona i... tak już jej zostało po dziś dzień. Rzeczywiście, oglądając jej fotografie mistrzów tego instrumentu, najpełniej - w mojej opinii - można dostrzec owo artystyczne szaleństwo w oczach, o którym pisałem wcześniej, cytując jej słowa. Niedawno w Ronnie Scott’s Monika wykonała pewne zdjęcie, z którego była szczególnie zadowolona. Najwyraźniej podobnego zdania byli także gospodarze tego szacownego dla jazzu historycznego miejsca, gdyż bardzo szybko fotografia ta trafiła na oficjalną stronę klubu.

I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu Monika miała marzenie, aby wyjechać na wojnę. Chciała tam wykonać fotografię, dzięki której mogłaby odmienić myślenie możnych tego świata, którzy właśnie dzięki jej zdjęciu mieliby zaniechać polityki zbrojeń na rzecz o wiele bardziej humanitarnego wydawania pieniędzy podatników.

Demonstracja EDL w Luton by Monika S. Jakubowska
Na szczęście nigdy tam nie pojechała. Przyjaźnię się z Moniką już ładnych kilka lat. Zrealizowaliśmy wspólnie niezliczoną ilość dziennikarskich projektów. Przyznam się, że zdecydowanie wolę żyć radością oczekiwania na jej kolejne fantastyczne fotografie, niż złudną nadzieją, że te wszystkie szczytne pacyfistyczne idee mogą kiedykolwiek zacząć obchodzić polityków. Dawno, dawno temu także byłem romantykiem, który chciał zmieniać świat. Dziś chyba nadal czuję się romantykiem, który woli jednak pisać o muzyce, niż liczyć na polityczny lub gospodarczy cud.

Jedna z londyńskich ARTerii w obiektywie Moniki
Posiadam wewnętrzne przekonanie, że właśnie poprzez opisywanie i fotografowanie sztuki, mamy o wiele większą szansę - jako dziennikarze - zmienić znacznie więcej w umysłach ludzkich, niż stawiając sobie cele utopijne, choćby były one najpiękniejsze. Gratuluję mojej utalentowanej przyjaciółce tak zaszczytnej nominacji, a szanownych Czytelników magazynu JazzPRESS namawiam do zabobonnego trzymania kciuków w intencji jej zwycięstwa.


Monika by Paweł Fesyk
Mógłbym o Monice jeszcze pisać i pisać, ale pomyślałem sobie... co ja o niej napiszę, jeśli gwiazdy, planety i Wasze/nasze kciuki tak się ułożą, iż to właśnie Kropka sięgnie po najwyższe trofeum? Muszę sobie na taką ewentualność zostawić coś w zanadrzu. Wszak - jak zwykła mawiać pewna osobiście znana mi i Monice postać medialna - najważniejsze przecież jest zachowanie proporcji...

Ps. Z ostatniej chwili – Po ostatniej publikacji zdjęć Moniki, na pewnym profilu społecznościowym, w kolejce „po portret” ustawił się znany pianista i perkusista jazzowy Gary Husband. Publicznie i bez skrępowania wyznał, że „do tej pory nie widział bardziej mocarnych fotografii” niż te które robi Monika…

Wywiad Moniki z Markiem Fletcherem znajduje się tutaj
Niedawny wywiad z Moniką "Uwiedziona przez kontrabas" znajduje sie tutaj
Wywiad Oli Jungi z Moniką z roku 2012 znajduje się tutaj

Jubileuszowy Konkurs MUZYCZNEJ PODRÓŻY rozstrzygnięty!


Muzyczna Podroż narodziła się w październiku 2011, czyli po około sześciu miesiącach mojego pisania dla londyńskiego (wówczas jeszcze) dwutygodnika NOWY CZAS. Był to szczególny moment w mojej dziennikarskiej przygodzie. Zakończyłem właśnie współpracę z ukazującym się w Luton tygodnikiem Wizjer, gdzie jako redaktor muzyczny spędziłem blisko półtora roku, biorąc czynny odział w organizacji dwóch edycji WOŚP i realizując audycje - najpierw dla związanego z tamtejszym Magazynem Lokalnym internetowego radia FLASH, a następnie na falach brytyjskiego DIVERSE FM. Rozpoczynając jesienią 2011 archiwizowanie wszystkich napisanych od 2009 roku dla WIZJERA recenzji płyt i koncertów oraz bieżących artykułów i wywiadów realizowanych już dla NOWEGO CZASU, nie przypuszczałem, że wkrótce moje dziennikarstwo prasowe rozszerzy się również o teksty skierowane do Czytelników warszawskiego JazzPRESS-u oraz wychodzącego w Sosnowcu kwartalnika Lizard. Okazjonalnie zdarzyły mi się także wywiady i recenzje do takich pism jak:

Magda Danicka
klikasz w tytuł i czytasz artykuł :-)
londyński Lejdiz - wywiad z Marią Peszek (wspólnie z Moni,ą S. jakubowską)
toruńskie Nowiny - wywiad z Kompleksem Małego Miasteczka
brytyjski London Jazz - wywiad z Leszkiem Możdżerem w tłumaczeniu Justyny Fenrych

Lord Wizzard
Niekoniecznie wszystko to, co w powyższym zestawieniu się znajduje, pokrywa się z tym, co o swoim pisaniu uważa sam autor. Z  Muzyczną Podróżą jest podobnie jak z każdą inną listą przebojów - o popularności decyduje wypadkowa wielu zapatrywań i różnorakich upodobań. Wszak już Starożytni powiadali: "de gustibus non est disputandum".

Monika S. Jakubowska


Ktoś kiedyś zapytał mnie, które teksty szczególnie zapisały się w mojej pamięci. Jest ich sporo, a poniższe nie stanowią jakiegoś szczególnego TOP10, ale każdy z nich wniósł coś nowego do mojego pisania, a ich kolejność nie jest jakimś szczególnym rodzajem rankingu.

klikasz w tytuł i czytasz artykuł :-)
Skrzypce były mi pisane - rozmowa z Adamem Bałdychem (JazzPRESS luty 2013)
Pink Floyd - The Wall (UK) 1979 Wizjer nr 67 - 70
Dziki, Buch, Likus (Nowy Czas nr 193/194)
Wywiad z Tymonem Tymańskim (JazzPRESS lipiec 2012)
Na Muzycznej Podroży ukazały się także gościnnie artykuły napisane przez takich autorów jak:
klikasz w tytuł i czytasz artykuł :-)
Aleksandra Junga - Wywiad z Moniką S. Jakubowską
Katarzyna Górnaś - Recenzja albumu Voo Voo i Haydamaky 
Magdalena Danicka - Cree komercyjne
Monika S. Jakubowska - Co Fletcher warzy w garze
Lord Wizzard - Spóźniony buntownik cz.1 
Mateusz Fenrych - Passion Project - Mateusz Fenrych talked to Sławek Orwat about Polisz Czart (Nowy Czas 198)

Muzyczna Podróż to także ilustracje do tekstów. Bardzo wielu autorów wniosło swój wkład do tego, dzieła, ale szczególne podziękowania w tym temacie należą się Monice S. Jakubowskiej za profesjonalne zdjęcia.

Ogłaszam konkurs na artykuł 
o tematyce muzycznej
Najciekawsze prace zostaną opublikowane na Muzycznej Podróży, a trójka Autorów najwyżej ocenionych prac otrzyma nagrody w postaci płyt i książek o tematyce muzycznej.
Tekst musi być wyłącznie autorski i nigdzie dotychczas niepublikowany, 
a stwierdzenie plagiatu automatycznie eliminuje pracę z konkursu.


Regulamin konkursu
1. Forma artykułu:
a) Recenzja płyty (longplay lub EP)
b) Recenzja koncertu + fotografie z tego wydarzenia
c) Autoryzowany wywiad z człowiekiem mającym ścisły związek z muzyką (artysta, promotor, wydawca, organizator koncertów itp) + fotografie
d) Artykuł wyrażający poglądy autora na wszystko, co dotyczy muzyki i współczesnego show biznesu + fotografie ilustrujące
e) Artykuł o charakterze krytycznym, wspomnieniowym lub biograficznym, którego temat dotyczy świata muzyki + fotografie ilustrujące
2. Każdy uczestnik konkursu może nadesłać nieograniczoną ilość prac.
3. W konkursie nie mogą brać udziału osoby związane rodzinnie i redakcyjnie z autorem bloga, co oczywiście nie wyklucza pojawienia się ich tekstów na łamach Muzycznej Podroży niezależnie od konkursu.
4. Wszelkie pytania dotyczące konkursu proszę kierować na adres slaorw@wp.pl Powtarzające się wątpliwości będą rozwiewane na bieżąco pod niniejszym regulaminem.
5. Ilustrujące artykuł fotografie podpisane imieniem i nazwiskiem autora mogą być wykonane własnoręcznie, bądź przez inne osoby, które wyraziły zgodę na ich publikację. 
6. Każdy uczestnik konkursu automatycznie wyraża zgodę na publikację nadesłanych tekstów i ilustracji na niniejszym blogu.

Termin nadsyłania podpisanych imieniem i nazwiskiem oraz opatrzonych fotografią autora niepublikowanych nigdzie wcześniej prac upływa z dniem 31 grudnia 2013
i może zostać przesunięty z uzasadnionych powodów
Prace proszę nadsyłać na adres:
slaorw@wp.pl 

Mam przyjemność poinformować, iż do finału Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży zostało zakwalifikowanych 5 prac. Zwycięzcę oraz kolejność wszystkich nadesłanych artykułów wyłoni szacowne Jury, w którego skład wchodzą:

Fryderyk Nguyen - współzałożyciel zespołu Katedra, blogger, student III roku Filologii Polskiej
Jacek Ozaist - literat, dziennikarz Nowego Czasu, znawca dobrej kuchni kuchni i dobrej muzyki
Łukasz Orwat - Miłośnik literatury. student III roku Filologii Polskiej, blogger
Marek Szpyra - promotor polskiej sceny rockowej Londynu w Polsce. Dziennikarz 
Monika S. Jakubowska - prezenterka Polisz Czart, ceniony fotograf. Dziennikarz
Mirosław Bogusz - właściciel portalu "Informator Herdfordshire". Stały słuchacz Polisz Czart
Sławek Bednarski - rysownik, satyryk i miłośnik muzyki rockowej. Dziennikarz
Tomek "Galik" Gala - b. perkusista Zielonych Żabek, zwycięzca Jarocina '88
Tomasz Furmanek -  song-writer i wokalista jazzowy, promotor koncertów. Dziennikarz
Tomek Likus "Dziki" - Twórca firmy BUCH IP. Organizator największych polskich gigów w UK

Wyniki zostaną ogłoszone na początku lutego. Raz jeszcze dziękuję wszystkim Uczestnikom konkursu oraz 10-ciu Sprawiedliwym, którzy uczynią mi ogromny zaszczyt i wybiorą Laureatów. Myślę, że nie był to ostatni taki konkurs i już wkrótce należy spodziewać się kolejnych emocji 

Okazało się, że rozbieżność gustów wyżej wymienionych Osobowości przerosła moje wyobrażenia. Wyniki konkursu po podliczeniu wszystkich głosów przedstawiają się w sposób nastepujący:

Tekst nr 4 - 35 pkt
Tekst nr 5 - 30 pkt
Tekst nr 2 - 30 pkt

Jak widać, różnice punktowe są tak niewielkie, iż każdy z uczestników dopuszczonych do ścisłego finału konkursowego może się czuć moralnie jego zwycięzcą. Dla podtrzymania napięcia, wyniki będę publikował stopniowo. Dziś zaczynam od pozycji nr 5. Kryje się pod nią artykuł niezwykle fachowy i w tym miejscu chciałbym oddać ogromny szacunek jego autorowi, który w mojej opinii odznacza się nie tylko ogromną wiedzą muzyczną, ale jako muzyk także wielkim szacunkiem dla dokonań artystycznych Kate Bush, z czym nie kryje się, pisząc o niej w swojej biografii jak o malarce dźwięków. Gratulacje Mateuszu i... jak sądzę, najlepsze czasy dla Ciebie, jako autora artykułów muzycznych dopiero są przed Tobą.