piątek, 18 listopada 2011

Pysz(na) uczta jazzowa (Nowy Czas nr 175)



- Od kiedy grasz na gitarze?

– Miałem 11 lat. To była Wigilia 1992 roku. Mój starszy o dwa lata kuzyn wystąpił przed całą rodziną i zagrał kolędę. Wszyscy bili mu brawo, a on stał się gwiazdą tego wieczoru. Byłem tym tak zainspirowany, że powiedziałem sobie: też tak chcę, też się nauczę. Zacząłem pobierać lekcje gry na gitarze, które odbywały się w moim mieście Rybniku. Pierwszym nauczycielem był gitarzysta zespołu Poziom 600 Andrzej Rogiński, u którego przez około dwa lata uczyłem się podstaw gry.
- Co cię bardziej inspiruje, blues czy jazz?

– Mój ojciec jest kolekcjonerem płyt. Posiada blisko 1000 kompaktów i winyli. Dorastałem w domu, gdzie słuchało się Milesa Davisa, Led Zeppelin i muzyki kubańskiej. Tato nie ograniczał się do jakiegoś określonego stylu. Jednego dnia można było usłyszeć Raege Against The Machine i kompozycje Bacha, innego dnia grupę Metallica i Johna Coltrane’a. Będąc nastolatkiem, nasiąkałem jazzem i muzyką latynoską. Słuchałem także gitarzystów bluesowych. Oni używają skali, która nazywa się pentatonika. Pomimo że jest w ich grze ogromna dawka ekspresji, do dyspozycji mają właściwie tylko pięć nut i czasami jeszcze kilka dodatkowych. Każdy początkujący muzyk zaczyna uczyć się improwizacji od bluesa. Ale ten gatunek posiada pewne ograniczenia w formie i w sposób naturalny chciałem wyjść poza ten rodzaj grania. Jazz stanowi rozwinięcie bluesa. W jazzie do dyspozycji jest wiele skal i każda nuta właściwie jest dozwolona. Uważa się powszechnie, że umiejętności gitarzystów jazzowych są dużo wyższe niż gitarzystów bluesowych czy rockowych. Nawet taki wirtuoz gitary, jakim był Frank Zappa, do zagrania fraz jazzowych wolał zaangażować George Duke’a.

- Nie ukończyłeś szkoły muzycznej, a jednocześnie doskonale opanowałeś jazzowy sposób gry na gitarze? Czy można tego nauczyć się samemu?
– Owszem, nie uczyłem się gry w szkole, ale cały ten materiał studiowałem w domu. To była niezwykle ciężka praca. Uczyłem się z tych samych książek, z których ludzie uczą się na uczelniach. Jest taka znana szkoła amerykańska Barklee College of Music w Bostonie. Dowiadywałem się, z jakich podręczników tam się uczą i zamawiałem sobie te same książki oraz czytałem mnóstwo autobiografii i wywiadów. Muzycy jazzowi nieustannie podkreślają, że najlepiej uczyć się grając z innymi oraz słuchając nagrań. Włączałem więc sobie np. płytę Milesa Davisa i usiłowałem improwizować. Próbowałem nauczyć się tych melodii ze słuchu, aby zobaczyć, jaka to jest skala i jakich nut oni używają. Jak widzisz, uczyłem się tego wszystkiego praktycznie, a później doczytywałem sobie pewne rzeczy z książek. Przerobiłem też wiele lekcji instruktażowych, wydawanych przez gitarzystów na kasetach video.

- Czy miałeś już wtedy swoich mistrzów?

– Najważniejszy gitarzysta, który zawsze mnie inspirował, to Al Di Meola. Mieszkając we Wrocławiu, pewnej nocy wysłuchałem jego płyty, która była w kolekcji mojego taty od lat, ale nigdy wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z nią. Zainspirowało mnie to tak bardzo, że zapragnąłem wówczas nauczyć się tak samo dobrze grać, robić to z taką samą ekspresją i podążać właśnie tą drogą. Po latach osobiście poznałem tego znakomitego artystę. Pewnego razu znajomy zrobił mi niespodziankę zapraszając mnie na tydzień do Mediolanu, gdzie Al Di Meola akurat występował w tamtejszym klubie Blue Notte. Był to rok 2006. Meola grał każdego wieczoru dwa koncerty i dzięki temu zobaczyłem aż dziesięć jego występów. Każdego wieczoru chodziliśmy razem na kolacje, a rok później pojechałem z nimi ponownie w trasę do Hiszpanii. Oczywiście że nie występowałem z nim, ale byłem niejako w zespole, nosiłem jego gitarę i od tamtego czasu widuję się z nim każdego roku. Ostatni raz spotkaliśmy się w czerwcu w Londynie. Zapytał mnie: „Maciek, kiedy dasz mi w końcu swoją płytę?”. Jest to dla mnie czytelny znak, że jest zainteresowany moją muzyką i myślę, że jest to najwłaściwszy czas, aby zaprezentować mu swoje nagrania.

- Twoja płyta demo firmowana jest jako Maciek Pysz Trio. Twój zespół występuje również jako kwartet. Z kim grasz?

– Perkusista Asaf Sirkis pochodzi z Izraela. To bardzo znana postać w świecie muzycznym. Nagrywał między innymi płytę z Chickiem Corea. Maurizio Minardi, grający na fortepianie, saksofonie i akordeonie, w swoim kraju ma już za sobą dość znaczącą karierę. Są jeszcze dwaj inni muzycy, którzy występują z nami na zmianę. Yuri Goloubev, kontrabasista z Rosji – przez dziesięć lat występował w Moskwie z orkiestrą symfoniczną – jest muzykiem klasycznym, który przeniósł się do jazzu. Obecnie mieszka pod Mediolanem i nie jest tak łatwo ściągnąć go na każdy koncert, więc jest też basista mieszkający w Anglii – Patrick Bettison, który gra na basie elektrycznym i na harmonijce. Wywodzi się on z bardzo znanego zespołu Acoustic Alchemy. Wszyscy ci instrumentaliści są ode mnie starsi o prawie 20 lat. Jestem przekonany, że właśnie w tym składzie wejdziemy do studia, by nagrać debiutancki album. Widzę u nich fascynację tym co robię i chęć uczestnictwa w moim projekcie.

- Grasz na gitarze, która zamiast centralnego dużego otworu ma kilka mniejszych w lewym górnym rogu.

– Jest to gitara Godin produkcji kanadyjskiej, która dzięki takiemu właśnie rozwiązaniu posiada nieco inny rodzaj brzmienia. Gra na niej francuski gitarzysta Sylvain Luc, znany angielski jazzman John McLaughlin, a także bardzo popularny gitarzysta z Beninu – Lionel Loueke.

- Gdzie wystąpisz w najbliższym czasie i jakie wiążesz z tym nadzieje?

– Za kilka dni, 25 listopada, wystąpię wraz ze swoim kwartetem w bardzo renomowanym londyńskim klubie Pizza Express: The Pheasantry, przy King’s Road. Jest to miejsce, gdzie bardzo trudno jest zorganizować swój wieczór. Jeden z promotorów tego klubu przysłuchiwał się moim koncertom, co zaowocowało zaproszeniem do zagrania w piątkowy wieczór, czyli w tzw. prime time. Nadzieje związane z tym koncertem to promocja mojej muzyki w środowisku brytyjskim. Jest to renomowane miejsce, gdzie spotyka się wielu znanych dziennikarzy, którzy bywają tam regularnie i dobrze znają środowisko muzyczne. Mam nadzieję, że przybędą na nasz występ widzowie reprezentujący różne środowiska, w tym także środowisko polskie, i już teraz za pośrednictwem „Nowego Czasu” serdecznie wszystkich zapraszam

czwartek, 20 października 2011

Kult na żywo (Nowy Czas nr 173)


Mimo trudnej do zliczenia plejady wybitnych twórców polskiej muzyki rockowej, tylko czwórce z nich w mojej opinii udało się przełożyć ambitny, autorski repertuar na sukces komercyjny. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że owi artyści czynili to przez dziesięciolecia nie siląc się zbytnio na artystyczne kompromisy z masowym odbiorcą. Nie jest to łatwe i już choćby z tego tylko powodu chylę czoła przed Grzegorzem Ciechowskim, Kasią Nosowską, Krzysztofem Grabowskim i Kazikiem Staszewskim.
Kazik będąc synem „podejrzanego ideologicznie” emigracyjnego poety,  już na starcie stał się obiektem „szczególnej troski” PRL-owskiej cenzury.  Zanim jednak zdecydował się sięgnąć do literackiej spuścizny swojego ojca, ujawnił ogromny talent i potencjał twórczy, a jego młodzieńcze teksty i kompozycje przebojem wdarły się w świadomość młodych ludzi schyłkowego okresu Polski Ludowej. Legenda Kazika Staszewskiego rosła z każdym wydanym albumem, a jego teksty nie pozostawiały suchej nitki na lansowanych przez różnoraką propagandę autorytetach. Dotykały one sfery religii, polityki, i bezlitośnie demaskowały hipokryzję pojałtańskiego modelu Europy („Arahja”, „45-89", „Komuna mentalna") oraz odradzającej się po 50-ciu latach polskiej demokracji („Jeszcze Polska”, „Łysy jedzie do Moskwy”, „100 000 000”). Koncerty Kultu i Kazika od początku przyciągały tłumy i przyciągają je do dziś niezależnie od tego, że teksty na ostatnich dwóch albumach są już znacznie mniej zaangażowane politycznie. Polacy mają do Kultu szczególny sentyment, a każdy jego koncert stanowi wydarzenie najwyższej rangi.

piątek, 7 października 2011

Inna - ta sama… Agatha (Nowy Czas nr 172)

Najczęściej publikowane wywiady stanowią efekt precyzyjnie umówionego wcześniej spotkania. Są jednak i takie, które odbywają się spontanicznie, a dziennikarz na gorąco zadaje pytania. Agatę Rozumek poprosiłem o rozmowę w drugim dniu lipcowej ARTerii w chwili, gdy Leszek Alexander przygotowywał nagłośnienie jej występu. Ta niezwykle skromna dziewczyna, posiadając niepospolity talent wokalny, wybrała sobie gatunek, w którym nie zdobywa się łatwo popularności. Jednak spośród prawie tysiąca uczestników to właśnie Agatha została zauważona przez dziennikarzy radiowej Trójki i wkrótce nagra swój pierwszy album. 16-go lipca w krypcie kościoła St. George the Martyr zadałem Agacie - jak się wkrótce okazało - prorocze pytanie: „Kiedy zamierzasz wydać swój pierwszy profesjonalnie przygotowany album z piękną okładką?” Usłyszałem wówczas odpowiedź: „To jest jak wszyscy wiemy bardzo skomplikowane. Teraz jest ten moment, że nareszcie wiem, czego chcę i jaka jest moja muzyka…” Wokalistka chciała jeszcze rozwinąć wizję nagrania swojego pierwszego albumu, ale właśnie w tym momencie zapis rozmowy na moim dyktafonie się urywa. Agatha została wywołana na scenę. Może to i lepiej, że nie zdążyła zbytnio uruchomić swojej wyobraźni. Zapewne w najśmielszych przypuszczeniach nie brała pod uwagę możliwości, że już dwa miesiące od naszego spotkania otrzyma propozycję nagrania debiutanckiego krążka.Czuję ogromną satysfakcję, że po raz kolejny talent obronił się sam, a tak powszechne w dzisiejszym show businessie „rozpychanie łokciami” i tworzenie wokół siebie atmosfery skandalu nie muszą stanowić reguły w odniesieniu sukcesu artystycznego. Cieszę się także, że udało mi się w lipcu namówić Agathę na tych kilka minut rozmowy, która po jej niedawnym sukcesie nabiera szczególnej wartości dziennikarskiej. Niedawno nasza artystka udzieliła wywiadu jednej z najbardziej znanych postaci polskiego świata muzycznego. Piotra Metza nikomu przedstawiać nie trzeba. Ten popularny dziennikarz radiowy gościł Agatę Rozumek w trójkowym programie „Lista Osobista” krótko po tym, jak swoim występem zdobyła serca warszawskiej publiczności. Należy podkreślić, że naszej wokalistce na gitarze akompaniował znany londyńskiemu środowisku dotychczas głównie jako fotograf - Krystian Data, autor niedawnej wystawy podczas ARTerii Nowego Czasu. Wywiad Agathy dla radiowej Trójki dostępny jest w Internecie, a ja zapraszam do przeczytania spontanicznego wywiadu, którego artystka udzieliła dla czytelników Nowego Czasu podczas lipcowej ARTerii.

Piejo Kury piejo... (Nowy Czas nr 172)

Tymon Tymański
   Zasiadając do napisania niniejszej recenzji, po raz pierwszy postanowiłem przygotować się do tej czynności w sposób naukowy. Kura nie jest być może najbardziej dumnym z ptaków, ale nie jest też ptakiem, koło którego przechodzi się obojętnie. W końcu każdy raz na jakiś czas lubi zjeść jajecznicę lub wybrać się na „chickena z frytkami”. Systematyka biologiczna zaliczająca kurę do rzędu Grzebiących, każe nam na nią spojrzeć nieco podejrzliwie, ale już fakt że mała kura koloru żółtego zwana kurczakiem kojarzy nam się z przebudzeniem do nowego życia, wywołuje znacznie przyjemniejsze emocje. Po co właściwie zagłębiam się w te zawiłe biologiczno-obrządkowe dywagacje zamiast skupić się na muzyce?
Tymon Tymański w roku 1992 był już artystą zaszufladkowanym. Kilka lat wcześniej postanowił znajdującej się w poważnej zapaści po rockowym boomie lat 80-tych muzyce jazzowej, nadać całkowicie nowe oblicze. Kiedy zorientował się, że to co stworzył jest tak awangardowe, że nie mieści się już w dotychczasowych kanonach jazzu, postawił grubą kreskę, a zjawisko artystyczne które powołał do życia, ochrzcił mianem „yass”. Jego grupa Miłość wykreowała przez lata takie osobowości jak Leszek Możdżer, Jerzy Mazzoll, Mikołaj Trzaska, Jacek Olter, Maciej Sikała i inni. Mając zapewnione miejsce w historii polskiej muzyki, Tymański nie rezygnując z dotychczasowej działalności, postanowił dodatkowo stworzyć zespół prześmiewczo-alternatywny łączący zamiłowanie do niekonwencjonalnych dźwięków z przyswajalnymi dla szerszego kręgu odbiorców tekstami, których dosadność a momentami nawet zamierzona obleśność, dotykała codziennej rzeczywistości pierwszych lat wolnej Polski oraz stanowiła pastisz różnych gatunków popkultury, ocierając się o  artystyczną prowokację i zamierzony kicz. Szukając w roku 1992 nazwy dla nowopowstałego projektu, która miała - jak to określili sami twórcy - oddawać „obszar heroicznych eksploracji dźwiękowych”, ku zdumieniu całego środowiska zaakceptował propozycję z patosem mającą niewiele wspólnego. I tak oto Kury z fasonem zasiadły na najwyższej grzędzie polskiej sceny niezależne

czwartek, 6 października 2011

Mój nowy czas (Nowy Czas nr 172)

Teresa Bazarnik - Wydawca i Grzegorz Małkiewicz - Redaktor Naczelny (fot. Sławek Orwat)

Włodek Fenrych (fot. Sławek Orwat)
Wszystko zaczęło się od... Włodka Fenrycha. Mieszkaliśmy wówczas w tej samej miejscowości, a Nowy Czas trafiał w moje ręce trochę podobnie jak „bibuła” w czasach słusznie minionych. Metoda kolportażu „z ręki do ręki” zamiast oficjalnej dystrybucji jednoznacznie budziła we mnie kombatanckie skojarzenia. Włodek prawie zawsze miał ze sobą kilka egzemplarzy, które rozdawał według sobie tylko znanego rozdzielnika. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka lat sam stworzę podobny rozdzielnik i będę częstował dostojną „bibułą” precyzyjnie wybrane osoby.

30 listopada 2009 roku Włodek zabrał mnie do krypty kościoła St. George the Martyr na nowoczasowe Andrzejki. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem ludzi, których znałem dotychczas tylko ze szpalt, a obecność Andrzeja Krauze przyprawiła mnie o zawrót głowy. Jako nastolatek byłem bowiem zagorzałym czytelnikiem tygodnika Kultura, w którym pan Andrzej bezlitośnie obnażał absurdy PRL-owskiej rzeczywistości. Rozmowy przewijały się jak w kalejdoskopie. Chłonąłem muzykę i obrazy. Wsłuchiwałem się w słowa i zapamiętywałem imiona. Wtedy poznałem też Monikę Lidke, Leszka Aleksandra, Sławka Żaka, Anetę Barcik oraz niezwykle serdecznych gospodarzy - Teresę i Grzegorza. Wiedziałem, że będę tu wracał.

Andrzej Krauze (fot. Sławek Orwat)
Bardzo dobrze zapamiętałem moment, w którym Grzegorz zaproponował mi pisanie dla Nowego Czasu. Świadomy swojego ówczesnego „miejsca w czasie”, nie przyjąłem jednak tej zaszczytnej propozycji. Za cztery dni miał się ukazać mój artykuł w debiutującym na rynku Luton lokalnym tygodniku Wizjer. Sądziłem, że więcej dobrego zrobię zapraszając poznanych tu ludzi na prowincję, niż zasilając sprawnie działającą instytucję dziennikarskich tuzów. Romantyczną misję zaniesienia ART-eryjnych artystów pod lutońskie strzechy realizowałem z uporem przez półtora roku. Wierzyłem, że jeśli nawet na koncerty Moniki Lidke, Sławka Żaka, Anety Barcik i Włodka Fenrycha nie walą tłumy, to i tak warto to robić dla świadomej swych potrzeb mniejszości.

9 stycznia tego roku przeżywałem gorące chwile. Współorganizowałem już po raz drugi z rzędu Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Gwiazdą tego dnia miała być Dominika Zachman. Niestety. Na kilka dni przed koncertem zmogło ją przeziębienie, a w jej zachrypniętym głosie słyszałem szczery żal. Lista artystów, którzy mieli zagrać dla dzieciaków ustalała się praktycznie do ostatnich chwil. Nie pamiętam już ile razy pokonywałem odległość pomiędzy sztabem, a sceną, ale doskonale zapamiętałem moment, kiedy w słuchawce telefonu usłyszałem głos Teresy: „Sławku jesteśmy z Grzegorzem w górnej części budynku na obiedzie i za chwilę będziemy”. Powitałem ich z radością i nieukrywanym wzruszeniem. Po artystach udało mi się w końcu ściągnąć do Luton także legendarnych twórców Nowego Czasu. Czułem, że dzieje się coś ważnego i sądziłem, że współpraca obu naszych środowisk jeszcze bardziej się zacieśni.


Krystyna Prońko na 4-lecie Jazz Cafe POSK 2011 - mój pierwszy tekst dla Nowego czasu to recenzja z tego wydarzenia
W filmie Stanisława Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” jest pewna scena. Główny bohater filmu wyprowadzony w pole przez swojego bliskiego współpracownika skonsternowany zadaje mu pytanie: „Co tu się dzieje, w Imię Ojca i Syna”, na co tamten udziela mu beznamiętnej odpowiedzi: „Zmiany, zmiany, zmiany”. 19 marca jechałem na koncert Krystyny Prońko do POSK-u jeszcze jako dziennikarz "Wizjera" z Luton. Pociąg do Londynu zmierzał swoim torem, a… zmiany swoim. Nie pierwszy raz w moim otoczeniu popkultura wygrywała ze sztuką, a masówka przyciągała ludzi, z którymi już nie było mi po drodze. Trudno. Nie byłem pierwszym Don Kichotem, który przegrywał z wiatrakami. Kilka dni po istotnych dla mojego dziennikarskiego życia zmianach, otrzymałem telefon od Grzegorza, którego przypadkiem spotkałem na koncercie pani Krystyny. Zapytał, czy nie zechciałbym napisać dla Nowego Czasu recenzję z tego wydarzenia. Tym razem nie odmówiłem.

Miałem w Nowym Czasie okładkowy artykuł i zdjęcie mojego autorstwa
Wielkość dziennikarza poznaje się nie tylko po tym jak pisze i jaką gazetę wydaje, ale przede wszystkim po tym, jakim jest człowiekiem. Nigdy nie zapomnę gościnności Teresy i Grzegorza podczas ostatniej ARTerii. Przygotowując dwudniową imprezę sceniczną, jaką jest Wielka Orkiestra, jestem w pełni świadomy na co porywają się ludzie, którzy podobne wyzwania rzucają sobie kilka razy do roku. Czasami wystarczy tylko zwykły brak kabla lub korek na autostradzie, aby cały misternie opracowany plan nagle runął. Umiejętność szybkiego znalezienia rozwiązania w obliczu scenicznej pustki lub wybranie właściwego numeru telefonu w chwilach organizacyjnego rozgardiaszu to jeszcze nie wszystko. Najistotniejsze jest to, aby w momentach w których nawet „oazom spokoju” puszczają nerwy, zachować pogodny wyraz twarzy nawet wtedy, gdy nie jest „do śmiechu”. Nie tak dawno napisałem artykuł, który zatytułowałem „Skazani na ARTerię”. Skazałem w nim Teresę i Grzegorza na dożywotnią organizację tej imprezy nie tylko z powodu mojej wielkiej miłości do muzyki.

Z tuzami Nowego Czasu - Andrzejem Krauze i Krystyną Cywińskaą
Nowy Czas szanuję najbardziej za rzadko spotykaną wrażliwość osób z nim związanych. Od wczesnej młodości byłem niepoprawnym romantykiem. Niektórzy nawet nazywają to naiwnością. Są tacy, którzy z owego romantyzmu wyrastają. Mnie się nie udało. Biorąc pod uwagę życiowy bilans zysków i strat z tym związanych, wolę jednak nie wyrastać. Bezkompromisowa obrona wolności słowa i informacyjna rzetelność to wartości dla mnie w dziennikarstwie najwyższe i to przede wszystkim dlatego skazałem twórców Nowego Czasu na dożywotnią organizacyjną aktywność. Grzegorz w swoich felietonach zawsze jasno wyraża swoje poglądy, nie zamykając jednocześnie łamów gazety, którą stworzył na inne punkty widzenia. Przykładem tej postawy są chociażby polemiczne felietony pani Krystyny Cywińskiej. Sposób przedstawiania swoich racji przez obie indywidualności pióra oraz wzajemny szacunek mogą stanowić lekcję kultury dla barbarzyńskich metod medialnego wyniszczania się coraz częściej spotykanego w polskiej prasie. Idąc za przykładem Włodka, staram się, aby nasz dwutygodnik trafiał do tych, którzy tęsknią za dziennikarską etyką. Otrzymuję dziesiątki odzewów od moich dawnych czytelników z Luton. Dziękują za każdy podarowany egzemplarz. Wyrażają zdumienie, że taka gazeta jak Nowy Czas istnieje i odwiedzają regularnie stronę internetową. Kilkoro z nich prosiło mnie nawet o przekazanie podziękowań za obronę Fawley Court. W ich imieniu i własnym czynię to niniejszym publicznie.

piątek, 9 września 2011

voo voo.męskie granie.pl (Nowy Czas nr 171)

Logo i sponsor "Męskiego Grania"
Spotkałem się z kolegą, bo kolega jest od tego i wypada czasem spotkać się z nim… Tymi słowami w ubiegłym roku Wojciech Waglewski wraz z Maciejem Maleńczukiem przekonywał publiczność do Męskiego Grania. Czy męskie spojrzenie na muzykę i sztukę aż tak bardzo różni się od damskiego, że należy to wyrażać za pomocą artystycznego separatyzmu? Waglewski postanowił udowodnić, że prawdziwi mężczyźni mają swój własny muzyczny świat. Lider Voo Voo znalazł promotora – Program Trzeci Polskiego Radia. Mimo iż ta zasłużona rozgłośnia lata największej świetności ma już za sobą, w dobie wszechogarniającej radiowej tandety ciągle nie ma sobie równych poziomem programów i jakością prezentowanej muzyki. Ideą Męskiego Grania jest pokazanie artystów reprezentujących nie tylko różne pokolenia, ale przede wszystkim różne gatunki muzyki i dotarcie do jak najszerszego grona odbiorców. Udało mi się dołączyć do widowni Męskiego Grania 27 sierpnia w Poznaniu, oraz porozmawiać z kilkoma artystami biorącymi udział w imprezie.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Pierwsza audycja radiowa poświęcona ARTerii Nowego Czasu


Radiowe spotkanie z bohaterem ARTerii Nowego Czasu z lipca 2011 roku  -  Krystianem Datą i Maćkiem Pyszem, można wysłuchać pod adresem:  

http://soundcloud.com/mr-data-1/music-portrait-personality

Krystian Data i Maciek Pysz po audycji
Za nami audycja radiowa poświęcona muzyce polskich artystów związanych z ostatnią ARTerią Nowego Czasu. Był to pierwszy taki program w mojej dwuletniej przygodzie z radiem na terenie UK. Postawiłem sobie wyzwanie przedstawienia przynajmniej po jednym utworze wszystkich osób związanych w jakikolwiek sposób z tym wydarzeniem, którzy nadesłali mi swoje nagrania. Audycję wraz ze mną poprowadzili zaproszeni przeze mnie: Krystian Data oraz Maciek Pysz i z tego powodu ich utwory w programie wystąpiły dwukrotnie. Ogromnie dziękuję wszystkim artystom oraz proszę o wybaczenie, że z uwagi na ograniczający mnie czas, mogłem przedstawić tylko poniższych 15 utworów:


DobraMind - Torn (Krystian Data i Tadeusz Pałosz)
Maciek Pysz Trio - The Things I Miss
Katy Carr - Kommander's Car
Agatha Rozumek - Dancing In The Rain
Marta Carillon - To nie tak
Pola Pospieszalska - You Disappear
Monika Lidke - They Say
The Jigsaw Trio - Pure And Simple (Ula Szczepanek i Jarek Sadowski)
Sabio Janiak - Spherical
Maciej i Mateusz Rychły & Włodek Fenrych - Zdaje się ze zrobię rząd
Arteria Jam Session July 2011 (fragment live)
Ghost Town & Banita Aite - Bitches In Da Zoo
Jazzphrenia - Left Foot (Marek Tomaszewski, Kostas Karidis)
Groove Razors & Chris Webb - Night With You (Tomek Żyrmont i Chris Webb)
DobraMind - Kołysanka (Krystian Data i Tadeusz Pałosz)