"Najbardziej zadowalającą częścią bycia Enyą, to kiedy ktoś podchodzi do ciebie i mówi, 'Twój album jest cudowny i mnie bardzo uszczęśliwił.' Wszystkie miesiące pracy wychodzą wtedy przez drzwi, a ty myślisz 'To wszystko było tego warte'."
Eithne Patricia Ní Bhraonáin (Enya)
Kiedy w roku 1970 powstała irlandzka grupa Clannad, nikt nie przypuszczał, że zespół ten wyznaczy wkrótce jeden z najważniejszych nurtów w muzyce europejskiej. Stylistyka new age z elementami muzyki celtyckiej od momentu powstania zespołu zdobywała z każdym rokiem coraz więcej słuchaczy na całym świecie, zaskakując tym chyba najbardziej samych twórców. Już właściwie w roku 1968 troje z dziesięciorga rodzeństwa - Máire, Ciarán i Pól Bhraonáin stworzyło grupę o trudnej do zapamiętania nazwie An Clann As Dobhair, którą w roku 1970 przemianowali na Clannad. Dziewięć lat po powstaniu nowej nazwy, do zespołu dołączyła kolejna wokalistka wywodząca się z rodziny Bhraonáin, grająca też na instrumentach klawiszowych - Eithne, znana później jako Enya. W roku 1982 Enya opuściła Clanad wraz z Nickiem Ryanem, ówczesnym producentem i menedżerem grupy. To właśnie oni oraz żona Nicka Roma Ryan - autorka tekstów stanowili o sukcesie artystycznym nowego projektu. Tylko do tej pory artystka sprzedała ponad 50 milionów egzemplarzy swoich albumów na całym niemal świecie i niewątpliwie na ten sukces ogromny wpływ miały jej rodzinne tradycje muzyczne. Dziadkowie Enyi wraz ze swoim zespołem wędrowali po wszystkich zakątkach
Irlandii. Ojciec był liderem grupy Slieve Foy Band, a mama tańczyła i
śpiewała w zespole Gweedore Comprehensive School. Sheperd Moons jest
albumem wydanym w roku 1991 i zawiera spójne stylistycznie, nastrojowe
ballady z charakterystycznym celtyckim brzmieniem, które stanowiło
inspirację dla sporej grupy późniejszych naśladowców artystki.
Enya na premierze filmu Słodki listopad (2001) fot. Niall More
Wielu wykonawców tak bardzo wzorowało się na stylu wypracowanym przez Enyę, że często byli myleni przez licznych odbiorców z nią samą. Dotyczy to m.in. projektu o nazwie Adiemus, czy też muzyki z filmu "Gladiator". Enya nigdy nie zabiegała o bycie celebrytką, a jednocześnie i tak potrafiła zdobyć znacznie większy rozgłos od wokalistek z pierwszych stron tabloidów. "Niektórzy artyści lubią bycie ważniejszym od swojej muzyki. Mnie to nie interesuje - mówi Enya - Nawet dzisiaj, gdy wchodzę do holu w jakimś hotelu, ludzie po prostu mnie nie rozpoznają. Ale wielu z nich zna moją muzykę. To dobrze dla niej i w zupełności mi to odpowiada. Swój sukces potrafię traktować z dystansem. Pozwalam muzyce wypłynąć." Najciekawszym utworem na płycie jest jedyna chyba kompozycja w karierze
artystki zagrana w rytmie "na trzy", charakterystycznym dla przeróżnych
odmian walca. "Caribbean Blue" podobnie jak cały album przenosi nas w
klimat celtyckich legend, odznaczając się ponadto nastrojem
wprowadzającym słuchacza w rodzaj tanecznego transu, będącego swoistą
muzyczną hipnozą. Enya często skarży się na brak wolnego czasu. Dlatego
jest on dla niej niezwykle cenny i lubi spędzać go w ciszy samotności.
„Czasami wychodzę ze studia i widzę zwykłych ludzi, którzy normalnie
pracują i wtedy im zazdroszczę”. Tęsknota za oderwaniem się od rozhukanej codzienności i zatopienie się w
mistyczny świat marzeń i snów... Kto z nas za tym nie tęskni? Chyba
właśnie dlatego gatunek muzyczny stworzony przez Enyę i jej rodzeństwo z
taką łatwością zdobył muzyczne rynki, pomimo że daleko mu do
przebojowości. Muzyka z albumu Shepherd Moons uzależnia i powoduje
ogromną potrzebę doświadczania ciągle nowych wrażeń wywołanych jej
słuchaniem. Odbiór tego rodzaju sztuki stanowi rodzaj misterium, podczas
którego uruchamia się prowadząca do kontemplacyjnych rozmyślań
wyobraźnia.
Rezydencja wokalistki w Killiney w Irlandii (fot. Sardaka)
Smakując muzyki z tej płyty, można odnaleźć utwory muzycznie bardzo złożone, świadomie poprzeplatane z piosenkami łatwiejszymi. Utwory takie jak chociażby wspomniany "Caribbean Blue" nigdy nie schodzą poniżej poziomu, do którego wokalistka przyzwyczaiła nas od lat. Są one jednocześnie czymś w rodzaju magnesu mającego przyciągnąć kolejną grupę odbiorców do odkrywania magicznego świata irlandzkich mitów i mistycyzmu Celtów. Przykładem tych mniej przebojowych i stanowiących główny nurt w twórczości artystki utworów, w których wyraźnie słychać echa zespołu Clanad, jest piosenka "Book of Days". Wokalistka świadomie dokonuje takiego zabiegu tłumacząc go w następujący sposób: "Nie boimy się mieć jednego bardzo skomplikowanego utworu, a później czegoś naprawdę łatwego. Jedna z najbardziej atrakcyjnych cech albumu to to, że nie starasz się, aby każdy dźwięk był ogromny, pozwalasz niektórym małym, wątłym, a nawet zwykłym dźwiękom stać samotnie w dużych lukach." Wieloznaczność treści stanowi niejako zaproszenie ze strony wokalistki do indywidualnej interpretacji. Enya często podkreśla, że treść piosenek w jej mniemaniu powinna być ściśle związana z linią melodyczną oraz z językiem, w jakim owe treści mają być przekazywane słuchaczom. Wokalistka uważa, że słowa powinny obracać się wokół melodii, a dość często język angielski w jej opinii niepotrzebnie ją obciąża. Stąd niektóre piosenki Enyi śpiewane są po irlandzku lub w łacinie, szczególnie ulubionym języku artystki. Wsłuchując się w mistyczne dźwięki Shepherd Moons zachęcam do zastanowienia się nad tym, co miał na myśli wokalista Kobranocki, kiedy śpiewał: "Czy to dla Ciebie coś znaczy, że kocham Cię jak Irlandię?"
W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłem Bedford River Festival. Impreza odbyła się jak zawsze nad czwartą pod względem długości rzeką Wielkiej Brytanii o wdzięcznej nazwie Great Ouse. Obok takich atrakcji jak wyścigi smoczych łodzi, festiwalowa parada, występy uliczne oraz regaty własnoręcznie wykonanych tratw, 17-go lipca nad Bedford rozbrzmiewała jak co roku dobra muzyka. Główną atrakcją festynu był występ grupy Hypnotic Brass Ensemble. Z dziewięciu muzyków zespołu, aż ośmiu to synowie znanego amerykańskiego jazzmana Phila Cohrana, specjalizujący się w grze na instrumentach dętych. Mimo, że pierwszą płytę muzycy wydali dopiero w 2004 roku, o wiele wcześniej znani byli z występów na ulicach rodzinnego Chicago. Koncertowali ponadto z tak znanymi artystami jak Erykah Badu. Jednak nie tylko o tej znamienitej formacji chcę dziś napisać, aby zachęcić do wizyty w Bedford podczas festiwalu za dwa lata. Liczne zespoły występujące przed chicagowskimi jazzmanami posiadały poziom w niczym im nie ustępujący. Na scenie królowała w sobotnie popołudnie i wieczór muzyka ska, reggae i calypso. Głównym supportem Hypnotic Brass Ensemble był wyśmienity, choć mało jeszcze znany wśrod polskich fanów brytyjski zespół grający muzykę ska z elementami reggae o nazwie New Groove Formation.
„Ona zjeżdża w dół, w otchłań świata, pobudza się by walczyć…
Raj może poczekać, a piekło dawno temu odeszło.
Gdzieś pomiędzy jest coś czego potrzebujesz i coś o czym wiesz,
A oni wciąż próbują kierować te schody w dół.
Ona kryje się na okręcie pełnym kości i bagaży.
Słychać grzmot i widać błysk w lawinie twarzy, które znasz”.
"Heaven Can Wait”
Charlotte Gainsbourg urodziła się 21 lipca 1971 roku w Londynie w brytyjsko-francuskiej rodzinie z tradycjami artystycznymi. Jej ojcem jest ogromnie popularny francuski piosenkarz z rosyjsko-żydowskimi korzeniami Serge Gainsbourg, matką natomiast znana brytyjska aktorka Jane Birkin. Jeśli do tego dodać wuja Andre Birkin'a, scenarzystę filmowego oraz babcię Judy Campbel - aktorkę, to możemy sobie wyobrazić atmosferę w jakiej artystka dorastała. Zapewne międzynarodowe pochodzenie oraz dzieciństwo spędzone w Paryżu miało niebagatelny wpływ na muzyczne zainteresowania oraz stylistykę w jakiej Charlotte wyspecjalizowała się. Jest uznawana za jedną z najlepiej śpiewających aktorek na świecie. Swoją karierę aktorską rozpoczęła w roku 1986, kiedy to zagrała u boku słynnej Catherine Deneuve w filmie „Paroles et musique”. W tym samym roku Charlotte zdobyła prestiżową nagrodę Cezara w kategorii "Najlepiej zapowiadająca się aktorka" za film „L'effrontée”. W 2000 roku zdobyła tą samą nagrodę tym razem w kategorii "Najlepsza aktorka drugoplanowa" za film „La Buche”.
"Spróbuj powiedzieć to, nim uwierzysz, że nie warto mówić kocham.
Spróbuj uczynić gest, nim uwierzysz, że nic nie warto robić.
Nic, naprawdę nic nie pomoże, jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości".
"Moja i Twoja nadzieja"
Debiutancka płyta zespołu Hey zdobyła poczwórną platynę i została okrzyknięta przez czytelników pisma Tylko Rock najlepszą polską płytą pierwszej połowy lat 90', a był to bez wątpienia okres dla polskiej muzyki przełomowy. Upadek PRL-u otworzył wprawdzie sztuce nowe możliwości, ale też nim rynek muzyczny w Polsce ukształtował się w pełni, od czasu Detoxu zespołu Dżem nie pojawiło się nic, co wywołałoby aż takie zainteresowanie jak właśnie ta płyta. Muzycy wstrzelili się idealnie w historyczny moment. Brudne brzmienie przesterowanych gitar perfekcyjnie dopasowało się na tym krążku do królującej w tym czasie na całym świecie i jak to określiła sama Kasia Nosowska - cudownej stylistyki grunge'owej. Fire to mieszanka kilkunastu solidnych kompozycji rockowych z kilkoma absolutnymi hitami, których siła rażenia jest odczuwalna po dziś dzień. "Zazdrość", "Teksański", "Zobaczysz", "Dreams" czy "Moja i Twoja nadzieja" na stałe weszły do kanonu polskiego rocka.
fot. Monika S. Jakubowska
W 1997 roku byłem mieszkańcem dotkniętego niespotykaną nigdy wcześniej powodzią Wrocławia. Piosenka "Moja i Twoja nadzieja" stała się wówczas hymnem tego dramatycznego czasu. Stając się czymś znacznie więcej niż "cegiełką" solidarności z powodzianami, został wydany na singlu w specjalnie na tę okazję nagranej na nowo wersji. W spontanicznie zaaranżowanym nagraniu oprócz Kasi Nosowskiej wzięli wówczas udział tak znani artyści jak Maryla Rodowicz, Czesław Niemen, Natalia Kukulska, Edyta Bartosiewicz oraz Grzegorz Markowski.
1993 rok był czasem, kiedy w świadomości polskich fanów rocka narodziła się postać nieznanej wtedy jeszcze aż tak powszechnie Kasi Nosowskiej - dziś niekwestionowanej królowej polskiej sceny muzycznej. Artystka po latach powiedziała o Fire następujące słowa: "Pierwsza płyta nagrywana była spontanicznie, bo po prostu chcieliśmy mieć na koncie jakiś album. Dla mnie celem nadrzędnym było posiadanie w ręku namacalnego krążka, który mogłabym pokazać moim rodzicom i udowodnić, że coś jestem warta".
Artur Grzanka
Niezwykłość Fire to jednak nie tylko grunge'owa stylistyka. To przede wszystkim niezwykle inteligentne i trafne teksty jak choćby "Teksański". Niedawno przebój ten Kasia wykonała na koncercie MTV w zupełnie nowym, bluegrassowym brzmieniu, którego poziomu nie powstydziłyby się najlepsze kapele z Nashwille. Największy jednak geniusz Kasi Nosowskiej to przede wszystkim posunięta do granic
możliwości ascetyczna oszczędność w wyrażaniu najbardziej głębokich
treści. "Zazdrość" jest najlepszą ilustracją tego genialnego trafiania w
sedno za pomocą zaledwie kilku wersów, czym utwór ten przypomina w
swojej formie ponadczasowy "Child In Time" grupy Deep Purple. Nie znam
lepszego, a jednocześnie bardziej trafnego spojrzenia na temat zazdrości w
historii nie tylko polskiej muzyki rockowej.
"Są chwile, gdy wolałabym martwym widzieć Cię.
Nie musiałabym się Tobą dzielić nie, nie.
Gdybym mogła schowałabym Twoje oczy w mojej kieszeni,
Żebyś nie mógł oglądać tych, które są dla nas zagrożeniem.
Do pracy nie mogę puścić Cię nie, nie.
Tam tyle kobiet, każda w myślach gwałci Cię.
Złotą klatkę sprawię Ci, będę karmić owocami.
A do nogi przymocuję złotą kulę z diamentami".
fot. Monika S. Jakubowska
Drapieżnie zaśpiewany i utrzymany w iście nirvanowskim, brudnym klimacie utwór "Zobaczysz" to opowieść o dramacie porzucenia przez ukochaną porównanym do skutków klęski żywiołowej. Mim, że jest to jedyny tekst z tej płyty nie napisany przez Kasie Nosowską, jest on świetnym przykładem spotykanego w wielu śpiewanych przez nią utworach tak charakterystycznego dla grunge'u nihilizmu. Słowa tej piosenki to wiersz Edwarda Stachury:
"A kiedy ona Cię kochać przestanie, zobaczysz noc w środku dnia.
Czarne niebo zamiast dnia. Zobaczysz wszystko to samo co ja.
A ziemia zobaczysz, ziemia to nie będzie ziemia. Nie będzie Cię nosić
A ogień zobaczysz, ogień to nie będzie ogień. Nie będziesz w nim brodzić
A woda zobaczysz, woda to nie będzie woda. Nie będzie Cię chłodzić
A wiatr zobaczysz, wiatr to nie będzie wiatr. Nie będzie Cię koić
A kiedy ona Cię kochać przestanie, zobaczysz obcą, własną twarz.
Jakie wielkie oczy ma strach. Zobaczysz wszystko to samo co ja
A wszystkie żywioły, będą Ci złorzeczyć. Lepiej byś przepadł bez wieści".
fot. Monika S. Jakubowska
Kasi Nosowskiej zdarzało się także pisać teksty w języku angielskim. Najlepszy z nich został - jak przypuszczam - w zamierzony sposób napisany właśnie w tym języku po to, aby jego dramatyczną treść wykrzyczeć na cały świat. Traktuje on o ohydnym i jakże często ukrywanym w wielu rodzinach procederze seksualnego wykorzystywania dzieci.
"Coś było w jej oczach. Myślę, że to lęk.
Dlaczego nie powiedziałaś mi mała dziewczynko, dlaczego tak się boisz?
Ostatniej nocy mój ojciec wszedł sam do mojego pokoju.
Był zupełnie nagi. Bardzo cicho zamknął drzwi. To nie był sen.
Wciąż czuję jego dłonie na moim drżącym ciele.
Chodź do mnie dziewczynko, trzymam Cię.
Już nigdy nie będziesz płakać. Złączmy dłonie
Zacznijmy rozmawiać z Twoim Bogiem. On będzie słuchał.
Twój pieprzony ojciec zginie w piekle, zapłaci za wszystkie winy".
Fire wyznaczył grupie Hey styl, którym zdobyła ona fanów i w ekspresowym tempie opanowała polską scenę muzyczną. Przypomnieć w tym momencie trzeba, że ojcem tej stylistyki był człowiek, który do dnia dzisiejszego posiada znaczącą pozycję w polskiej muzyce. Z ewolucją muzyczną Piotra Banacha jest trochę podobnie jak z moją. Może właśnie dlatego jest on mi tak bliski. Wyrastałem bowiem na ostrym rockowym brzmieniu końca lat 60-tych i dekady lat 70-tych.
Piotr Banach (fot. Margoz)
Hard rock jako bardzo szerokie pojęcie ze swoimi bluesowymi, jazzowymi i rock'n'rollowymi odcieniami wyznaczył mojemu pokoleniu pewien rodzaj estetyki muzycznej jak i tematyki zawartych w niej tekstów. Rock współczesny oddalił się moim zdaniem od tego wizerunku. Dostrzegam rzecz jasna wielu wartościowych wykonawców tego gatunku, czego wyrazem są prezentowane przeze mnie albumy z lat dziewięćdziesiątych jak i z obecnego stulecia. Więcej bliskich mi klimatów odnajduję dziś o wiele częściej niż w rocku w muzyce reggae i ska, których fanem zostałem w skutek trochę podobnej ewolucji jaką przeszedł twórca zespołu Hey, a obecnie lider formacji Indios Bravos. Piotr Banach powiedział o tamtym czasie swojej twórczości następujące słowa: "Płyty, które nagrywałem z Heyem są bardzo dobre. Wiadomo, że były na nich elementy takie, które dziś już mi nie odpowiadają, z których wyrosłem. Ale na tamten moment każda płyta, którą nagrywałem była tą najlepszą".
Kasia Nosowska może być dziś bez wątpienia porównywana z takimi gigantami polskiego rocka jak Grzegorz Ciechowski, Kazik Staszewski czy Krzysztof "Grabaż" Grabowski. Jej wokalna drapieżność i ekspresyjność połączona z bardzo osobistymi, jakże często brutalnymi tekstami stworzyły z niej artystkę wyjątkową i ponadczasową.
"Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość."
Kiedy po albumie Czy te oczy mogą kłamać znawcy muzyki okrzyknęli grupę Raz Dwa Trzy poetyckim cover bandem, muzycy postanowili udowodnić, że najlepsze dopiero przed nimi. Po kolejnym wydawnictwie zespól mógł albo spowszednieć, albo z rozmachem wejść do kanonu polskiej piosenki. Wszystko zależało od pomysłu na następną płytę. Adam Nowak i jego koledzy zaskoczyli wszystkich. Trudno nie wierzyć w nic to do dziś nie tylko najlepszy album grupy, ale także jeden z najlepszych polskich albumów po roku 2000. Zespół Raz Dwa Trzy wypracował nim swój niepowtarzalny styl, który wyróżnia go pośród wykonawców śpiewających piosenki poetyckie.
Pamiętam, że było wtedy bardzo zimno, ale aura, jaka zawsze bije z Adama Nowaka działa lepiej od kaloryfera
(fot. Marek Jamroz)
Basista Mirosław Kowalik oraz Jacek Olejarz grający na perkusji stworzyli jedyną tak grającą w Polsce swingująco-latynoską sekcję rytmiczną, co z czasem stało się znakiem rozpoznawczym zespołu. Grzegorz Szwałek grający na akordeonie dołożył się do całości brzmienia, wypracowując wspólnie z resztą muzyków unikalne aranżacje. Album treściowo trochę nawiązuje do niedawno prezentowanego przeze mnie albumu Czasem Lidii Jazgar i dotyka wartości stanowiących sedno naszego życia. Wiara, nadzieja i miłość... Powiedziano już o nich niemal wszystko. Dlaczego więc ciągle odczuwamy potrzebę rozmyślania o wartościach najwyższych? Dlaczego wypatrujemy za szczęściem nawet wtedy, gdy chwieje się nasza wiara w jego istnienie? W "Jutro możemy być szczęśliwi" nie słyszymy pytania „czy wierzyć?” Utwór zapewnia jedynie, że wiara ma sens i warunkuje istnienie nadziei. "Oto jest czas, on zmienić ma nas"... Jaki czas ma na myśli autor i co ten czas ma w nas zmienić? Czy nie należy najpierw wyciągnąć wnioski z przeszłości, aby teraźniejszość bezpiecznie wprowadziła nas w przyszłość? Czy słuchanie takich tekstów jest w stanie nas jeszcze poruszać, kształtować i wpływać na nasze postępowanie w zmaterializowanym świecie XXI wieku ?
fot. Sławek Przerwa
"Trudno nie wierzyć w nic" to piosenka o tym, co zostawiamy po sobie TU, gdy odchodzimy TAM oraz o tym z czego TAM będziemy rozliczani. Wiara, nadzieja i miłość przewijają się w tym albumie nieustannie a zespół każe nam na każdym kroku rozmyślać o sensie TEGO i TAMTEGO bytu. Ten sam wątek spotykamy w utworze "Mam imię nazwisko i pracę". Czym jest śmierć? Czy nasza jaźń nadal istnieje i czy tak naprawdę cokolwiek się zmienia w związku z przejściem do innego wymiaru? Życie po życiu... Czy nadal gdzieś jesteśmy? Czy dostajemy nową powłokę lub stanowimy jedynie cząstkę energii z zapisaną w podświadomości historią poprzedniego bytu? Czy poza zmianą postaciowości nadal myślimy i czujemy TU i TERAZ to, co odczuwaliśmy WTEDY i TAM ?
"Mam imię nazwisko i pracę. Wiem że to wszystko stracę pewnego dnia. Ze wzoru na moje życie wyliczę sobie w niebycie nowy los. Niezmiennie będę pisał cokolwiek bym nie myślał jako duch. I zwolnię trochę przestrzeni i nic się naprawdę nie zmieni, naprawdę nic."
Poszukiwaniu prawdy często towarzyszy zwątpienie lub niezrozumienie tego, co dla innych stanowi sacrum. Dokonując życiowych wyborów wielokrotnie stajemy oko w oko z ryzykiem zdrady samych siebie i sprzeniewierzeniem się własnym ideałom. Podobne przesłanie można znaleźć także na floydowskim Wish You Were Here i choćby już dlatego Trudno nie wierzyć w nic jest ważnym albumem poprzedniej dekady na polskim rynku muzycznym. Jego wyjątkowość polega również na tym, że poruszając skomplikowaną naturę ludzkiej egzystencji, wydawnictwu udało się zdobyć ogromną popularność. Czym jest Prawda? Ile razy nazywanie spraw po imieniu i wyrażanie swoich poglądów zabrało komuś życie lub wolność? A Miłość? Może zamiast rozmyślać o niej, lepiej jest po prostu kochać? A jeśli już kochać to tylko nad życie i być wtedy jak w apokaliptycznym przesłaniu - "Obyś był zimny albo gorący!". Nazywaj więc rzeczy po imieniu, jak głosi tytuł kolejnej piosenki. Lepiej wszak stanąć w prawdzie, niż stać tyłem do lustra.
"A gdybyś chciał się dowiedzieć co dobre i złe, szukał prawdy, zaiste wspaniały to cel. Nim zerkniesz w prawdy oblicze, żyj, ale kochaj nad życie. A gdybyś pokochał nad życie, to wiedz, że to prawdziwa jest miłość i taka ma sens. Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu."
Prawda, Szczęście, Nadzieja, Wiara, Miłość, Wierność... to takie wielkie i patetyczne słowa. Ale nie tylko o tym jest ta płyta. Słuchając tytułowej piosenki z Korowodu Marka Grechuty słyszymy słowa: "Stając zapatrzeni w obłoki i niebo, zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie, wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu". Litania pytań bez odpowiedzi. Po co żyjemy, dokąd zmierzamy i jaką mamy misję do spełnienia? Trudno nie wierzyć w nic godnie kontynuuje tradycje tego songu i czyni to nie kopiując wielkiego mistrza.
"Idę przed siebie tam, w innym kierunku niż wybrałbym sam nawet w przeciwnym lecz idę, więc chcę niestety nie wiem skąd ani gdzie. Idę by dotrzeć, idę by iść. Czynność jest skutkiem, przyczyną jest myśl. Jak idę tak przecież nie iść bym mógł, koniec na końcu są ślady mych stóp"
"Idę przed siebie"
"Jestem tylko przechodniem w tym a nie innym przebraniu. Mam papierosy i drobne i plan albo brak planu. W tym a nie innym miejscu, w tej chwili albo za chwilę. U zbiegu ulic czy w przejściu, gdzie będę albo już byłem".
Niechaj więc Szczęście będzie z Wami, a gdyby ktoś z Was kiedyś miał kiedyś moment zwątpienia w samego siebie... będzie "To znak". Wprawdzie "Jesteś tylko przechodniem", który powtarza sobie do znudzenia "Idę przed siebie" "I tylko to wiem". "Nazywaj [wówczas] rzeczy po imieniu" i powiedz swemu odbiciu w lustrze: "Jutro możemy być szczęśliwi" bo "Trudno nie wierzyć w nic". "Mógłbyś temu zaprzeczyć?"
"Jeśli potrafisz sprawić by ogień zachowywał się tak jak ty chcesz, to możesz robić rzeźby z ognia. W muzyce zaś robisz rzeźby z molekuł powietrza, gdyż zanim ktokolwiek usłyszy to co napisałeś musisz sprawić by molekuły powietrza drżały. Jest to jak tworzenie rzeźby, projektu, kształtu który narzucasz masie powietrza a co jest odbierane przez uszy widowni.”
Frank Zappa
Trudno precyzyjnie określić pochodzenie Franka Zappy. Przyszedł na świat w Baltimore w USA. Jego ojciec Francis Zappa urodził się na Sycylii, ale był pochodzenia grecko-arabskiego, natomiast matka Rose Marie Colimore była w trzech czwartych włoszką (z sycylijskimi korzeniami), a w jednej czwartej francuską. Jako dziecko Zappa był astmatykiem i zapadał na liczne schorzenia laryngologiczne. Jego lekarz zastosował przedziwny z dzisiejszego punktu widzenia rodzaj terapii. Umieszczoną w specjalnej sondzie grudkę radu, kilkukrotnie wprowadzał do nosa Zappy. Frank Zappa urodził się w roku 1940, więc jak łatwo się domyślić wiedza i świadomość ówczesnego społeczeństwa na temat radioaktywności i jej skutków dla organizmu człowieka była jeszcze w powijakach. Znając te wszystkie szczegóły, trudno się dziwić, że przyczyną śmierci genialnego gitarzysty była choroba nowotworowa. Bardzo często możemy także spotkać nosową symbolikę w muzyce i tekstach artysty a także na okładkach jego albumów.
"Hot Rats" jest drugim albumem zespołu Franka Zappy i przez sporą grupę miłośników jego talentu jest uważany za najlepszy w jego twórczości. Był to pierwszy album Zappy i jednocześnie jeden z pierwszych albumów na świecie nagrany na sprzęcie szesnastościeżkowym, co całkowicie zrewolucjonizowało przestrzenność brzmienia nagranego materiału. O szczególnym znaczeniu sekcji rytmicznej dla Franka Zappy świadczy fakt, iż aż cztery ścieżki z szesnastu, artysta zarezerwował dla perkusji. Ciekawostką jest fakt, że mimo że Frank Zappa znany jest powszechnie jako genialny gitarzysta, swoją karierę rozpoczynał właśnie od gry na perkusji. Nowatorski sposób nagrywaniapozwolił mu na tworzeniu ostatecznej wersji albumu już po zakończeniu sesji nagraniowej. Dzięki zastosowaniu tej techniki do nagranego materiału dołożono później saksofon i instrumenty klawiszowe. Do brzmienia albumu poza samym Zappą w ogromnym stopniu dołożył sięmultiinstrumentalista Ian Underwood grający na pianinie, organach, klarnetach i saksofonach. W utworach "Peaches en Regalia", "Son of Mr. Green Genes" i w "It Must Be a Camel" pewne fragmenty perkusyjne zostały dzięki nowatorskiej metodzie nagrane z podwójną prędkością.
Phil Manzanera, gitarzysta grupy Roxy Music wypowiedział o albumie następującą opinię: „Hot Rats pokazał całą głębię muzyki oraz maestrię gry na gitarze na wielu poziomach. Było w tym wiele różnych wpływów. Nie był to już tylko rock, ale muzyka klasyczna i zarazem awangardowa. Zappa był bohaterem”.
Ben Watson, biograf Zappy dodaje:
„To co robił Zappa jest przykładem najbardziej skomplikowanego i encyklopedycznego artyzmu w rocku. On nigdy niczym się nie ograniczał. Z biegiem czasu muzyka klasyczna okopała się w swojej niszy, ograniczając się tylko do tradycyjnej orkiestry. Sądzę, że Zappa jest odpowiedzią na ten problem. On chce używać wszystkich dźwięków dostępnych ludziom od czasu gdy Jimmy Hendrix zaczął grać na gitarze. Przeciwstawia się ograniczeniom mówiąc, że kompozytor może zużytkować dowolny dźwięk w dowolnej sytuacji, również gdy jest to histeryczna muzyka rockowa”.
Tommy Mars - klawiszowiec zespołu podkreśla perfekcyjność Zappy podczas nagrań.
„Zappa jest z pewnością największym muzycznym wszechświatem, w jaki się kiedykolwiek zanurzyłem, najbardziej wymagającym i najtrudniejszym do ogarnięcia. Nigdzie indziej nie spotkałem się z takimi wymaganiami, nie wspominając już o poziomie improwizacji. Zappa posiadał zdolność przechodzenia w ułamku sekundy od jednego dźwięku do dźwięku o zupełnie innym charakterze, w momencie najmniej oczekiwanym, z prędkością światła, jakby panował nad przestrzenią”. Trzeba było przyzwyczaić się do jego kalibracji dziwności i nieokiełznania. To co naprawdę w nim kochałem to, że nigdy nie można go było nabrać.”.
fot. Helge Øverås
Frank Zappa zmarł w grudniu 1993, a przyczyną śmierci był nowotwór prostaty. Choroba nie przeszkodziła mu spędzić ostatnich trzech lat życia w swoim studio w Hollywood Hills. Należał do tych artystów, bez których muzyka rockowa nie byłaby tym, czym jest obecnie. Nie tworzył chwytliwych przebojów, przez co dla wielu do dziś został nieodkryty. Podobnym przykładem z polskiej sceny była grupa SBB, której utworów trudno doszukać się na listach przebojów, a której dorobek płytowy przekracza wyobrażenie wielu miłośników muzyki.
Medialną izolację Frank Zappa tłumaczył w sposób nastepujący:
„Tworzyliśmy historię muzyki, ale to co robiliśmy pozostawało nieznane dla większej części publiczności. W Stanach Zjednoczonych nie jestem w ogóle zauważany. Zrobili wszystko co było w ich mocy aby nikt nie wiedział, że w ogóle istnieję. Jeżeli moje imię się pojawia to tylko w bezużytecznym kontekście. Jestem dla nich tylko facetem, który udał się do senatu aby kłócić się o świńskie teksty w utworach. Powodem dla którego amerykańskie media nie lubią się przyznawać, że istnieję to, to że mogę zawsze otworzyć usta i powiedzieć im coś, co jest oczywiste. Jeżeli oglądasz amerykańską telewizję albo słuchasz amerykańskiego radia, jest jedna rzecz, która przeziera przez wszystko. To wszystko, co tam jest, jest fantazją. Nie ma w tym grama rzeczywistości, a oni nie chcą, żeby ktokolwiek im to mówił. Przeraża ich to".
Zappa był powszechnie znanym zwolennikiem swobody seksualnej. Ten rodzaj fascynacji miał niebagatelny wpływ na teksty jego piosenek, co ilustruje pochodzący z albumu „Hot Rats” jedyny znajdujący się na nim utwór wokalny - "Willie the Pimp".
„Jestem małym sutenerem z włosami zaczesanymi do tyłu w spodniach khaki i błyszczących czarnych butach. Mam pewną małą damę, spacerującą tą ulicą i chronię ją przed każdym, kto chciałby wyrządzić jej krzywdę. Jeśli zapłacisz dwadzieścia dolarów, mogę cię od razu u niej ustawić. Szukaj mnie na rogu ulicy chłopcze i nie spóźnij się”.
"W Nowym Orleanie jest pewien dom, którego nazywają Domem Wschodzącego Słońca. Zrujnował on niejednego biednego chłopca. Matko powiedz dzieciom, żeby nie robiły tego co ja i nie zmarnowały życia w grzechu i biedzie w Domu Wschodzącego Słońca."
Ciekaw jestem ilu miłośników muzyki wie o czym traktuje "The House of the Rising Sun" - jedna z najbardziej charyzmatycznie zaśpiewanych ballad w historii rocka. Zanim utwór stał się nieśmiertelny dzięki interpretacji Erica Burdona i ekspresyjnej grze muzyków The Animals, była to znana w Nowym Orleanie jeszcze przed I Wojną Światową folkowo-bluesowa piosenka popularna także wśród jazzmanów tych okolic. Jej korzeni należy jednak szukać w XVII-wiecznej ludowej melodii brytyjskiej. Pierwszego oficjalnego nagrania tej kompozycji dokonał w 1928 roku bluesman Texas Alexander. Romantycznie z pozoru brzmiący tytuł "Dom wschodzącego słońca" nie ma nic wspólnego z upojnie spędzoną nocą przez zakochanych, których budzą pierwsze promienie poranka. W slangu anglo-amerykańskim miejsce to oznacza "dom uciech" nazywany powszechnie określeniem, którego z uwagi na różnoraki wiek czytelników nie przytoczę. W wersji pierwotnej tematem ballady był żal kobiety uwikłanej w środowisko hazardzistów i alkoholików i jak można się z treści domyślać, jej sposób na zarabianie pieniędzy nie miał nic wspólnego z utrzymaniem czystości lub podawaniem napojów pokerzystom. W wersji The Animals tekst został nieco zmieniony i zaśpiewany jest z punktu widzenia młodego mężczyzny, który przegrał wszystkie pieniądze i topił się w grzesznym życiu w tytułowym domu uciech. Utwór z założenia miał być rodzajem moralitetu bez szczęśliwego zakończenia i nieść przestrogę prostym mieszkańcom południa USA.