Urodziłam się 15 lutego 1987 w Mławie. Moja mama jest nauczycielką muzyki (gra na pianinie), a tata łapał się każdej pracy, ale z zamiłowania jest ogrodnikiem. Od roku 1990 mieszkaliśmy w Grudziądzu, skąd pochodzi tata i to właśnie tam się wychowałam. Mama szybko zdała sobie sprawę, że ciągnie mnie do muzyki. W domu było pianino i zawsze było też rodzinne granie i śpiewanie Mama zaczęła chodzić ze mną na egzaminy wstępne do szkoły muzycznej, gdy miałam 4 lata i co roku była odsyłana, gdyż zgodnie z przepisami naukę mogłam rozpocząć dopiero od siódmego roku życia. Jednak gdy skończyłam 6 lat, chyba mieli już na tyle dość jej uporu, że w końcu przyjęli mnie o rok wcześniej. Od 6-go roku życia gram na skrzypcach. Zawsze trochę buntowałam się przeciw surowej edukacji muzyki klasycznej. Z jednej strony uczyłam się, ćwiczyłam koncerty i sonaty, z drugiej grałam w zespołach punkowych i śpiewałam poezję śpiewaną. Pierwsze festiwale poezji śpiewanej zaliczałam już jako 14-latka. Od 15 roku życia zaczęłam grać w punkowym zespole “Pogromcy wdów i sierot”. Pogromcy rozpadli się, gdy miałam 18 lat, ale to doświadczenie zostanie ze mną na zawsze. W tym samym czasie gościnnie nagrałam swój wokal na albumie Białej Gorączki i występowałam na kilku koncertach z metal/hard corowymi chłopakami z Faust Again. Mocna muzyka zawsze była w moim sercu i tak już pozostanie :) Teraz też gram w zespołach bliższych moim nastoletnim przygodom. Dwa lata temu nagrałam płytę z post rockowym Years of Rice and Salt, a aktualnie nagrywam i koncertuję z jazzowo math rockowym Selectric. Skrzypce z distortion to jest to haha! Moja fascynacja jazzem też sięga mniej więcej tego samego okresu. Dzięki Pogromcom zaczęłam interesować się improwizacją i w tym samym czasie zaczęłam śpiewać w szkolnym big bandzie, gdzie poznałam pierwsze standardy jazzowe. Po zdaniu matury i egzaminów końcowych w szkole muzycznej II stopnia, wyjechałam do Warszawy, gdzie mieszkałam przez rok. Zdawałam wtedy na studium jazzowe do "Bednarskiej" i nie dostałam się.
fot. Monika S. Jakubowska
Obraziłam się strasznie na muzykę i mój brak talentu do jazzu i nie chciałam mieć z tym już nic wspólnego, wiec zaczęłam studia na UW na kierunku mongolistyka/tybetologia. Studia były wspaniale, szybko chłonęłam jerzyki i kulturę i jako buddystka do dziś posiadam znajomość alfabetu tybetańskiego :) ! Długo jednak bez muzyki nie wytrzymałam i w kwietniu pojechałam do Londynu na egzaminy wstępne do Tech Music School. Krotko po tym dostałam wiadomość, że zaoferowano mi miejsce na wydziale wokalu, więc spakowałam torbę i pojechałam do Londynu z £50 w kieszeni… Gdy przyjechałam, byłam praktycznie bezdomna. Spałam na squacie. Przez pół roku zaliczyłam cztery. Jedzenie pochodziło ze skipów. W dzień grałam na skrzypcach koło Southbanku, wieczorem pracowałam w restauracji. Pożyczki studenckiej niestety nie dostałam. W jakiś magiczny sposób udało mi się zarobić przez wakacje na tyle, żeby zacząć studia. Spędziłam w Tech Music Schools dwa lata studiując pop vocal i nie szlo mi tam zbyt dobrze. Po dwóch latach w akcie desperacji przeniosłam się na wydział klasyki do klasy skrzypiec i wreszcie czułam się jak w domu. Zdałam sobie sprawę, że muzyka pop nie jest dla mnie i skończyłam studia jako skrzypaczka! Teraz kończę mój post graduate diploma jako wokalistka jazzowa i wiem, że tylko wtedy, gdy będę mogła robić milion rzeczy na raz, będę usatysfakcjonowana :) Nie potrafię rozstać się ani z klasyka, ani z poezją, ani z punkiem, ani z jazzem, ani ze skrzypcami, ani z wokalem, ani z Polską… Myślę że nie ma w tym nic złego. Mówi się wprawdzie, że jak ktoś jest do wszystkiego, to jest do niczego, ale ja jednak mam nadzieję, że z moim zapałem uda mi się udowodnić, źe to nie do końca jest prawda.
Moja dziesiątka:
Fryderyk Chopin - Etiuda Rewolucyjna
Włodzimierz Nahorny - Jej Portret
Ewa Demarczyk (muz. Konieczny) - Pocałunki
Faust Again - The Truth Is Absolution
Marek Grechuta - Ocalić od Zapomnienia
ONA - Drzwi
Witold Lutosławski - Muzyka Żałobna
Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat
Biała Gorączka - Czerń
Krzysztof Komeda - Astigmatic
Gia Koka to młoda piosenkarka, która nie tylko śpiewa, ale i komponuje oraz pisze teksty. Urodzona w Polsce, wychowana w Holandii, podpisała kontrakt w Wielkiej Brytanii, gdzie pracowała z Martinem Terefe, producentem płyt zdobywających nagrody Grammy. Po tym cennym doświadczeniu przeniosła się do Hollywood, gdzie komponowała utwory wykonywane m.in. przez Leslie Clio, Leone Lewis, Kylie Minogue. Tragiczny wypadek nagle zburzył jej świat. Zmarł jej dziewiętnastoletni brat Dymitr „Skończyło się życie, które znałam. Przestałam odczuwać więź z tym, co robiłam. Takie wydarzenie zmienia cię całkowicie. Wróciłam do Europy. Nie wstawałam z łóżka, prawie cały czas płakałam” - wspomina.
Po kilku miesiącach postanowiła napisać pożegnalny list do Dymitra. Tworzy go dziewięć utworów zebranych na płycie Dymitri. „Wszyscy, którzy się zaangażowali w prace przy tej płycie, zrobili to z dobroci serca - mówi Gia - Nie było przyznanego na tę płytę budżetu, brakowało pieniędzy. Zrobiliśmy wszystko, co konieczne, aby płyta się ukazała. Wokal nagraliśmy w małym pokoju w polskim domu. Materiał zmiksowaliśmy w większości w samochodzie. Nie jest to płyta z tych dopieszczonych, jakie robi się pod modne trendy. To ja, mój głos, kiedy próbuję się jakoś uporać z bólem i staram się wydobyć coś pozytywnego z tak smutnego doświadczenia”. Słychać to na tej płycie. Piękne liryczne wątki, emocjonalne wykonanie i dźwięk pełen autentyzmu. Muzyka jest wyraźnie soulowa z jazzującymi muśnięciami tu i ówdzie… Dymitri to piękny zbiór szczerych i poruszających utworów o życiu, miłości, tragedii i rodzinie. Poświęcona chłopakowi, który odszedł o wiele za wcześnie.
Już na początku czerwca na jedynym koncercie w Polsce wystąpi legendarny niemiecki zespół Tangerine Dream, najważniejszy wykonawca muzyki elektronicznej, którego wpływ na rozwój późniejszych gatunków trudno przecenić. Tangerine Dream miał nie tylko ogromny wpływ na powstanie krautrocka czy new age, ale też w swojej bogatej dyskografii ma również arcydzieła muzyki filmowej - w tym ścieżki do takich filmów jak “Cena Strachu”, “Twierdza” czy “Ryzykowny Interes”. Liderem zespołu od 1967 roku jest Edgar Froese. Zespół wystąpi 4 czerwca w warszawskiej hali Arena Ursynów w ramach pożegnalnej trasy Phaedra Pharewell Tour 2014. Polska jest krajem szczególnym w historii Tangerine Dream. W 1983 roku
zespół wydał koncertowy album “Poland” będący rejestracją występu na
warszawskim Torwarze. W 2001 roku natomiast grupa wystąpiła w stolicy na
plenerowym koncercie z okazji otwarcia Mostu Świętokrzyskiego. Wbrew
nazwie trasy, zespół nie zapowiada całkowitego zakończenia działalności
lecz ograniczenie występów do jednorazowych eventów. Kto wie jednak czy
nie będzie to ostatnia okazja by zobaczyć Tangerine Dream na żywo w
naszym kraju?
W środę 4 czerwca 2014 w Hard Rock Pubie Pamela wystąpi kolejny legendarny zespół reprezentujący pierwszą falę punk rocka. Po The Vibrators i D.O.A. przyszedł czas na pochodzący z Manchesteru Slaughter & The Dogs. Istniejąca od 1975 roku grupa, na swojej obecnej trasie prezentuje materiał z pierwszej kultowej płyty " Do It Dog Style". Koncert w klubie przy ulicy Legionów będzie okazją do zapoznania się z punkowymi korzeniami, szczególnie, że supportować Brytyjczyków będzie Rejestracja. Zespół z Torunia zaprezentuje na tym koncercie swoją nową, winylową epkę. Materiał z tego krążka został nagrany na jednym z koncertów w Hrp Pamela i stanowi zapowiedź ich nowej, studyjnej płyty. Jako pierwszy tego wieczoru zagra zespół The Pils. Koncert tradycyjnie zaczyna się o godzinie 19-tej. Bilety w cenie 35/45.
Wywiad z Grzegorzem "Gelo" Sakerskim do przeczytania tutaj:
Pochodzący z Bielska-Białej zespół BUENOS AGRES, którego debiutancka EPka “Buenos Agres” została gorąco przyjęta przez media i fanów zakończył nagrania pełnego albumu studyjnego - na początku czerwca płyta zostanie poddana masteringowi przez Drew Lavyne, który pracował z takimi artystami jak Kings Of Leon, Taylor Swift, Adam Lambert czy The White Stripes. Na pełnowymiarowy krążek trafi dziewięć autorskich kompozycji zaśpiewanych w języku polskim. Cała płyta ukaże się w październiku 2014.
Tak muzycy komentują swoje nowe dzieło studyjne: "Trudno
jednoznacznie określić, jaka jest ta płyta. Możemy jedynie zdradzić, że
nie zabraknie na niej zarówno rockowego pazura, jak i spokojniejszych,
lirycznych dźwięków. Cóż... pozostaje nam wierzyć, że LP przypadnie do
gustu odbiorcom, a jeżeli udałoby się powtórzyć sukces poprzedniego
krążka, będziemy bardzo szczęśliwi."
Tuż po zakończeniu nagrań, Buenos Agres zrealizowali również teledysk do pierwszego singla p.t. “Prośba”, który ukaże się w połowie czerwca – galeria z planu klipu, który realizowała ekipa BFMedia jest dostępna na stronie zespołu:
Przypomnijmy że EP “Buenos Agres” ukazała się w 2013 roku i trafiło na nią 5 utworów, singlem promującym był utwór ‘Tu i Teraz”, do którego nakręcono teledysk
Na okładkę płyty trafiło autentyczne zdjęcie zrobione podczas powodzi w 2010 roku, nagrodzone w konkursie World Press - jego autorem jest Damian Puła, natomiast za projekt całości odpowiada Maja Zmiertka.
O dramacie dowiedziałem się telefonicznie. Przebywałem wówczas na urlopie w Polsce i kontaktowałem się z Robertem niemal codziennie. Razem przygotowywaliśmy muzyczną oprawę WOŚP w Hull i był to temat, który dominował w mojej gowie nawet podczas wypoczynku. Tragiczna wiadomość spadła 20-go listopada. Jeszcze cztery dni wcześniej widziałem się w Poznaniu z Kredem podczas LuxFest 2013 i obaj dzieliliśmy się z Furim naszymi przeżyciami z tego koncertu. Do St. Albans wróciłem 26-go listopada i niemal od razu zabrałem się do spisywania huczących w umyśle emocji. Poniższe wspomnienie pisało się około dwa tygodnie. 8-go grudnia koncertem Furi Forever pożegnaliśmy Roberta i zaraz na drugi dzień związanymi z tym wydarzeniem refleksjami zamknąłem najbardziej osobisty artykuł mojego zycia. Od śmierci Furiego mineło pół roku. Dzięki Pangea Magazine tekst ten po raz pierwszy przybrał formę drukowaną i dotarł właśnie do Polaków z niemal wszystkich zakątków świata. Dziś Lynchpyn świętuje zwycięstwo utworu „Can You Speak Now?” na Liście Przebojów radiowego programu Polisz Czart, który wspólnie ze współtwórcą wywiadu Bogumiłem Skoczylasem oraz autorką ilustrujących tę rozmowę fotografii Moniką S. Jakubowską od ponad dwóch lat mam przyjemność nadawać z położonego niedaleko Londynu uroczego miasteczka St. Albans. Wersja anglojęzyczna niniejszego wspomnienia jest dostępna dzięki uprzejmości Pangea Magazine tutaj.
… Jak zjawa senna życie jest człowieka.
Zjawia się, dotknąć chcesz, lecz ucieka? Lecz ucieka!
Edward Stachura
Robert był... jeszcze nie nauczyłem się mówić o Nim w czasie przeszłym. Zadzwoniłem do Niego dwa dni przed... Jak zwykle śmiał się, jak zwykle sprawiał wrażenie, że wie po jakiej ziemi stąpa i jak zwykle można było iść spokojnie spać ze świadomością, że losy WOŚP-u w Hull są w dobrych rękach także wtedy, gdy trafia mi się dziesięciodniowy wyjazd do Polski. Na straży stoi przecież Furi „Debeściak” – genialny organizator, Facet o wielkim sercu i twórca pewnego riffu, który zabiorę ze sobą na resztę życia... Furi! Gdybym choć przez sekundę usłyszał w Twoim głosie niepewność... coś, co mogłoby mi dać do myślenia, kazało zapytać! Nie ma sensu gdybać...
Robert pojawił się w mojej świadomości - choć fizycznie wówczas Go tam nie było - 27. kwietnia w londyńskim Ravenscourt Art Centre. To właśnie w tym miejscu 2-go listopada spotkałem Go po raz ostatni. Zbieg okoliczności?
7. października 2013 w studio Radia Verulam w St. Albans
Podczas kwietniowego koncertu Frühstücka - niczym meteoryt z nieba - niespodziewanie zmaterializował się Kred, z którym niejeden gig i niejedną „kawę” wspólnie „zrobiliśmy” i którego pewnie lubiłbym także wtedy, gdyby sam się prosił o to, żeby go nie lubić. Kred zniknął mi z horyzontu na ponad półtora roku. Gdy widziałem go po raz ostatni, grał na basie w jedynej w swoim rodzaju formacji Kaloryfer, która narodziła się na moich oczach jesienią 2010 w lutońskim pubie The Heights. Po krótkim powitaniu, Kred oznajmił, że od jakiegoś czasu gra w angielskiej kapeli, której nazwy przez pierwsze dwa tygodnie za nic w świecie nie mogłem zapamiętać. Jesteś tam jedynym Polakiem? - zapytałem. Nie - odparł Kred - jest tam jeszcze Furi. Kim jest Furi? - zapytałem. Kim był Furi...
Był facetem, który za każdym razem gdy się ze mną witał przed lub żegnał po koncercie, robił to w taki sposób, iż nie miałem prawa czuć gruntu pod nogami. Rytuał ten pojawił się spontanicznie i urósł do czegoś w rodzaju „świeckiej tradycji”, która w lynchpynowskim światku była powszechnie znana. Ilekroć Robert podchodził do mnie, aby się przywitać, zawsze unosił mnie i trzymał chwilę w powietrzu, po czym ponownie stawiał na ziemi. Był gitarzystą, który wymyślił jeden z najbardziej wpadających w ucho riffów, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek słyszeć. Riff ten wbił mi się w mózg w sposób tak silny, że - nie posiadając głosu – tak wiernie zapodałem go kiedyś a capella w ogródku pubu The Jamm, że stojący nieopodal wokalista Lynchpyna - Justin na poczekaniu „poleciał” z tekstem do „Can You Speak Now?”. Can you speak now Furi? Czy kiedykolwiek dowiemy się co takiego Cię
przerosło!? Ty cholerny, fantastyczny CZŁOWIEKU, któryś miesiącami jawił
mi się niczym SKAŁA!
Całe szczęście, że epoka płyty winylowej odeszła
już bezpowrotnie. Gdyby istniała nadal, to Twoje „Can You Speak Now?”
byłoby już przeze mnie zajechane niczym „Ostatni Tabor” Kata z 1984.
Słucham właśnie programu „Rebellion”, jaki Bogumił zrealizował w lipcu
tego roku. W jednej z dwóch głównych ról Ty Furi i Twoja siła spokoju.
Słucham podawanych przez Ciebie iście dziennikarskim językiem rzetelnych
informacji przerywanych raz po raz kabaretowymi wstawkami Kreda, które
uwielbiam.
2. listopada 2013 w Ravenscourt Art Centre po koncercie Frühstücka
Przez ten szalony pomysł WOŚP-owej hulanki w Hull, jaki pojawił się w mojej głowie 5-go listopada, poznało Cię prawie całe środowisko „Londyńskiej Wiosny”. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Galik, wypowiadając się o Tobie z podziwem i ogromną życzliwością, snując plany dotyczące przyszłych przedsięwzięć. Podobne plany pojawiły się także i w mojej głowie...
Mieliśmy razem z Robertem „przenosić góry” wartościowej muzy z elektronicznych nośników do pubów i sal koncertowych.
Projekty te sięgały także kapel z Polski. Cechowały Go dobroć i opanowanie, spokój i wiarygodność oraz rzadko spotykany u rockendrolowców profesjonalizm w przekazywaniu treści i przekształcaniu języka mówionego w słowo pisane. Robert wzbudzał praktycznie u każdego rozmówcy zaufanie od pierwszego kontaktu. W ostatnich tygodniach rozmawialiśmy ze sobą chyba codziennie. 2-go listopada w Ravenscourt Art Centre Furi podarował mi firmowane przez Lynchpyn breloczek i przypinkę. Po tym, co stało się trzy tygodnie później, nabrały one dziś dla mnie cech relikwii. Do Polski wyleciałem 16. listopada. 18-go zadzwoniłem do Roberta z jednej z poznańskich kafejek, aby poprosić go o miejsce w autokarze dla naszej Kropki, która dopiero co wróciła z Polski i dowiedziawszy się o rockandrollowej inwazji na Hull, natychmiast zadeklarowała w niej swój udział. Podczas tej rozmowy Furi nagle krzyknął: „Monika właśnie do mnie pisze na FB w tej sprawie”. Przez moment tworzyliśmy więc konwersacyjny trójkąt - ja z Furim na telefonach i On z Kropką na FB.
... zawsze mówił: "w Lynchpynie trzymam gitarę" ...
Wszyscy troje mówiliśmy o tym samym. Ogarnęło nas w jednej chwili radosne szaleństwo, któremu przyświecała chęć niesienia pomocy potrzebującym dzieciakom przy akompaniamencie rockowej muzy. Była to moja ostatnia rozmowa z Robertem. Brała w niej udział także Monika, która dwa dni później oczyma swojej poetyckiej duszy zobaczyła... „świt [który] lizał garb filcu na plecach od brzegu - po kołnierz, po wargi [które] w pół słowa zastygły i posiniały niedopowiedzeniem "Szko……"
Justin i Tom - gest, który tego dnia powtarzał się między nami wielokrotnie
8-go grudnia koncertem „Furi Forever” w klubie The Garage londyńskie
środowisko rockowe uczciło pamięć Roberta Furmana. Dwa dni wcześniej w
Gillingham to samo uczyniła społeczność, w której Robert żył i z którą
się przyjaźnił. Wyjątkowość obu tych koncertów tkwi nie tylko w tym, że
towarzyszyła im zbiórka środków przeznaczonych na pomóc dla Jego
rodziny. Największą wartością w tym trudnym dla nas momencie była
niesamowita jedność, jaka wytworzyła się pomiędzy uczestnikami tego
wydarzenia. Nikt nie przybył tego popołudnia tylko po to, aby obejrzeć
występ swojej ulubionej kapeli, a jedynymi powodami nieobecności niektórych
stałych bywalców londyńskich eventów były zobowiązania rodzinne lub
zawodowe. Pierwsze sms-y z wyrazami solidarności od tych, którzy nie
mogli tego dnia być z nami, zaczęły pojawiać się już około 15:00.
Niezależnie od narodowej przynależności lub stopnia znajomości z
Robertem, wszyscy czuliśmy się jedną wielką rockandrollową rodziną.
Polski gwar mieszał się z angielskim, a gesty czułości towarzyszące łzom
wzruszenia przybierały na sile z każdą godziną koncertu, aby osiągnąć
swoje apogeum podczas występu Lynchpyna.
Cień, jaki rzuciła
był w kształcie... SERCA.
Dla mnie jednak najbardziej osobiste przeżycie tego dnia wydarzyło się znacznie wcześniej. W pewnym momencie zobaczyłem JĄ w pomieszczeniu, w którym muzycy przechowywali instrumenty. Stała niczym pomnik... dumna i piękna. Była częścią JEGO życia. Robert lubił mawiać, że w Lynchpynie tylko trzyma GITARĘ... Podchodząc do niej, czułem na plecach mrowienie. Machinalnie w mojej dłoni pojawił się aparat fotograficzny i... poszło. Dopiero po kilku minutach zobaczyłem to. Cień, jaki rzuciła był w kształcie... SERCA. Nie jestem pewien czy pierwszą osobą, której to zdjęcie pokazałem był Kred czy Justin, ale nigdy nie zapomnę ich spojrzeń. Obaj na moment zamarli w bezruchu patrząc na obraz, który ukazał się ich oczom... Cień w kształcie serca, który powstał w to niezwykłe niedzielne popołudnie dzięki Twej gitarze, pozostanie dla mnie najbardziej wymownym symbolem Twojej pośród nas obecności FURI... FOREVER!
Monika S. Jakubowska
Pamięci Roberta “Furiego” Furmana
Rozkołysany
na sznurze plecionym lżejszą,
wczorajszą ręką
w niby walcu, na trzy się kiwa
wrastał w posiwiały prochowiec
niespełnieniem
wyciągnął z rękawa odpoczynek
- wieczny i krnąbrny
za uszy wytargał
i w kącie przy butach ustawił
"Szkoda, szkoda butów!
Jak ONE niosły! Nosiły! …GNAŁEM…”
Świt lizał garb filcu na plecach
od brzegu - po kołnierz
po wargi
w pół słowa zastygły i posiniały niedopowiedzeniem
"Szko……"
I learned about the dramatic death of Robert “Furi” Furman over the phone, writes Sławek Orwat. The tragic news last November overwhelmed me; I was in Poland at the time. I returned to St. Albans six days later and started to write down my intense thoughts almost right away. It is the most personal article of my entire life. It has been six months since Furi died. Thanks to “Pangea Magazine” the text is printed and can reach out Poles spread all over the world.
photo: Monika S. Jakubowska
…Like a phantom is human life.
It appears. You want to touch, to grasp, but it disappears? Disappears!
Edward Stachura
Robert was… well, I still have not learned to speak about him in the past tense. I called him two days before his death… He was laughing, as usual, he appeared to have both feet on the ground and one could comfortably go to sleep with the certainty that WOŚP (The Great Orchestra of Christmas Charity) in Hull is in good hands. There is Furi “the best man” in charge – the genius organiser, the man with a huge heart and the creator of genius riffs, which I will always keep in my heart for the rest of my life… Furi! If only for a second I was able to hear the hesitation in your voice… something that would make me think and ask! There is no point in speculating, though…
Robert appeared in my consciousness on 27 April in Ravenscourt Art Centre, London. It was also the place where I met him for the very last time. A coincidence? During Frühstücka’s concert in April, Kred appeared out of nowhere. After a brief greeting he informed me that he plays for a British band. “Are you the only Polish member there?” – I asked. “No” – Kred answered – “There is also Furi.” “Who is Furi?” – I asked. How was Furi…
He was a man who, every time he said hello or goodbye, lifted me up off the ground, held me in the air for a little while, and then put me back on the ground. He was a guitarist who came up with one of the catchiest riffs ever. The riff which drove in my mind so heavily that – even though I lack in singing skills – I performed it a cappella in the garden of The Jamm Pub so authentically, that the vocalist of LynchPyn, Justin, spontaneously joined me with the lyrics of “Can You Speak Now?”.
Can you speak now, Furi? Are we never going to know what was beyond your capabilities?! Your damn fantastic personality, which seemed to be as solid as a rock! I am listening to “Rebellion”, which was brought to life by Bogumił in July 2013. I am listening to what you said, interrupted by Kred’s comic asides, which I genuinely adore. Thanks to the crazy idea of the revelry at WOŚP in Hull, almost the entire community of the “London Spring” came to know you.
He was a good and cool-headed person, calm and trustworthy. A very talented man as far as conveying the content and transferring the spoken word to a written one are concerned. Robert inspired trust from the very first contact he made. In the last weeks we were talking almost every day. On the 2 November, in Ravenscourt Art Centre, Furi gave me LynchPyn’s fob and badge. After what happened shortly after that, these things have became relics to me. I left for to Poland on 16 November. Two days later I called Robert from one of the Internet cafes in Poznan, asking him to book a seat on the bus for our Kropka. Furi yelled out all of a sudden, “Monika is just texting me on Facebook about this,” For a moment we were creating a conversational triangle – Furi and myself over the phone, and himself and Kropka on FB. It was my last conversation with Robert. Monika also took part in it, and two days later with the eyes of her poetic soul she saw… “the dawn licking a felt’s hump, on the back, just from the corner – up to the collar, up to the lips frozen in the mid-sentence and got livid in the concealment “Such a sha…”*
On the 8 December, London rock community paid a tribute to Robert Furman with “Furi Forever”, at the concert in The Garage club. Two days esrlier the Gillingham community, where Robert lived and made friends, did the exact same thing. The exceptional quality of these two concerts was not only rooted in the idea of a fundraiser for his family. The most important value, which was created during the process, was the feeling of unity that each and every participant at the event could feel.
We all felt like one, big, rock-and-roll family. Polish babble was mixing with English buzz, and gestures of tenderness, accompanied by tears, became more and more touching to reach its apogee during the performance of LynchPyn.
For me, the most intimate and personal moment of the day happened much earlier. It was the moment when I saw HER, in the room where the musicians stored their instruments. She was there – proud and beautiful like a monument.
She was a part of HIS life. Robert used to say that in LynchPyn he only holds… the GUITAR. As I was heading towards it (her), I could feel goose bumps on my back. I automatically grabbed my camera and… it happened. I realised it after few minutes. The shadow it (she) cast was in the shape of… HEART.
I am not quite sure if I showed the picture to Kred or to Justin first, but I will never forget the expressions on their faces. They were both frozen and stunned by the image they saw… The heart-shaped shadow, which was created by your guitar on this unique Sunday afternoon, will always remain the most meaningful symbol of your presence, FURI… FOREVER!
Sławek Orwat
Polish version of this memory is available here
* This is a fragment of the poem composed by Monika S. Jakubowska at the same moment as Robert was saying his goodbyes. The author herself has not managed to understand this coincidence.
Monika S. Jakubowska
In memory of Robert “Furi” Furman
Swinging
On a rope plated by a lighter,
Yesterday’s hand
in a something like waltz, swinging on three.
Growing into the grey cover
with a non-fulfilment.
He aced up his sleeve with the rest
- eternal and intractable.
Pulled it by ears
and put it just next to shoes, in the corner.
“Such a shame for the shoes, such a shame!
How THEY carried away! They used to carry!...I was SPEEDING!”
The dawn licking a felt’s hump, on the back,
just from the corner – up to the collar
up to the lips
frozen in the mid-sentence and got livid in the concealment