niedziela, 27 września 2015

Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami - Jacek Borkowski: „Jak na koncercie w Sopocie”

Wiesław Kaczmarek i Jacek Borkowski
Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


Dyrektor Kobylogórskiego Ośrodka Kultury Izabela Frankowska-Grabarczyk oraz konferansjer Witold Pelka
Sobota – 23 sierpień to ostatni koncert w sezonie z cyklu „Muzyka między niebem a ziemią”, które odbywają się na wzniesieniu Kobyla Góra pod Krzyżem Milenijnym. Tym razem gwiazdą wieczoru był aktor Jacek Borkowski. Choć pogoda w tym dniu była niepewna, to jednak jak zwykle widownia licznie dopisała. Wszystkich przybyłych witała dyrektor Kobylogórskiego Ośrodka Kultury Izabela Frankowska-Grabarczyk oraz konferansjer Witold Pelka. Prowadzący na wstępie przedstawili wszystkich darczyńców oraz osoby, dzięki którym te wspaniałe koncerty mogły się odbyć, a publiczność, dzięki temu, mogła poznać tak wspaniałych artystów. Organizatorem głównym spotkań jest Kobylogórski Ośrodek Kultury oraz Parafia pw św. Mikołaja w Parzynowie Ośrodek Duchowości Samotnia. Gwiazda wieczoru - Jacek Borkowski na scenę został wywołany gromkimi oklaskami. Swój koncert rozpoczął utworami do słów Wojciecha Młynarskiego oraz kilkoma żartami, które sprawiły rodzinną i otwartą atmosferę.


Kim zatem jest Jacek Borkowski? Urodził się 16.04.1959 r. w Warszawie. To absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie - wydział aktorski. Jego debiut sceniczny przypada na rok 1971 – Festiwal Piosenki Harcerskiej w Siedlcach. Jest też laureatem nagrody głównej na Festiwalu Piosenki Radzieckiej Zielona Góra 1975 r.,o którym zresztą wspomina, że bez tych początków nie byłoby go na scenach. W latach 1977-2000 związany był z Teatrem Ateneum w Warszawie. Liczne role w Teatrze Telewizji, programach rozrywkowych i innych. Współpracował z takimi reżyserami, jak m.in. A. Łapicki, W. Solarz, J. Zaorski, J. Machulski, M. Dejczer, M. Ślesicki. Znany jest także m.in. z serialu telewizyjnego „Klan”. W początkach swojej twórczości wykonywał swe recitale z L. Kydryńskim oraz koncerty w duecie, np. z Ewą Kuklińską.


Wróćmy jednak do koncertu. Aktor bawił się wspólnie z publicznością. Prowadził krótkie, serdeczne rozmowy i śpiewał, m.in. największe przeboje Franka Sinatry i inne standardy muzyki rozrywkowej. Jego silny, wspaniały głos rozlegał się i oplatał zbocze Kobylej Góry. Pod koniec występu zaczął trochę kropić deszcz, nikogo to jednak nie wystraszyło. Sam aktor stwierdził: „Niech pada”, widząc, że widownia jest z nim i nie boi się deszczu. Artysta ostatnie swe piosenki wykonywał nie ze sceny, lecz wtopiony pomiędzy widownię i razem z nimi śpiewający. Nie zabrakło bisu, i choć zegary wskazywały kilkanaście minut po 22, to jednak końca występu nie było. Artysta jeszcze długo podpisywał swe płyty, pozował do wspólnych zdjęć i prowadził rozmowy z fanami. Udzielił też wywiadu dla Czytelników naszej gazety.


- Jak Pan znajduje to miejsce, tę scenę?

- Mogę powiedzieć tylko tyle, miejsce jest na tyle niezwykłe i na tyle tworzące atmosferę, a jednocześnie te osoby, które docierają tutaj, które chcą uczestniczyć w takim wydarzeniu. Nie jest to publiczność przypadkowa i to sobie należy cenić, więc tym większy szacunek dla tych, którzy tutaj przyszli. To jak w teatrze, porównam tak: im gorsze krzesła, tym lepszy teatr. Przyznaję, że nie znałem tego miejsca. Jadąc tutaj byłem mocno zdziwiony, żartowałem z kolegą: „Gdzie my będziemy występować, czyżby na jakiejś farmie?”. A tutaj zaskoczenie, wszystko jest profesjonalne: nagłośnienie, światła oraz publiczność przyzwyczajona do tego miejsca, wyrobiona muzycznie, publiczność koncertowa, chcąca tutaj być. Wszystko jest super jak na koncercie w Sopocie. Wielkie gratulacje dla organizatorów, zarówno za wybór miejsca, jak i pomysł.

- Co jest bliskie Pana sercu, jakie piosenki szczególnie?

- Muszę układać program na mój koncert tak, aby zadowolić publiczność, żeby było po trosze wszystkiego. Najlepszym rozwiązaniem jest, gdy publiczność i się śmieje i się bawi. Wtedy jest to sukces i tak staram się prowadzić mój program. Osobisty kontakt z widzem. Piosenki, które wykonuję, bardzo lubię. Gdybym ich nie lubił, to nie wykonywałbym ich. Mam utwory, które musiałem wykonywać, ale ich teraz nie śpiewam, nie zapadły mi na sercu. Jak kiedyś policzyłem, to w swym repertuarze mam około 400 piosenek. W związku z tym mam w czym wybierać oraz, w zależności od nastroju, wykonywać.


- Czy po płycie Miłość to cały świat z 2011 roku nagrał Pan nową płytę?

- Tak, płyta wyszła dosłownie kilka miesięcy temu - Gdy jesteś blisko mnie. Powstała z chęci nagrania piosenek, które bardzo lubię, to znaczy w stylu moon river memory. Chciałem nagrać takie piosenki, które lubię śpiewać. Są na niej też te utwory, które wam wykonywałem: „Gdy odejdę jutro tam”, „Żyłem jak chciałem”, „Nie ma dnia”, „Warszawa, ja i ty”. Nagrywam też, przygotowuję nową płytę do słów Jurka Masłowskiego oraz do muzyki Mariusza Dubrawskiego i to będzie całkiem nowa płyta, tzw. płyta zerowa, z całkiem nowym tekstem i muzyką. Coś, czego chcę spróbować.


- Co może Pan powiedzieć na temat piosenki aktorskiej?

- Nie ma piosenki aktorskiej. I tym samym muszę powiedzieć prawdę. Festiwal Piosenki Aktorskiej został wymyślony przez kilka osób, które chciały zarobić. Mówię to z całą świadomością i zawsze mówię publicznie bez obaw. Zaczęło się od profesora Bardiniego, który ułożył takie powiedzenie - z każdego zrobisz śpiewaka, a jest to człowiek, który nie miał bladego pojęcia o śpiewaniu, który nie umiał zaśpiewać jednej zwrotki, wydobyć z siebie jednej czystej nuty. Powiem tak, miał czelność ludzi uczyć śpiewać. A te telewizyjne programy były żenujące. To było robienie pośmiewiska z wziętych z ulicy amatorów. Proszę nie wierzyć, że stawiając na scenie amatora oraz udzielając mu głupich wskazówek, a tak robił profesor, odkryje się talent. Można z nich zrobić tylko głupców, z których ludzie na sali będą się śmiać. Tak to wyglądało i taka była tamta prawda. Proszę sobie przypomnieć tamte programy w TV. Muszę przyznać, że profesor był bardzo zakompleksiony. Był moim profesorem i też mnie uczył. Przyznaję tylko jedno, znał się na operze, którą reżyserował.


 - Porozmawiajmy o teatrze, nowych rolach...


- Mam w projekcie współpracę z Teatrem ROMA, w musicalu „Mamma Mia!”, na podstawie filmu z Abbą oraz spektakl muzyczny na podstawie „Księgi Hioba” wg Starego Testamentu. Bardzo interesujący materiał i mam nadzieję, że będzie się podobał, bo jest to materiał literacki, który bierze pod uwagę problemy ludzkie, które są nadal aktualne. Jest to historia człowieka, którego los doświadcza cały czas, a on wciąż podnosi się z dumą i brnie dalej w życie. Jest to więc też przesłanie na dzisiaj, żeby nie popadać w depresję, której coraz więcej wśród ludzi. Żonę Hioba ma zagrać ze mną Danusia Błażejczyk. Zobaczymy, co z tego wyniknie.


- Wróćmy na chwilę do lat 1971-75, czyli początków kariery, rozpoznawalności - jak mówi się dzisiaj...

- Dokładnie tak, m.in. Festiwal Piosenki Radzieckiej w 1975 roku oraz Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Przyznam, że te festiwale były bardzo dobre, były dla nas – młodych, jedyną możliwością pojawienia się na scenie, zaistnienia. Nie wstydzę się tego i gdyby nie te festiwale, być może nie rozmawialibyśmy teraz, bo nikt by mnie nie znał. Powtarzam, w tamtym okresie to były jedyne miejsca, gdzie młody aktor, śpiewający wykonawca mógł się pokazać. Nie było takich programów jak „Idol” czy „X Factor”. Nie próbuję oceniać tych programów. Po prostu tak wtedy było. Pamiętam, że w 1975 roku startowało do eliminacji do festiwalu około 120 tys. osób, młodych śpiewających ludzi.


- Czy może pan zdradzić chociaż trochę, co będzie w nowym sezonie w pana roli – Rachwalskiego, w „Klanie”?

- Wierzcie mi, niestety nie wiem. Przyjeżdżam i gram różne sceny, raz początek, później coś ze środka, sam się nie raz gubię. Gramy takie wycinki, urywki, które oni później łączą w sceny. Powiem, że plotkują, ale ja nie potwierdzam. Ma się odbyć ślub Rachwalskiego z Beatą. Tylko nie od razu. Ma to potrwać kilkanaście odcinków, a może więcej, bo i Beata musi najpierw dostać rozwód, oraz to, że na razie nie uśmiercą mnie, bo serial przynosi duże dochody i ma dużą oglądalność. 

- Kilka słów dla czytelników naszej gazety oraz widzów, którzy byli na tym koncercie...

- Dla mnie najważniejszy jest widz i dla widza staram się to wszystko robić, śpiewać i dobrze grać. Bo przecież jeżeli nie będzie widza, nie będzie mnie. Szczególnie dla tak wspaniałych widzów, jakich miałem przed chwilą. I za to im dziękuję, bo takie momenty sprawiają, że chce się iść do przodu, dają chęć próby nowych piosenek, podnoszą mnie na duchu, że warto, że moje występy sprawiają radość. Całuję i pozdrawiam wszystkich. Jesteście wspaniali, dla Was moja dedykacja.



Rozmawiał Wiesław Kaczmarek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz